ZAGUBIONY W POLSKIEJ RZECZYWISTOŚCI

Rodzina była już po latach przyzwyczajona do jednego, niechcianego gościa przygarnianej przez małżonkę, którą wszyscy w domu nazywali po prostu Zamęt. Decyzję o jej przyjęciu podjął najstarszy syn Staszek. Z powodu swej porywczej natury i wygórowanych wymagań wobec mężczyzn, nie wyszła za mąż, a w wieku trzydziestu lat zamieniła się w kąśliwą mężanienawistkę. Była niczym wrzód w żołądku, koszmar każdego mężczyzny.

Zamęt wymamrotała, zamykając temat. Młodsza córka, Jadźka, pulchnie śmieszna, przytaknęła z uśmiechem. Matka milczała, choć na jej smutnej twarzy widać było, że zięć też jej nie przypadł do gustu. Co by mogło się podobać? Jedyny syn, filar i nadzieja rodziny, wrócił z wojska z żoną, a tej nie było ani ojca, ani matki, ani grosza. Może rosła w domu dziecka, może była pośród krewnych nie wiadomo. Janek milczał, żartując: Nie martw się, mamo, już sobie zbudujemy fortunę. A więc rozmawiał ze swoim przyjacielem, który przywiódł do domu nieznajomą. Może była złodziejką, może oszustką w naszych czasach takie charaktery się mnożą.

Wanda Nikiticzna, odkąd zamęt zamieszkał pod dachem, nie spała jedną noc. Otworzyła jedno oko. Co chwilę czekała na jakieś figle nowej krewniaczki: kiedy zacznie grzebać w szafach. Córki podpowiadały: Zanim zabierzesz, matko, schowaj cenne rzeczy, bo nie wiadomo, co się przydarzy. Złoto, futra co chwilę obawiali się, że pewnego ranka wszystko zniknie.

A Janek miał już po miesiącu dosyć: kogo w domu przywiódł! Gdzie były jego oczy? Nie ma skóry, nie ma twarzy!

Lecz nie ma co płakać, trzeba żyć. Zaczęli więc przyzwyczajać zamęt do miejsca.

Dom był spory, ogródek trzydzieści arów, trzy prosiaczki w zagrodzie, ptaki tego się nie liczy. Pracować mogło się bez końca, a zamęt nie narzekał. Gotował, sprzątał, opiekował się prosiakami, starał się zadowolić teściową. Lecz gdy serce matki nie było spokojne, nawet złoto nie pomoże, wszystko pójdzie po diable. Niechciana zięć, dręczona żalem, w pierwszy dzień odcięła się słowami:

Nazywaj mnie imieniem i patronimikiem. Tak będzie lepiej. Moje własne córki już mam, a ty, choćby się starała, nie będziesz dla mnie tak bliska.

Od tej chwili Wanda nazywała ją Zamętem, a sama matka nie używała żadnego przydomku. Mówiła tylko: Trzeba coś zrobić. I tyle. Nie dało się nadmiernie pochlebiać. Natomiast bratniej się nie pozwalało wchodzić w relacje z innymi. Każdy list wkładano w porządek. Czasem matka musiała przytrzymać rozszalałe córki nie dlatego, że litościła Zamęt, ale bo w domu miał panować porządek, a nie kłótnie. Dziewczyna okazała się pracowita, chwytała się wszystkiego, nie była leniwa. Stopniowo, nie przyznając się temu, matka zaczęła ją lubić.

Może życie ułożyłoby się z czasem, gdyby Janek nie zamienił się w wędrowca.

Żaden mężczyzna nie wytrzyma, gdy od rana do wieczora dwa głosy wściekały go: Na kogo się wydałeś? Na kogo się wydałeś? A potem Staszek spotkał ją z jakąś znajomą i wszystko się zakręciło. Szwagierki cieszyły się zwycięstwem: w końcu nienawidzonego Zamęta trzeba będzie pozbyć. Matka milczała, a Zamęt udawał, że nic się nie stało, choć oczy jej były pełne smutku. Nagle, jak grzmot w słonecznym niebie, dwie wiadomości: Zamęt spodziewa się dziecka, a Janek od niej się rozwodzi.

Nie może tak być rzekła matka Janka. Nie zamierzałam cię poślubić.

Ale gdy już wziął ślub, niech żyje! Nie ma co się obrażać. Już niedługo zostaniesz ojcem. Jeśli zepsujesz rodzinę, wyrzucę cię z domu i nie będę cię już znała. A Zosia zostanie tutaj.

Po raz pierwszy w całym życiu matka nazwała Zamęt po imieniu. Siostry zamarzły. Janek wpadł w gniew: Jestem mężczyzną, decyduję. Matka wprawiła ręce w biodra i zaśmiała się: Jakim jesteś mężczyzną? Dopiero gdy wyhodujesz dziecko, nauczysz je rozumu i wyprowadzisz w ludzi, wtedy będziesz mężczyzną.

