PO WYMIENIE
O dwunastej Zosi miał miejsce zabieg. Prosty, planowy. Godzina znieczulenia, nieliczne czynności i wypis tego samego dnia. Powinien był pojechać z nią, lecz ona nie nalegała. Wiedziała, że jest zajęty otwarcie nowego oddziału w Warszawie tuż za rogiem.
Wszystko będzie dobrze rzekła, zadzwonię, jak tylko będzie po wszystkim.
Po pocałunku w policzek, wrzucając do torby kilka paczek karmy dla kotów mieszkających w piwnicach, wyfrunęła za drzwi.
Jan poprawił krawat, jeszcze raz skrupulatnie przyjrzał się odbiciu w lustrze, podniósł z biurka teczkę z projektem i ruszył do pracy. Stanowisko dyrektora generalnego firmy, którą w kilka lat wyprowadził na pozycję lidera rynku, wymagało pełnego poświęcenia. A on poświęcał. Każdą wolną minutę. Z nadmiarem. Pocieszając się myślą, że to dla nich, dla niej, a nawet dla piwnicznych kotów, które codziennie karmi.
Nie że nie lubił kotów. To po prostu jej hobby wydawało mu się bezsensowne, nieprzydatne, pozbawione jakiejkolwiek wartości. Był zmuszony znosić tę jej dziwactwo, tak jak przyjmuje się wady ukochanej osoby. Dlatego przy każdej próbie przygarnięcia bezdomnych, pchłych zwierzaków domagał się stanowczego odmowy. Nie widział w tym sensu ani pożytku. Albo byłby to słodki synek orientalny, którego proponował jako kompromis przynajmniej status. A piwniczne? Co z nich wziąć? Nie rozumiał, a ona już nie chciała tłumaczyć.
***
Operacja Prosta Planowa Nic nadzwyczajnego Powinienem był pojechać z nią!!!
Ile razy w tygodniu powtarzał to w myślach? Tysiąc? Dziesięć tysięcy? Gdy mknął, rzucając wszystko, do szpitala Gdy, trzymając się za białe rękawy szpitalnej koszuli, drżał pod spojrzeniem lekarza Gdy drapał w niebyt projekt, który odciągał go od niej, i klęcząc przy łóżku, przyciskał czoło do jej dłoni, błagając ją, by nie zostawiała go. By wróciła. Otworzyła oczy. Wypowiedziała przynajmniej jedno słowo.
Lecz ona milczała. Nikt nie przewidywał, że planowa operacja i godzinna narkozy mogą skończyć się śmiercią
Robimy wszystko, co w naszej mocy tłumaczył lekarz.
Nie robicie nic! wykrzykiwał, gnębiony bezsilnością, płacąc za jej przeniesienie do oddzielnego pokoju.
Szansa istnieje, trzeba poczekać uspokajała go pielęgniarka.
Gdzie ta szansa?! wykrzykiwał w korytarzu, gdy po tygodniu Zosia nie odzyskała przytomności.
Wypróbował wszystko. Konsultacje najlepszych specjalistów, muzykę, rozmowy. Zalał jej pokój kwiatami. Prawie nie pojawiał się w biurze, by każdą wolną chwilę spędzić przy jej łóżku. Błagał, obiecywał, szantażował. Poddany chwili słabości całował ją, wspominając głupią baśń o śpiącej królewnie, a z każdym dniem popadał w coraz większą rozpacz, w bestialską wściekłość, pragnąc zniszczyć wszystko wokół.
Odwrócony krzesło, rozbita waza. Rzucona w przypływie gniewu torba, z której wypadły kolorowe paczki karmy. Nie zdążyła ich nakarmić. Te same bezużyteczne koty, które wywoływały w nim jedynie niechęć, starannie ukrywaną pod pozorem obojętności.
Skurczybyku! Boże, co za skurczybyk!
