Zamiast siebie
Macocha doskonale zdaje sobie sprawę, że Elżbieta nie chce wychodzić za mąż za wdowca i to wcale nie dlatego, że ma małą córeczkę, ani że jest trochę starszy, lecz dlatego, że ona zwyczajnie się go boi.
Jego przenikliwy wzrok przeszywa Elżbietę na wskroś, od czego jej serce zaczyna bić jak szalone, jakby szukało schronienia przed strzałami spojrzeń. Dziewczyna spuszcza oczy i długo nie podnosi głowy, a kiedy wreszcie spojrzy w górę, wszyscy widzą, że jej oczy są pełne łez. Łzy spływają nagle po zarumienionych z zażenowania policzkach. Ręce jej drżą, a zaciskające się w pięści dłonie najchętniej uderzałyby zarówno w macochę, jak i w narzuconego przez nią narzeczonego.
Zdrajca-język, a niech go diabli, powiedział: Pójdę.
O, i sprawa załatwiona. Do takiego domu, do takiego gospodarza, do takiego człowieka wstyd by było nie pójść! Przecież on z pierwszej żony kurz zdmuchiwał, była ona bardzo słaba, drobna, zawsze tylko kaszlała i słaniała się na nogach. Bywało tak, że trzy kroki robił on, Ona jeden. Przystanie dyszy ciężko, on ją obejmuje, pociesza, nigdy nie krzyknie, jak twój ojciec, wariat.
Gdy była w ciąży, prawie nikt jej nie widział stojącej na nogach. Cały czas leżała, a po porodzie tylko on, noc w noc, do dziecka wstawał. Ona zupełnie zgasła.
Tak mówiła jego matka.
A ty, Elżbieto, jesteś krzepka, zdrowa, do wszystkiego nauczona i kosić umiesz, i żąć, i prząść, i tkać. Bogu grzech oddać cię za młodego, z tamtymi wiecznie huśtawka, nie ułożone charaktery, a z tym wszystko jasne, wszyscy go znamy. Ale ci się trafiło szczęście!
Bimber upędzę, wieczorem posiedzimy, a wdowcowi wesele niepotrzebne, zmarłej nie przystało pląsy wyprawiać. A posagu zbierać nie trzeba mówił, że dom pełen dostatku.
Piotr żenił się pierwszy raz z miłości. Wiedział, że Weronika ciągle choruje, była wiotka, matka mu powtarzała, że potrzeba chłopu silnej dziewczyny, a nie schorowanej biedaczki, ale nic nie mogło go odwieść. Chciał tylko Weronikę i już.
We wsi zaczęto gadać, że go ktoś zauroczył, bo przecież tylko zaczarowany zamieniłby własne życie w szpital pełen bólu i cierpienia.
Lekarze twierdzili, że Weronika ma bardzo słabe płuca każda drobna infekcja kończy się zapaleniem, astmą, a kto wie, może i gorzej.
Piotr łudził się, że zaradzi wszystkiemu miłością, że naprawi każdy ból, że opieką postawi ją na nogi. Rzeczywiście, na początku po ślubie wszystko było dobrze szczęśliwi młodzi nie mogli się sobą nacieszyć.
Potem, kiedy Weronika zaszła w ciążę, wszystko się posypało: stała się słaba, ciągle zmęczona, kręciło jej się w głowie, spała po dniu całym, nawet rozczesać długich, pięknych włosów nie miała siły.
Lekarze powtarzali taka ta ciąża, urodzi i wróci do zdrowia. Piotr cierpliwie się nią opiekował, bez wyrzutów. Jego matka go szarpała dniami i nocami, że zamiast gospodyni przyprowadził sobie biedę. Piotr bronił żony jak orzeł gniazda i matce zakazał odwiedzin.
Weronika urodziła córeczkę i Piotr miał nadzieję, że szczęście wróci. I rzeczywiście, wróciło ale na krótko. Przeziębiła się pewnego dnia, już nie odzyskała sił. Topniała w oczach.
Zabrali ją do szpitala, a lekarz powiedział prosto:
Płuca już się sypią.