Matka nigdy nie ruszała się po cichu. Janek trzymał się jednak przy niej.

Gdy coś wymyślił, odszedł. Zosia została. Po wyznaczonym czasie urodziła dziewczynkę i nazwała ją Wiktorią. Matka, gdy się o tym dowiedziała, nic nie powiedziała, lecz widać było, że cieszy się.

Na zewnątrz dom nie zmienił się, tylko Janek zgubił drogę do domu. Był obrażony. Matka też się martwiła, choć nie pokazywała. Zakochała się w wnuczce, rozpieszczała ją, kupowała prezenty, słodycze. Zosia chyba nigdy nie wybaczyła, że straciła syna przez nią, ale nie zwracała się do niej z niczym.

Minęło dziesięć lat. Siostry wyszły za mąż, a w dużym domu zostali trzej: matka, Zosia i Wiktoria. Janek wstąpił do wojska i odjechał na północ z nową żoną. Do Zosi podchodził już emerytowany oficer, starszy od niej, rozwiedziony, zostawił jej mieszkanie, sam mieszkał w akademiku. Dostawał emeryturę, był poważnym kandydatem na zięcia. Zosia go polubiła, ale gdzie go zaprowadzi? Do teściowej?!

Wyjaśniła mu wszystko, poprosiła o wybaczenie i odszedł. Nie będąc głupi, poszedł po rękę matce. Wanda Nikiticzna, kocham Zosię, nie mogę bez niej żyć.

Matka nie zmierzyła się z ruchem twarzy.

Kochasz, mówisz? powiedziała No to zamieszkajcie razem.

Zamilkła i dodała:

Nie dam ci zabierać Wiktorii. Tu mieszkajcie razem, pod moim dachem.

I tak wszyscy mieszkali pod jednym dachem. Sąsiedzi drwili, że szalona Wanda wygania syna, a Zamęt przyjmuje go z uśmiechem. Niektórzy mówili, że leniwie podjadają kości tej starszej kobiecie, ale ona nie przejmowała się plotkami, nie rozmawiała z sąsiadkami, nie opowiadała o młodych, trzymała się dumnie i niewzruszenie. Zosia urodziła Kasię. Matka nie mogła się zachwycić swoimi wnuczkami, bo Kasia nie była dla niej wnuczką. Nie była żadna.

I tak się stało.

Nagle nieszczęście spadło jak burza. Zosia ciężko zachorowała. Mąż poddał się, niektórzy sięgali po alkohol. Matka w ciszy, bez słów, wzięła wszystkie pieniądze z kieszonkowego i zawoziła Zosię do Warszawy. Przepisując leki, odwiedzając lekarzy nic nie pomogło.

Rankiem Zosia poczuła się lepiej i poprosiła o rosół. Matka, ucieszona, natychmiast rozgriżała kurę, obierała i gotowała. Gdy przyniosła gorący rosół, Zosia nie mogła go zjeść i po raz pierwszy w życiu zapłakała. Matka, której nigdy nie widziano płaczącej, popłakała razem z nią:

Co się stało, córeczko, odchodzisz, kiedy cię kocham? Co robisz?

Uspokoiła się, przetrzeć łzy i rzekła:

Nie martw się o dzieci, nie zginą.

Do końca nie wypowiedziała już więcej łez, siedziała przy Zosi, trzymała ją za rękę i delikatnie głaskała, jakby prosiła o przebaczenie za wszystko, co było między nimi.

Jeszcze dziesięć lat minęło. Wiktorię wychowywano na żonę. Przyszły Staszek i Jadźka, już starsi, spragnieni wspomnień. Żaden z nich nie miał już dzieci. Zgromadziła się trochę krewnych. Janek przyjechał. Z żoną już się rozstał, popijał mocny alkohol. Gdy zobaczył, jak piękna stała się Wiktoria, ucieszył się: nie spodziewał się takiej córki. Kiedy usłyszał, że dziecko nazywa ojca pan inny niż jego, zbladł i obwinił matkę: Wpuszczasz obcych mężczyzn do domu, niech sprzątają! Nie ma tu miejsca dla niego. Ja jestem ojcem.

Matka odpowiedziała:

Nie, synu. Nie jesteś ojcem. Jak byłeś szczeniakiem w spodniach, tak nie wyrosłeś w mężczyznę.

Powiedziała to, jakby kończyła zdanie. Janek nie wytrzymał upokorzenia, spakował rzeczy i znów wyruszył w świat. Wiktoria wzięła za mąż, urodziła syna i nazwała go Aleksandrem, na cześć przybranego ojca. A babcię Wiktorię pochowano w pobliżu Zosi.

Tak leżą w szeregu: synowa i teściowa. A między nimi tej wiosny wykiełkowała brzoza. Skąd się wzięła, nie wiadomo. Nikt jej nie posadził. To był nagły przyrost, może pożegnanie od Zosi, może ostatnie przeprosiny od matki.

Rate article
Fajna Tajna
ZAGUBIONY W POLSKIEJ RZECZYWISTOŚCI