— Odchodzę, Arturze. I nie próbuj mnie zatrzymywać — Weronika ściskała w dłoni starą pędzel z wytartym drewnianym trzonkiem, jakby to był talizman. Za jej plecami na sztalugach schnęło niedokończone płótno — szkarłatny zachód słońca przecięty ciemnymi pociągnięciami.
— Odchodzisz? Dokąd? Do swoich farb i pędzli? — Artur roześmiał się, ale w jego głosie brzmiała złość. — Bez mnie jesteś nikim, Weronika. Nikim. Kto cię przyjmie z tym twoim bazgraniem?
Spojrzała na niego — na człowieka, który kiedyś obiecywał jej gwiazdy, a teraz odbierał nawet światło. Jego twarz, jeszcze niedawno tak bliska, teraz wydawała się obca, wykrzywiona pogardą. Weronika wzięła głęboki oddech, czując, jak determinacja rozlewa się po żyłach, i wyszła, trzasnąwszy drzwiami. Wiatr poruszył jej włosy, a w piersi paliło się coś nowego — wolność.
***
Poranek w ich małym miasteczku pachniał rosą, świeżo skoszoną trawą i dymem z sąsiednich pieców. Weronika obudziła się od śpiewu szpaków za oknem i mimowolnie spojrzała na sztalugi w kącie sypialni. Puste płótno patrzyło na nią w milczeniu, jak stary przyjaciel, którego zdradziła. Dziś Artur obiecał zawieźć ją na wystawę do wojewódzkiego miasta, a ona uśmiechnęła się, przypominając sobie jego słowa sprzed dwóch lat.
— Jesteś utalentowana, Weron — mówił wtedy, obejmując ją w ich wynajętym mieszkanku. Światło z lampy padało na szkice porozrzucane po stole. — Pomogę ci pokazać to światu. Będziesz błyszczeć.
Wierzyła. Wierzyła, dopóki jego obietnice nie zaczęły rozpływać się w wyrzutach: „Skończ z tym bazgraniem”, „Czas pomyśleć o rodzinie”, „Komu to potrzebne?”. Każde takie słowo zostawiało ślad, jak plama na czystym płótnie, a Weronika coraz częściej chowała pędzle do szuflady.
— Dzień dobry, śpiochu — Artur wszedł do sypialni w idealnie wyprasowanej koszuli, pachnący drogim wodami toaletowymi. — Śniadanie gotowe, szybko. Mama dzwoniła, czeka na nas na obiad.
— A wystawa? — Weronika usiadła na łóżku, poprawiając rozczochrane jasne włosy.
— Jaka wystawa? — zmarszczył brwi, zawiązując krawat. — Werku, mamy dużo na głowie. Mama chce omówić remont, a ja muszę wpaść do biura. Może innym razem?
— Ale obiecałeś… — jej głos zadrżał, ale zamilkła, widząc grymas irytacji na jego twarzy.
— Weronika, nie zaczynaj. Mam dość twoich kaprysów — rzucił i wyszedł, zostawiając za sobą woń wody toaletowej.
Skinęła sobie głową, połykając rozczarowanie. Zawsze tak było: „innym razem”, „później”, „teraz nie”. Jej marzenia rozpływały się w jego planach jak akwarela pod deszczem. Wstała, narzuciła stary sweter i poszła do kuchni, gdzie na stole stygły tosty i kawa przygotowane przez Artura. Nawet jego troska wydawała się teraz mechaniczna, jak obowiązek, który wypełniał bez duszy.
***
Weronika dorastała w domu, gdzie sztukę uważano za stratę czasu. Ich drewniany dom na obrzeżach miasteczka skrzypiał podłogą i pachniał wilgocią. Matka, zmęczona zmianami w lokalnej szwalni, powtarzała: „Rysunkami się nie najesz”. Ojciec, wiecznie pochłonięty naprawą starych samochodów w garażu, tylko wzruszał ramionami, gdy pokazywała mu swoje szkice.
— Weronika, znowu swoje bazgroły? — matka zajrzała na strych, gdzie dziesięcioletnia dziewczynka siedziała z albumem, wycierając ręce o wytarty fartuch. — Lepiej byś ziemniaki obrała.
— To nie bazgroły, mamo — cicho odpowiedziała Weronika, chowając rysunek zachodu słońca. — To ja.
Matka westchnęła i wyszła, mamrocząc coś o „fanaberiach”. Jedyną osobą, która widziała w niej iskrę, była jej szkolna nauczycielka plastyki, pani Bożena. Starsza kobieta o siwych loczkach, zawsze w jaskrawych chustach, poprawiała jej ołówek z taką czułością, jakby trzymała ptaszka.
— Masz dar, Weroniko — mówiła, przyglądając się szkicom. — Nie pozwól, żeby ktoś go zgasił. Obiecujesz?
— Obiecuję — szepnęła Weronika, a serce biło jej szybciej.
Ale po szkole marzenia o szkole artystycznej rozbiły się o rzeczywistość. Matka nalegała na „normalny” zawód, więc Weronika poszła do technikum na księgowość. Tam poznała Artura — czarującego syna miejscowego biznesmena, którego uśmiech mógł stopić lód. Wydawał się ucieczką od szarości miasteczka.
— Będziesz moją muzą — szeptał na pierwszej randce, całując jej dłoń przy fontannie w parku. — Uczynię cię szczęśliwą.
Uwierzyła. Pobrali się po roku, wprowadzili do domu jego rodziców, a ona zaczęła nowe życie. Ale z każdym miesiącem Artur coraz częściej przypominał jej, że jej miejsce jest w kuchni, a nie w pracowni. Jej farby kurzyły się w pudełku, a sztalugi stały się tylko meblem.
***
— Werku, gdzie jesteś? — głos Artura wyrwał ją z zamyślenia. Stała przy kuchence, mieszając gulasz, a w głowie wirowały obrazy niedokończonych obrazów.
— Tutaj — wymusiła uśmiech. — Obiad prawie gotowy.
— Dobrze, wpadnę na godzinę do biura — spojrzał na garnek. — A, i… Mama znowu pytała o dzieci. Czas najwyższy, co?
Skinęła głową, ale w gardle stanął jej gul. Dzieci? Kochałaby je całym sercem, ale za każdym razem, gdy Artur o tym mówił, czuła, jak jej marzenia oddalają się jeszcze bardziej.
— Artur, a jeśli znów zacznę malować? — odważyła się spojrzeć mu w oczy. — Może zapiszę się na kurs…
— Malować? — odwrócił się, a jego usta wykrzywiły się w drwiącym uśmiechu. — Poważnie? To zabawy dla dzieci. Lepiej pomyśl o obiedzie. Mama dziś przychodzi, chce barszcz.
Zamilkła, czując, jak coś ściska ją w środku. Tej nocy, po wyjściu teściowej, postanowiła posprzątać. W szafie Artura znalazła jego telefon. Ekran się rozjaśnił, a Weronika, sama nie wiedząc czemu, odblokowała go. Wiadomości od jakiejś „Weronika odłożyła telefon, spakowała swoje rzeczy i wyszła, wiedząc, że tym razem już nie wróci, a za oknem czekał nowy świt pełen kolorów i nadziei.



