Zamiast wesela

– Marysieńko, w końcu wychodzisz za mąż – uśmiechnęła się Olga Stanisławowa do córki. – Tak się cieszę, że Wojtek ci się oświadczył! Wiesz, jacy teraz są niepoważni faceci? Tylko by się bawili, a o żeniaczce nawet nie myślą. A Wojtek jest inny, więc trzymaj go mocno.

– Mamo, no przecież też jestem dobrą partią – zażartowała Marysia. – I ładna, i mądra, i zasługuję na księcia za męża.

– Ojej, zaraz księcia – zaśmiała się Olga Stanisławowa. – Nie zapominaj, że masz już 35 lat i to właściwie twoja ostatnia szansa.

Marysi wydało się to upokarzające – “ostatnia szansa”. Ale nie sprzeciwiała się mamie, wiedziała, jak bardzo ta przejmuje się losem jedynaczki. Czas leciał, a kolejka zalotników jakoś się nie ustawiała. Olga Stanisławowa bała się, że Marysia nigdy nie wyjdzie za mąż i nie da jej wnuków.

Ślub miał być za dwa tygodnie. Wszystko było już zaplanowane: bankiet w najlepszej restauracji w Poznaniu, goście zaproszeni, sukienka wybrana. Choć Marysia wciąż się wahała, która lepiej leży, i miała wkrótce iść na drugą przymiarkę.

Wtem zadzwonił dzwonek do drzwi, a Olga Stanisławowa zawołała: “Wojtek przyszedł!” i pobiegła wpuścić gościa.

– Dzień dobry, Pani Olgo! Dzień dobry, Marysiu! – przywitał się Wojciech. – A ja, jak zwykle, nie z pustymi rękami. Dla pani – czekoladki, a dla Marysi – bukiet kwiatów.

– Oj, nie trzeba było – rozpromieniła się Olga Stanisławowa. – Ciągle się dziwię, jak moja córka trafiła na takiego wspaniałego mężczyznę! Już mi się wydaje, że nie ma pan żadnych wad! Proszę wejść, Marysia czeka w swoim pokoju.

Marysia znała Wojtka dopiero pół roku. Sama nie rozumiała, czemu ją wybrał – on pracował w urzędzie miejskim, a ona była zwykłą nauczycielką muzyki w podstawówce. Od początku dał jej jasno do zrozumienia, że szuka żony, a nie zabawy.

Wojciech był stateczny, solidny i, jak mawiała Olga Stanisławowa, “porządny z każdej strony”. Tylko pięć lat starszy, a Marysi często chciało się mówić do niego “Panie Wojciechu”, jak do dyrektora.

– Marysiu, masz tulipany. Widzisz, zawsze o tobie pamiętam – powiedział z góry Wojtek. – Sprawdzałaś, czy wszystko gotowe na ślub?

– Dzięki za kwiaty. Chyba wszystko załatwione. Tylko sukienkę dopiąć i buty dokupić.

– Pamiętaj, w dzień ślubu musisz wyglądać idealnie i zrobić dobre wrażenie na mojej rodzinie – oznajmił stanowczo. – Nie żałuj pieniędzy, jeśli coś potrzeba – kupuj.

Wyjął z portfela plik banknotów i położył na komodzie:

– Masz, na ślubne wydatki. Aha, w przyszłym tygodniu wpadnij do mojej mamy. Da ci przepisy na moje ulubione dania. Nie chcę, żeby nasze małżeństwo zaczęło się od kłótni, więc proszę, weź od niej lekcje gospodarowania.

– Wojtek, pamiętasz, że mam 35 lat? – uśmiechnęła się Marysia. – Zwykle w tym wieku kobiety same wiedzą, jak prowadzić dom. Poza tym teraz taki romantyczny czas, nie psujmy go gadaniem o garnkach.

– Nie, Marysiu, musisz się od mamy poduczyć. U niej w domu zawsze sterylna czystość, a gotuje wyśmienicie. Będzie niezręcznie, jak po ślubie przyjdzie z wizytą i zacznie cię poprawiać.

Marysia obiecała, że zajrzy, a Wojtek, zasłaniając się pracą, wyszedł. Jakoś zrobiło jej się smutno. Brakowało jej luzu, romansu, czułych słów. A Wojtek zawsze taki sztywny, małomówny i oszczędny w uczuciach.

Następnego dnia poszła na przymiarkę. W salonie nie zastanawiała się długo – wybrała pierwszą lepszą sukienkę. Nie miała ochoty na przeglądanie fatałaszków.

“Wszystko w porządku” – powtarzała sobie. “Wychodzę za porządnego, zaradnego faceta, jak chciałam. Wiele dziewczyn by mi zazdrościło. Mama szczęśliwa, że w końcu idę do ołtarza. Czego mi jeszcze brakuje?”

Zmęczona wlokła się na przystanek, choć dzień wcześniej planowała zakupy. Nagle usłyszała za sobą głos:

– Marysia? Ty?! No nie wierzę! Poznałabyś mnie?

Oczywiście, że poznała. To był Jurek, jej dawny chłopak. Pierwsza miłość. Kiedyś rzucił ją dla innej, a teraz stał i uśmiechał się, jakby nigdy nic.

– Cześć, Jurku – powiedziała, starając się nie drżeć. – Ależ niespodzianka. Co u ciebie?

– Spoko, mam biuro niedaleko. Z pracą super, ale w miłości pech – niedawno się rozwiódłem. No dobra, ze mną jasne. A ty? Wyszłaś za mąż?

– Nie… ale jest ktoś – skłamała o ślubie, rumieniąc się. – Tylko nie wiem, czy to się uda…

– Rozumiem – zamyślił się Jurek. – Masz może teraz czas? Wpadnijmy na kawę, akurat szedłem coś zjeść.

Marysia zgodziła się. Wiedziała, że to dziwne, ale nie potrafiła odmówić. W głowie kołatały się wspomnienia – jak godzinami gadali o wszystkim, jak ciepło i lekko jej było przy nim.

Nie mogła oderwać wzroku od byłego ukochanego. Wysoki, wysportowany Jurek z głębokimi brązowymi oczami to był zupełnie inny świat niż pulchny, stateczny Wojtek o niewyrazistej twarzy.

Godzinę przesiedzieli w kawiarni. Na pożegnanie Jurek powiedział jakoś szczególnie:

– Zadzwonię do ciebie. Nie myśl niczego, po prostu miło cię było spotkać. Tylko podaj numer, żebyśmy się nie zgubili.

Marysia wróciła do domu szczęśliwa. Była pewna, że to nie przypadek. Spotkała Jurka akurat w dzień przymiarki sukni ślubnej – to musiał być znak.

W domu czekała już Olga Stanisławowa.

– No i co, wybrałaś sukienkę? Piękna? Buty kupiłaś? Pokazuj!

– Mamo, nie będzie ślubu – odpowiedziała lodowatym głosem i weszła do swojego pokoju.

Słowa uderzyły jak grom. Olga Stanisławowa mało nie zemdlała i zaczęła wypytywać:

– Marysiu, co się stało? Suknia nie ta? Z Wojtkiem coś nie tak? On odwołał ślub? Boże, mów wreszcie!

– Mamo, nie chcę ślubu, suk– I nie chcę Wojtka – dodała cicho Marysia, patrząc przez okno na błyszczący w słońcu chodnik, gdzie może kiedyś znów spotka Jurka, ale już wiedziała, że od teraz będzie szukać szczęścia tylko dla siebie.

Rate article
Fajna Tajna
Zamiast wesela