Byłam najstarszą siostrą w wielodzietnej rodzinie. Karmiłam wszystkich, opiekowałam się nimi, odprowadzałam do przedszkola i szkoły. Rodzice nigdy nie pytali, czy tego chcę to po prostu było ustalone.
Nie miałam praktycznie żadnych przyjaciół, bo nie miałam czasu, by się z kimkolwiek spotkać. Rówieśnicy śmiali się ze mnie, mówiąc, że umiem tylko podcierać dzieciom pupy. Bolało to tak mocno, że nieraz płakałam z żalu i bezsilności. Ojciec, widząc moje łzy, brał pasek i bił mnie. Mówił, że wybija mi głupotę z głowy.
Nie zaznałam dzieciństwa. Po ukończeniu dziewiątej klasy rodzice zdecydowali za mnie miałam iść do technikum gastronomicznego w Kielcach. Twierdzili, że będę kucharką, a wtedy cała rodzina będzie najedzona.
Trzy lata później dostałam pracę w małej kawiarni. Ojciec kazał mi kraść jedzenie, a gdy odmówiłam, matka oskarżyła mnie o egoizm i powiedziała, że przez moje zachowanie wszyscy są głodni. Zabrali mi pierwszą wypłatę. Kiedy dostałam drugą pensję pięćset złotych uciekłam. Wybiegłam z domu i wsiadłam w pierwszy lepszy pociąg na dworcu PKP. Nie obchodziło mnie, dokąd pojadę, byleby jak najdalej od tego piekła. Wiedziałam, że jeśli zostanę, zmarnuję sobie życie.
Było trudno, ale bycie niewolnicą rodziców byłoby trudniejsze. Postanowiłam, że nie pozwolę, by ktoś nadal kierował moim losem. Szorowałam podłogi, zamiatałam, w końcu zostałam zmywaczką, a dopiero potem pozwolono mi wejść do kuchni.
Oszczędzałam, nawet gdy moja pensja wzrosła kilkukrotnie. Wszystkie pieniądze wrzucałam do świnki-skarbonki. Marzyłam, by mieć własne mieszkanie, w którym tylko ja będę panią domu. Przez ten czas mieszkałam u babci, starej pani Janiny, która pobierała ode mnie symboliczne opłaty, a ja odwdzięczałam się pomocą. Babcia stała się dla mnie prawdziwą rodziną. Zawsze czekała na mnie z herbatą ziołową i ciepłymi, domowymi drożdżówkami. To wtedy czułam, że jestem najszczęśliwsza na świecie.
Niedługo później poznałam swojego przyszłego męża, Piotra. Nie mieliśmy wesela po prostu podpisaliśmy się w urzędzie. Zamieszkałam z nim i jego rodzicami na Radzyminskiej w Warszawie. Po kilku miesiącach urodziła się nam córka Zuzanna, a potem syn Michał.
Z czasem zaczęłam śnić o rodzicach. Porozmawiałam z Piotrem i uznaliśmy, że czas ich odwiedzić. Nakupiłam pełno prezentów, przygotowałam się psychicznie na zgodę. Kiedy mnie zobaczyli, zaczęli mnie wyzywać i rzucać się z pięściami. Bracia popili, siostra zeszła na złą drogę, nikt nawet nie spojrzał na moje dzieci.
Mama i tata nie zauważyli, że przyjechałam nie sama. Nie zainteresowali się wnukami, trzasnęli mi drzwiami przed nosem. Możecie mówić, że jestem małostkowa, ale odwróciłam się bez słowa. Zabrałam dzieci i wyszłam. Nawet na ich pogrzeb nie pójdę.