Gdyby tylko cofnąć czas. Zetrzeć ręką wszystko. Byłby gotów raczej czołgać się na kolanach przy niej, zabrać te koty do domu i pokochać je, byleby tylko
Nagły spadek adrenaliny, jakby woda wlewła się do oczu. Zmęczony spojrzał na bałagan, drżącymi rękami podniósł z podłogi kolorowe paczki, by za dziesięć minut stać przy drzwiach tego samego piwnicznego schroniska
***
To się nazywa felinoterapia, choć nie ma zarejestrowanych przypadków pomocy w sytuacjach podobnych do naszej poważnie spojrzał na niego lekarz, obserwując, jak Jan wciąga szóstą kolejno przenoszoną klatkę do pokoju pacjentki.
Czyli będziemy pierwsi wymamrotał, wypuszczając zwierzęta z klatek.
To jej koty. Rozumiecie? Jej! I oddam wszystko, by powiedzieć jej o tym. Po prostu
Poinformuję personel.
Dziękuję. Powinienem był zrobić to wcześniej Rozumiecie? Ja
Nigdy nie trać nadziei. Uczymy się na własnych błędach, pamiętajcie o tym.
Nie zapomnę Nigdy już nie zapomnę.
***
O dwunastej Zosia ma operację. Prosta, planowa. Godzina narkozy, niewielkie zabiegi i wypis tego samego dnia. Nie nalega na jego obecność. Znowu. Ale nie potrafi powstrzymać szerokiego uśmiechu, widząc, jak Jan, odkładając na koniec rozwiązywany krawat, krzycząc, zakłada szóstą smycz na opornych, uciekających koty.
Jej koty. Te same piwniczne, pchłe, pod ich ciężarem Zosia obudziła się rok temu, walcząc o oddech i nie rozumiejąc, co się dzieje.
Siedem par przecinających jej oczy. Sześć ulżonych oddechów ledwo słyszalnych i jeden triumfalny krzyk pełen niekończącej się radości, którego nigdy nie zapomni.
Może dlatego teraz, gdy ma przeżyć to jeszcze raz, nie czuje strachu. Widząc wyczerpanego męża, na którego koszuli przyklejone są barwne włoski futra, patrzy na niego z wyrzutem i uśmiecha się jeszcze szerzej.
A potem szczerze śmieje się z przechodniów, którzy się odwracają. Mężczyzna w eleganckim garniturze, otoczony sześcioma bezrasowymi, ale zadbanymi kotami, z których każdy ciągnie cienką smycz w inną stronę, napełnia ulicę rozczarowanym Miau?! scena nie dla słabych nerwów.
Operacja. Prosta. Planowa. Godzina narkozy, niewielkie zabiegi i wypis tego samego dnia. A jeśli nie przestaniecie gryźć wszystkiego, następnym razem zostaniecie w domu! mruczy cichy mężczyzna w szpitalnym dziedzińcu, otoczony kotami, trzymający lekko przegryzioną, a jednak wciąż piękną wiązkę róż.
Patrzy na zegarek, wygodniej chwyta sześć kolorowych smyczy, przelotnie oceniając, czy szelki nie poluzły, po czym spogląda na okna sali, w której budzi się po operacji jego żona. Niedługo będą mogli ją odwiedzić. I w końcu będzie mógł narzekać na sześciu ogonastych leniuchów, które bez niej nie chcą go słuchać.
I powiedzieć, jak bardzo ją kocha. I będzie kochał zawsze. Nawet gdy zniknie na kilka dni w schronisku dla kotów, którego budowę jego firma sfinansowała kilka miesięcy temu.
Głupi, oczywiście Lecz wspominając dzień, w którym otworzyła oczy, przekonuje się za każdym razem dopóki jest przy niej, nie ma w jego życiu nic ważniejszego niż ta jej głupota. I tak będzie dalej spełniał te chwile, które choć płytkie, czynią ją niewyobrażalnie szczęśliwą.
Zawsze, póki nie jest za późno.