Powiedział zwyczajnie, po chłopsku. Weronika wiedziała, że jej dni są policzone. Początkowo trzymała fason, udawała, że to nic. Siłą wyciskała z siebie uśmiech bardziej bolesny grymas niż radość usta się śmiały, ale oczy pełne były strachu za przyszłość swoją i córki.
On wiedział, co oznacza ten wzrok jakby mówił na zawsze żegnaj i pamiętaj mnie radosną, uśmiechniętą. Jej chudość, wystające żebra, zapadnięta klatka piersiowa, wychudzone dłonie, opuszczone ramiona bez słów mówiły, że śmierć stoi już obok i czeka.
Czując nadchodzącą śmierć, Weronika poprosiła Piotra, by wysłuchał jej prośby.
Nie urodził się jeszcze taki, kto by plany Boga zmienił. Nasza miłość walczyła ze śmiercią, ale już nie mam siły, zmęczyłam się bólem, wszystko już przemyślałam. Proszę przebaczenia od ciebie i od naszej córeczki. Sama się w biedzie urodziłam i was na ból skazałam.
Piotr ujął jej gorące dłonie, zaczął je całować. Słyszał po jej urywanym oddechu, że nie zostało wiele czasu.
Zaczęła opowiadać o swojej miłości do niego i dziecka, mówiła nieskładnie, byle zdążyć, w końcu zebrała siły i prawie szeptem rzekła:
Ożeń się z Elżbietą. Będzie dobrą żoną, ty dobry mąż, ona dobra matka. Przeszła szkołę życia z macochą, z przyrodnimi siostrami, pijanym ojcem. Znam jej los, a i mama chodzi do nich, a ma oko, widzi wszystko.
Elżbieta jest łagodna, pracowita, cierpliwa. Córki nie skrzywdzi, i ciebie pokocha. Tylko bądź dla niej taki, jak dla mnie jakbyś mnie widział w jej skórze. Wybacz za te słowa, ale nie tylko płuca mam czarne, dusza też sczerniała od trosk o córkę. Twoje życie też Bóg pisze, jak zdecydujesz tak będzie. Ale pamiętaj dziecka nie skrzywdź, bo cię przeklnę z tamtego świata
Ostatnie słowa wypowiedziała powoli i mocno.
Ścisnęła Piotra za rękę, ile jeszcze sił. Piotr płakał, obraz żony zagubił się mu w łzach, czuł, jak z nią odchodzi jego życie. Anielskie, łagodne oblicze z uśmiechem zwrócone w jeden punkt. Dłoń wciąż trzymała jego.
Piotr całował ją od stóp do głów i przyrzekał, że spełni każdy jej rozkaz. Dlatego właśnie, rok po śmierci żony oświadczył się Elżbiecie.
Macocha Elżbiety była przygotowana przez teściową Piotra. Ona także pragnęła dla wnuczki dobrej matki. Sama chorowała i obawiała się, że już długo nie pożyje chciała, by wnuczka i zięć ułożyli sobie życie na nowo.
Nikt tak jak ona nie wiedział, ile Piotr wycierpiał. Za jego troskę o jej córkę gotowa była całować mu stopy i modlić się o szczęście dla Piotra.
Zaręczyny minęły jak przez mgłę. Gdy widział, jak ciężko jest córce bez matki, a i jemu samemu trudno bez porządku w domu, postanowił dotrzymać obietnicy danej Weronice. Już wcześniej przyglądał się Elżbiecie była bardzo pokorna, cicha, piękna, a nawet chodziła i uśmiechała się tak jak Weronika.
Czasem chciał podejść i mocno ją objąć, pomilczeć chwilę, wyobrazić sobie na jej miejscu żonę. Elżbieta sama nie rozumiała, czemu się zgodziła. Może miała dość bycia służącą swojej macochy? Może zmęczyło ją ciągłe odprowadzanie pijanego ojca do domu i bronienie go przed gniewem macochy? Albo znudziły ją kpiny sióstr? Może też było jej zwyczajnie żal córki Piotra?
