Zanim odszedł i nie wrócił…
Krzysztof wyszedł z budynku dworca na peron, lekko chwiejąc się pod ciężarem dużej torby sportowej z napisem Adidas przewieszonej przez ramię. Krople potu stworzyły lśniące ślady na jego skroniach. Rozejrzał się po peronie. Wzdłuż ściany dworca ciągnął się rząd ławek, zajętych przez pasażerów oczekujących na pociąg i tych, którzy przyszli ich powitać. Na jednej z ławek siedział starzec w szarym płaszczu i kapeluszu. To właśnie w jego stronę skierował się Krzysztof.
Podszedł, zdjął torbę z ramienia i postawił ją na środku ławki, wyciągnął z kieszeni kurtki pomiętą chusteczkę i otarł nią twarz. Dopiero wtedy usiadł, wzdychając z ulgą. Obok peronu z hukiem i gwizdem przemknął pociąg pośpieszny, nie zatrzymując się. Ciepły powiew powietrza, pachnący podkładami i kurzem, musnął twarz Krzysztofa, poruszając jego krótkie włosy.
Śledził wzrokiem szybko oddalający się koniec składu, oparł się o oparcie ławki, kładąc dłoń na torbie. Ludzie na peronie znów zaczęli rozmawiać, przerywając na chwilę swoje rozmowy podczas przejazdu pociągu.
— Pociąg pośpieszny numer… przybywa… Numery wagonów od czoła składu — niewyraźnie zachrzęścił kobiecy głos przez głośniki.
— Nie dosłyszałem, który to pociąg? — zapytał starzec, odwracając głowę w stronę Krzysztofa.
Ten pokiwał głową i wzruszył ramionami. Starzec skinął i spojrzał na zegarek.
— Już trzeci raz ogłaszają, że przyjeżdża, a jego wciąż nie ma — westchnął. — Jak pan myśli, dlaczego na dworcach zawsze tak niewyraźnie podają komunikaty?
Krzysztof milczał, unikając zaangażowania w rozmowę.
— Pan wyjeżdża? Jak widzę, ma pan sporo bagażu. Torbę ciężką — nie poddawał się starzec.
— No tak, Herkulesie Poirot — prychnął Krzysztof. — A pana bagażu nie widzę, więc wnioskuję, że kogoś pan wita. — Odpowiedział równie zgryźliwie.
— Zgadza się. Witam — ucieszył się starzec. — Syna witam — dodał z dumą.
— A ja od syna uciekam — cicho odpowiedział Krzysztof, wzdychając.
Wyrwało mu się to mimowolnie.
— Tak. Życie. — Starzec też westchnął. — Więc ucieka pan. Tylko od siebie nie ucieknie. Problemy ze sobą wozi. — Skinął głową w stronę torby stojącej między nimi.
Krzysztof zmierzył go niezadowolonym spojrzeniem i odwrócił się.
— Ja też tak uciekałem czterdzieści lat temu. Synowi było wtedy jedenaście lat. Nie widziałem go przez te wszystkie lata. Denerwuję się.
Spokojny głos starca nie pasował do jego słów o zdenerwowaniu.
— A po panu nie widać — burknął Krzysztof, licząc, że starzec nie dosłyszy.
— Denerwuję się — powtórzył starzec. — Tylko w moim wieku trzeba oszczędzać emocje. Od każdej, czy to smutku, czy radości, można umrzeć, młody człowieku.
— Za granicą syn mieszka? — Krzysztof nagle ucieszył się, że może przestawić myśli z własnych problemów na starca.
Sam nie zauważył, jak z powodu głupiego komentarza żony o jego późnym powrocie do domu wybuchła kłótnia. Słowo za słowo, zaczęli krzyczeć na siebie, wysuwać pretensje. W końcu Wiola oskarżyła go o zdradę, choć nie było ku temu podstaw. Mówią, że słowo nie wróbel, wyleci — nie złapiesz.
Powinien był milczeć albo wszystko obrócić w żart, ale on złapał torbę, wrzucił do niej pierwsze lepsze rzeczy, trzasnął drzwiami i pojechał na dworzec. Dopiero teraz, przy słowach starca o synu, przypomniał sobie o Bartku.
Głos starca wyrwał Krzysztofa z zamyślenia. Nasłuchiwał.
— Żona moja była gospodarna. Nie piękność, ale wszystko przy niej. Nigdy nie myślałem, że mogę głowę stracić, odejść od niej i syna. A cóż…
Krzysztof zrozumiał, że starzec opowiada mu swoją historię, próbuje coś wytłumaczyć.
— Przepuklina mi się zaostrzyła. Już dawno dokuczała. A tu nagle taki ból w pachwinie, że sił brak. Grażyna, moja żona, wysłała mnie do szpitala. A tam od razu na stół operacyjny mnie wzięli.
Leżę na sali, odchodzę od narkozy, i wtedy wchodzi ona. Cała w bieli, oczy jak niebo. Anioł prawdziwy i równie piękna. Nawet imię anielskie miała — Ewa.
Podeszła do mnie ze strzykawką. Zastrzyk miał robić. Dotknęła mnie paluszkami, aż mnie zatrzęsło. Nawet nie zauważyłem, jak zrobiła zastrzyk. Zakochałem się, spokój straciłem. W noc przed wyjściem ze szpitala nie spałem, myślałem, co wymyślić, żeby zostać. Chciałem nawet nogę złamać.
Tuż przed wyjściem wyznałem jej miłość. Myślałem, że mnie odtrąci. A ona dała mi swój numer telefonu. Nie wytrzymałem dwóch dni, zadzwoniłem do niej, gdy żona była w pracy.
Spotkałem ją pod szpitalem z kwiatami, odprowadziłem do domu. W młodości przecież przystojniak ze mnie był. To nie miłość była, tylko jakieś obłąkanie. Już chciałem z nią zerwać, a tu ona zaszła w ciążę.
No cóż — myślę — tak ma być. Syn duży już, a to dziecko bez ojca się urodzi? Wróciłem do domu i wszystko Grażynie powiedziałem. Płakała, oczywiście, nie obyło się bez tego. Jak pan, zebrałem rzeczy i poszedłem do Ewy. Tylko torba mniejsza była.
Z żoną się rozwiódłem, a z Ewą ożenić nie zdążyłem. Coś poszło nie tak przy porodzie. Zmarła. Rodzice przyjechali, obwinili mnie o jej śmierć. Sam też tak myślałem — gdyby nie zaszła w ciążę, żyłaby do dziś. Ot, los. — Starzec westchnął. — A córkę rodzice Ewy zabrali. Nawet nie pokazali mi jej.
— Mówił pan, że syna nie widział więcej. Żona nie wybaczyła? — zapytał Krzysztof.
— Nie wybaczyła. A jak można takie coś wybaczyć? Sam siebie obwiniałem. Żyć nie chciałem. Oskarżałem innych mężczyzn, którzy nie potrafili spodni załozyć. A sam… — machnął ręką. — Wyjechałem na Północ. Grzeszna myśl, że możeKrzysztof przytulił Bartka i Wiolę mocno, wiedząc, że teraz jego miejsce jest właśnie tutaj, a nie na peronie, gdzie zostawił starca i jego historię, która na zawsze zmieniała ludzi – zupełnie jak jego własna.



