Zaginiony syn
Lidia samotnie wychowywała synka. Po rozwodzie, który nastąpił zaraz po porodzie mąż okazał się huliganką jedyną pomocą przy dziecku i w portfelu był jej ojciec. Bez niego Lidia nie wyobrażała sobie, jak przetrwać.
Po rozwodzie pieniądze jak zwykle poszły w niepamięć, a byłyki nie płacił alimentów. Lidia musiała szukać pracy. Kiedy w końcu podjęła decyzję, ojciec westchnął i rzekł:
No cóż, trzeba iść do roboty. Ja z Leszkiem będę. Nie martw się, dam radę.
Tak więc Leszek spędzał całe dnie z dziadkiem. Lidia była nieco zazdrosna chłopiec był bardzo przywiązany do starszego. A ona, pracując od rana do nocy, nie miała już czasu dla małego.
Pewnego poranka, gdy Lidia szykowała się do wyjścia, Leszek podskoczył nagle i z radością oznajmił:
Dziadku, idziemy dziś po grzyby, prawda?
Lidia odwróciła się do ojca i zapytała:
Tato, serio? Gdzie zamierzacie?
Do Puszczy Białowieskiej, mówią, że tam grzybki już się pojawiły.
Ojciec Lidii był zapalonym grzybiarzem i wędkarzem, od dziecka wprowadzał wnuka w te pasje. Lidia nie miała nic przeciwko, więc przyznała:
Chodźcie, ale nie wracajcie po zmierzchu, dobrze?
A jak już będziemy po zmierzchu, to po kilku koszach wrócimy do domu, co nie? mrugnął dziadek.
Do ostatniej przystani dotarli autobusem, a potem przeszli pieszo. Puszcza zaczynała się zaraz za bramą wsi, więc nawet siedmioletni Leszek nie miał problemu, by dotrzeć na skraj lasu.
Zanim wyruszyli w głąb, przydrożny samochód zahamował.
Cześć, Stefanie! Co, znowu po grzyby? zawołał kierowca, rozpoznając starego znajomego.
Stefan odparł:
Tak, słyszałem, że grzybów pełno.
Tu w Białowieży już wszystko wyzłowiono. Lepsze będą południowe tereny, w Tucholę. Jadę tam właśnie, chcesz podwieźć?
Jeśli możesz, podjedź.
Anatol, kierowca, wysiadł ze Stefaniem i Leszkiem przy skraju Tucholskiego lasu. Umówili się, że wrócą tymi samymi samochodami, a jeśli nie uda się, zadzwonią do Anatola, który ich odbierze.
Leszek szedł wesoło, rozmawiając z dziadkiem. Dziadek zawsze wszystko wyjaśniał, nie szczędził odpowiedzi na milion pytań małego chłopca. W jego oczach Stefana był bohaterem, który znał świat w całości.
Grzybów rzeczywiście było pod dostatkiem. Zagłębili się głęboko w las, kiedy nagle dziadek, machając niezdarnie ramionami, upadł.
Leszek najpierw nie przestraszył się. Podszedł do Stefana i zapytał:
Dziadku, potknąłeś się?
Dziadka nie było widać, nie ruszał się. Chłopiec poczuł strach. Z wielkim trudem przewrócił go na plecy i potrząsał, lecz Stefana nie było w stanie wyprostować. Leszek wykrzyknął:
Dziadku, wstawaj! Co się stało? Proszę, wstań! Boję się!
Wieczorem Lidia wróciła do domu i nie znalazła syna ani dziadka. Natychmiast zadzwoniła, ale telefon był poza zasięgiem.
Gdzie się podziali? Czy już nie wrócą z lasu? myślała, zaczynając się niepokoić. Po godzinie jej lęk przerodził się w panikę, a po dwóch siedziała już w komisariacie, szukając pomocy u strażników. Strażnik, słysząc krzyk: Dziecko z dziadkiem! Nie wrócili z lasu!, natychmiast wezwał ochotników.
Ochotnicy ruszyli szybko. Nie minęło dwie godziny, gdy pierwsza grupa, razem z Lidą, która nie chciała już dłużej czekać, i kilkoma policjantami, wkroczyła w Puszczę Białowieską!
Leszek początkowo płakał, patrząc na nieruchomego dziadka, po czym sam do siebie powiedział:
Spokojnie, chłopcze, co dziadek nauczył? Nie panikować w trudnych chwilach. Weź się w garść!
Uderzył się w policzek, co mu pomogło powstrzymać łzy.
Muszę sprawdzić, czy dziadek oddycha powtórzył Leszek. Najbardziej go przerażało to, czy w ogóle jeszcze oddycha.
Z trudem, ale chłopiec położył głowę na dłoni dziadka. Klatka piersiowa lekko unosiła się i opadała.