Lecz jakby nie było, kiedy powiedziała “tak”, zrozumiała, że czeka ją kolejne wyzwanie pokochać Piotra i sprawić, by on pokochał ją.
Po zaręczynach Piotr postanawia zbliżyć córkę do Elżbiety.
Weronika bardzo rzadko wychodziła na dwór, każdą chwilę spędzała przy dziecku. Często, nawet nocą, Piotr dostrzegał, jak żona pochyla się nad córką i coś szepcze, jakby dawała rady na przyszłość po swoim odejściu.
Nie mógł nawet myśleć bez łez o tym, co Weronika szeptała tej swojej okruszynie. Hania tak miała na imię córeczka była domowym dzieckiem, obcych się trzymała na dystans, miała tatę, mamę, babcię i jeszcze jedną zrzędliwą, wiecznie niezadowoloną babkę.
Piotr sprowadził Elżbietę do domu, żeby zobaczyła córkę, żeby pobyli razem, bez obecności za bardzo entuzjastycznej macochy, która udawała jakby ktoś wreszcie zabierał z podwórka krowę, co mleka nie daje.
Elżbieta w obecności Piotra właściwie milczała, zauważyła jednak, że nie jest ani trochę ponury, wręcz przeciwnie uprzejmy, troskliwy. Otworzył się przed nią i zapytał wprost, czy jeśli ma kogoś bliskiego, on się wycofa, nie wspomniał ani słowem o prośbie byłej żony.
Dom Piotra oszołomił Elżbietę swoim porządkiem: piękne meble, zrobione własnoręcznie, mnóstwo haftowanych przez kogoś obrazów w drewnianych ramkach, polakierowanych. Duże, jasne pokoje. Hania, zobaczywszy Elżbietę, od razu zaczęła jej zalecać się, pokazała swoje zabawki i prosiła, aby z nią usiadła. Ostrożnie dotykała Elżbiety rączką, przyglądała się z wielką ciekawością, a czasem się uśmiechała.
Elżbieta kilka razy podczas zabawy tuliła ją i poprawiała jej piękne, jak u mamy, włosy.
Chodź, zrobię ci fryzurkę, będziesz jak księżniczka uśmiechnęła się.
Piotr patrzył na nie, a duszę ściskała mu wielka radość.
Bał się tego spotkania Hania ciągle wypatruje mamy, rzuca się do okna, czeka na powrót zmarłej, każdemu gościowi biegnie na spotkanie z nadzieją w oczach… Próbował tłumaczyć lecz dla czterolatki to nic nie znaczy. Ona potrzebuje tylko czułej, dobrej mamy.
Im bardziej Piotr starał się dać jej wszystko miłość, uwagę, czułość tym mocniej wiedział, że matczynej bliskości dziewczynka nie odzyska. Wiedział i bał się, żeby w Elżbiecie się nie rozczarować.
Jednak kiedy zobaczył, jak córka zaczyna płakać, bo Elżbieta się żegna, zalała go fala spokoju.
Hania złapała Elżbietę za rękę, zaprowadziła do swojego pokoiku, odgarnęła kołdrę i zaczęła dusić poduszki, po czym wskoczyła na łóżko ze szczęścia i skakała niemal do sufitu.
Elżbieta przypomniała sobie, jak do jej domu przyszła macocha, jak głodziła ją kromką chleba, ukrywała słodycze dla córek, biła za niedokładnie wykonaną robotę, jakie łachmany po siostrach nosiła, jak ojca pijaka kładli na ziemi, a jej pękało serce okrywała go własnym kocem. Jak macocha mówiła, że z pierwszym lepszym ją wyda, jak bydło, z podwórza. Przypomniała sobie jej przekleństwa i zacisnęło jej się gardło.
Przytuliła Hanię mocno, położyła się obok. Dziewczynka zasnęła w jej objęciach twardym, radosnym snem. Piotr nie wiedział, jak się zachować z radości. Pili herbatę i patrzyli na siebie, czasem się do siebie uśmiechali. Elżbiety nie wypuścił już z domu.
Nie wypuścił i tyle!
Żona powinna być przy mężu, nie tam, gdzie jej już nie chcą…



