— Chcesz powiedzieć, że ten pies jest dla ciebie ważniejszy niż dzieci?! — wybuchnęła Zofia, ścierając z płytek piątą kałużę tego dnia.
Dywanu w kuchni już nie było. Gdy stało się jasne, że nawet sklepowe środki są bezradne wobec upartego zwyczaju znaczenia wszystkiego, Zofia po prostu zwinęła dywan i wyniosła do śmietnika.
Ale nie chodziło tylko o dywan. Mąż otworzył puszkę kukurydzy, przesypał zawartość do miski i rzucił. Zarówno puszkę, jak i brudną miskę do zlewu. Na stole okruchy, kubek ze śladami kawy i otwarty słoik dżemu z wetkniętą łyżką. Na podłodze — wata i strzępy pluszowego dinozaura.
A sprzątać, oczywiście, miała Zofia.
— Nie trzeba tak krzyczeć — cicho powiedział Marek, grzebiąc w lodówce. — To tylko pies. Jeszcze się nie przyzwyczaił.
Zofia wyprostowała się. W jej spojrzeniu było rozdrażnienie, które kumulowało się od tygodni. Zmrużyła oczy i podała mężowi mokrą ścierkę.
— Świetnie. Więc sprzątaj po tym psie sam. Przypomnę, że to tylko pies, a ja to tylko twoja żona. Tylko matka twoich dzieci. A my, twoja rodzina, już dławimy się od jego znaczeń i smrodu!
Zofia kopnęła w gniewie watę i ruszyła do sypialni, omijając winowajcę „uczty”. Pies Grom, ogromny, szary, ze smutnymi oczami, siedział w drzwiach i obserwował. Nie skomlał, nie chował się. Jakby nie widział w sobie winy.
Przypomniała sobie, jak to się zaczęło…
…Dwa miesiące temu Marek wrócił do domu z tą kłaczkowatą kulą problemów.
— Romek wyjeżdża. Na długo — zaczął mąż. — Mówi, że zabrać psa to nie opcja, kupa problemów. A ja pomyślałem… Grom potrzebuje rodziny. Dzieci nauczą się opiekować, kochać. To przecież wspaniałe.
Marek wtedy uśmiechał się, jakby uratował świat. A uczucia Zofii były dokładnie odwrotne. Jakby mąż adoptował kogoś bez jej wiedzy.
— No dobrze… Załóżmy, że zostanie z nami. Ale kto będzie go wyprowadzał, karmił, sprzątał po nim? — kobieta już wiedziała, do czego to zmierza.
— Razem. Przecież jesteśmy rodziną. No, tylko z tym spacerowaniem problem… Ty wracasz wcześniej z pracy. Możesz się tym zająć?
Zofia ciężko westchnęła, ale skinęła głową. Przeczuwała, że nic nie pójdzie zgodnie z planem, ale nie miała wyjścia. Pozostawała tylko nadzieja, że intuicja ją myli.
Niestety, obawy się potwierdziły…
Zofia bardzo się starała. Kupiła zabawki i miski na podstawce, wieczorami oglądała filmy o tresurze. Grom w odpowiedzi demonstracyjnie odwracał się tyłem. W każdym sensie. Jego panem był Marek. Resztę traktował jako nieprzyjemny dodatek do Marka.
W pierwszych dwóch tygodniach Grom podarł tapety w korytarzu, ogryzł podłokietnik fotela, poszarpał poduszki na kuchennych krzesłach. A ile min zostawił po całym domu…
Jeśli na początku Marek wyprowadzał Groma chociaż rano, wkrótce wszystkie obowiązki spadły na Zofię. Teraz to ona go czesała, myła łapy, karmiła, poiła… Mąż tylko dodawał problemów.
I teraz też po cichu przyszedł, zgasił światło i położył się do niej plecami. Układał się do snu. Tak, pewnie wysprzątał kałużę. Nawet słyszała odkurzacz. Ale Zofia była gotowa się założyć: na stole i w zlewie wciąż był bałagan.
A co najważniejsze — jutro wszystko się powtórzy.
— Posłuchaj, Marku — nie wytrzymała i odwróciła się do męża. — Odkąd przyprowadziłeś Groma, nie żyję. Walczę o przetrwanie.
Mąż nawet się nie poruszył. Udawał, że śpi, choć Zofia wiedziała, że słyszy.
— Wyprowadzam go rano, bo ty śpisz — ciągnęła. — Wyprowadzam go w porze mojej przerwy obiadowej. Wyprowadzam wieczorem, bo wracam wcześniej. Sprzątam sierść. Zmieniam wodę. Robię wszystko to, co powinieneś robić ty. A w zamian słyszę twoje narzekanie i jego warczenie. Jak myślisz, to normalne?
Marek westchnął. Nie miał argumentów. Cały car spoczął na Zofii. Dzieciom oczywiście było ciekawie przez pierwsze trzy dni, teraz w najlepszym razie tylko przelotnie głaskały Groma.
— Przesadzasz. Nie jest aż taki uciążliwy.
Zofia zacisnęła usta, wiedząc, że zderzyła się z kolejnym murem. Tym razem jednak kobieta nie zamyszała się wycofać ani go omijać.
— Wiesz co? Mam tego dość — powiedziała. — Wybieraj. Albo ja, albo pies.
Mąż przewrócił się na plecy, złożył ręce na brzuchu, z filozoficzną miną wpatrując się w sufit. Potem wstał i zaczął zbierać rzeczy.
Zofia w milczeniu patrzyła, jak zakłada kurtkę i bierze smycz.
— Nie porzucam przyjaciół. Na razie jedziemy do domku. Poczekamy, aż ochłoniesz — cicho wyjaśnił Marek już w drzwiach.
Nie zatrzymywała go. Tylko śledziła wzrokiem jego plecy. Te, które kiedyś głaskała przed snem. Teraz to były cudze plecy. I cudzy pies.
Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem. Najpierw prychnęła. Przez dwadzieścia lat małżeństwa nie przyszło jej do głowy, że ma tak zasadniczego męża. Przyjaciół, znaczy się, nie porzuca. A rodzinę?
Potem w głowie zrobiło się cicho. Nie trzeba już nastawiać budzika na wcześniejsze wstawanie. Nie trzeba bawić się z miskami przed snem. Nie trzeba patrzeć pod nogi rano.
Zrobiło się gorzko i lekko jednocześnie.
…Minęły prawie trzy miesiące. Czasem Zofia łapała się na tym, że oddycha pełną piersią. Nie dlatego, że zniknął zapach psiej sierści, choć i to też. Po prostu stało się lżej. Jakby z mieszkania zniknął nie tylko Grom, ale i to ciężkie uczucie oczekiwania. Zofia przestała czekać, że Marek zacznie słuchać jej zdania albo choćby sprzątać po sobie.
Dzieci tęskniły za ojcem, ale były na tyle dorosłe, by nie robić z tego dramatu. Z czasem nawet się przyzwyczajały.
— Mamo, a teraz mogę zaprosić do siebie koleżanki? — zapytała córka trzeciego dnia po odejściu Marka.
— Oczywiście. Nie ma już komu na nie rzucać.
Prawda, syn znów zostawiałZofia uśmiechnęła się, patrząc, jak dzieci układają się na kanapie z herbatą i filmem, a ona sama mogła w końcu napić się spokojnie kawy, nie słysząc skrobania pazurami w drzwi ani warczenia nad uchem.