Oddycha! Oddycha! z radością zawołał. Trzeba było tylko czekać, aż odzyska przytomność.
Leszek usiadł i próbował zadzwonić do mamy, ale nie było zasięgu. Dlatego po prostu czekał, aż zapadł zmierzch.
Wieczorem, wspominając wszystkie lekcje, które dziadek opowiadał o przetrwaniu w lesie, Leszek pomyślał:
Gdy nadejdzie noc i dziadek nie odzyska przytomności, zamarznie na zimnej ziemi. Muszę działać!
Wyciągnął z plecaka zapalniczkę, zebrał cienkie gałązki i rozłożył mały ognisko. Nie od razu, ale w końcu płomień rozgorzał.
Teraz potrzebne są drewna i koniecznie, by nie zgasło, zanim nastanie ciemność. powiedział, zrywając gałęzie z sosny.
Nie zmarzniesz, dziadku. Zbieram jeszcze patyki i przykryjemy się nimi, tak jak uczyłeś.
Noc była przerażająca. Dźwięki lasu budziły w chłopcu dreszcze. Leżał przy cieple dłoni dziadka, przykryty futrem konia. Gdy ogień zaczynał gasnąć, Leszek heroicznie wyłaził z podkowy i podsuwał kolejne drewno.
Pamiętam, dziadku, ogień nie może zgasnąć. Pamiętam.
Rankiem wypił herbatę z termosu, ale nie całą. Połowę nalał dziadkowi w usta, podnosząc mu głowę.
Potrzebna woda, bez niej nie przeżyjemy, pomyślał. Niedaleko znajdował się leśny źródełko.
Rozglądając się, zauważył krzaki z czerwonymi jagodami.
Wilcze jagody, nie wolno ich jeść przypomniał sobie słowa Stefana. Ale przydadzą się jako znak. Zbiorę pełny termos i pójdę do źródła, zostawiając po drodze szlak z czerwonych kamieni.
Poszukiwania w Puszczy Białowieskiej trwały już trzeci dzień. Las był przeszukiwany wielokrotnie. Z miasta przyjeżdżali kolejni ochotnicy, usłyszawszy o tragedii.
Leszek i dziadek zdawali się zniknąć w otchłani. Lidia, nieprzespana trzy dni, z czarnymi kręgami pod oczami, biegła między wolontariuszami, błagając, by nie przestawali szukać. Unikała samego lasu, ale strach o bliskich dawał jej siłę.
Czwarty dzień przyniósł zmęczeniu władcę. Jeden z ochotników, nabierając odwagi, podszedł do Lidii i rzekł:
Statystyki mówią, że po trzech dniach szansy na odnalezienie żywych maleją. Las sprawdziliśmy, a za nim jest bagno, może warto tam szukać.
Nie! krzyknęła Lidia. Dziadek znał teren, nie zaprowadziłby Leszka na bagno! Są żywi, wiem to! Musimy dalej!
Piątego dnia Lidia powoli wynurzyła się z lasu, chwiejna i wyczerpana. Przejeżdżający samochód nagle zahamował, a z niego wysiadł Anatol, stary znajomy ojca Lidii.
Lidio, co się tu dzieje? zapytał, patrząc na grupę wolontariuszy i ludzi.
Usłysząc historię, Anatol zmrużył oczy.
Tak, pięć dni temu podwoziłem ich do Tucholskiego lasu.
Proszę, jedźcie tutaj! wykrzyknęła Lidia.
Po kilku godzinach młody student-wolontariusz przeszukiwał Tucholski las. Zauważył dym i podążył w jego stronę. Przy ledwo tlącej się ogniwce leżały dwie postacie ukryte w futrze.
Alek! zawołał cicho.
Jedna z postaci poruszyła się to Leszek.
Długo mnie szukaliście. Dziadek kilka razy odzyskiwał przytomność, dawałem mu wodę i chleb. Żyje, tylko nie przytomny powiedział słabym głosem.
Zaraz po tym, pod okiem przytulnej matki, leczaczek zabrał dziadka na noszach.
Dziadku, bądź przy mnie, potrzebuję cię, masz jeszcze tyle, czego mam się uczyć szepnął Leszek.
Choć sytuacja była trudna, wszyscy zrozumieli, że prawdziwa siła nie tkwi w fizycznym przetrwaniu, lecz w umiejętności zachować spokój, pomóc drugiemu i nie poddawać się w obliczu zagrożenia.
Lekcja, którą Leszek wyniósł z tego doświadczenia, brzmi: w życiu najważniejsze jest wsparcie bliskich i wiara w siebie bo gdy razem stawiamy czoła trudnościom, nawet najgłębszy las nie jest w stanie nas pokonać.



