Dzwoń do ciebie jutro
Marek leżał na plecach. Na jego ramieniu, w zagłębieniu pod obojczykiem, spoczywała głowa Weroniki. Jedną nogę przerzuciła przez niego, dłoń przycisnęła do jego piersi, dokładnie nad sercem. Wsłuchiwał się w jej równy oddech, rozkojarzony szczęściem. „Tak by leżeć całe życie…” – pomyślał i przymknął oczy.
Drgnął, jakby ktoś go szturchnął w bok, i obudził się. Obok poruszyła się Weronika.
— Co, już czas? — zamruczała sennie.
Marek nie widział z kanapy okna, ale po tym, jak w pokoju zrobiło się ciemno, zrozumiał, że już wieczór, dawno minął czas, by opuścić ich tymczasowe gniazdko. A tak nie chciało się…
Poznali się za późno, gdy oboje byli już związani obowiązkami wobec rodzin i dzieci. Żyli od spotkania do spotkania, w męczącym oczekiwaniu na te słodkie godziny we dwoje. Marek mimowolnie westchnął, a Weronika uniosła głowę.
— Już całkiem ciemno! — wykrzyknęła, natychmiast rozbudzona, i zerwała się z łóżka.
W miejscu na piersi, gdzie przed chwilą leżała jej dłoń, zrobiło się zimno. Była tuż obok, a serce Marka już bolało z tęsknoty i samotności.
— Wstawaj, mamy jeszcze drogę. Co powiem mężowi?
— Prawdę. — Marek odsunął prześcieradło i też wstał.
Ubierali się pośpiesznie, nie patrząc na siebie. Jemu było wszystko jedno, co czeka go w domu. Dawno był na wszystko gotowy. Męczyło go kłamanie i ukrywanie. Ona była nerwowa, zirytowana, że tak nie w porę zasnęli, zmarnowali bez sensu cenny czas.
— Powiesz, że wstąpiłaś do sklepu, spotkałaś koleżankę, dawno się nie widziałyście, zagadałyście — podpowiedział Marek.
— On zna wszystkie moje koleżanki. Może do którejś zadzwonić. — Weronika uparcie unikała jego wzroku.
— Wymyśl kogoś z przeszłości, ze szkoły, studiów. Nie koleżankę, taką, dawną znajomą.
— A ty co powiesz swojej żonie? — Weronika przestała zapinać guziki bluzki i wbiła w niego wzrok.
Podszedł do niej, objął, zajrzał w oczy.
— Ona od dawna mnie nie pyta, domyśla się. — Marek zaczął całować Weronikę, a ona rozluźniła się, osunęła w jego ramionach.
Ciemność gęstniała, otulała ich niewidzialnym całunem, jakby nie chciała puścić.
Weronika delikatnie, ale stanowczo odsunęła go.
— Tak nigdy stąd nie wyjdziemy — zaczęła szybko zapinać bluzkę.
Marek chciał coś powiedzieć, uspokoić ją. Setki razy proponował, by powiedzieć wszystko jej mężowi, swojej żonie, wyrwać się z zaklętego kręgu kłamstw. Ale dzieci… Uwielbiał swoją dziesięcioletnią Olę, a Weronika martwiła się o dwunastoletniego syna.
Gdy zaczęli się spotykać, myślał, że prześpią się parę razy i skończy się na tym. Ale wszystko okazało się trudniejsze, poważniejsze. Był gotów dla niej na wszystko, ale czy ona była gotowa? Weronika unikała odpowiedzi, zwlekała, prosiła, by jej nie poganiał. Marek znów westchnął.
— No nie gniewaj się, przecież się umówiliśmy… — W jej głosie pojawiły się przepraszające nutki.
— Zejdź do samochodu, klucze są w kieszeni kurtki. Ja posprzątam — powiedział i zabrał się za składanie pościeli.
— Tylko się nie spóźniaj — krzyknęła do niego z przedpokoju.
Jak szybko minęło tych kilka godzin. Zwykle, gdy już nasycili się sobą, leżeli i rozmawiali, snuli plany. A dziś tak nie w porę zasnęli. Zostało jakieś niedopowiedzenie, niedokończenie spotkania.
Przyćmione światło słabej żarówki z przedpokoju ledwo oświetlało pokój. Trzasnęły drzwi. Weronika wyszła. Marek złożył kanapę, schował prześcieradła do szuflady pod nią. Gospodyni ich nie ruszała. Marek wyprostował się, rozejrzał po pokoju, czy nie zostawili śladów. Nie, wszystko było czyste.
W ciasnym przedpokoju szybko się ubrał, wyciągnął z kieszeni przygotowane banknoty (wcześniej wypłacił je w bankomacie) i położył na szafce. Kliknął wyłącznik i wyszedł.
Mieszkanie na krótkie spotkania wynajmował od samotnej starszej kobiety. Pomysł i samo lokum podpowiedział mu kolega z pracy, który kiedyś też z niego korzystał.
Na umówioną godzinę gospodyni wychodziła. Nie interesował się, dokąd. Ona potrzebowała pieniędzy, on i Weronika – miejsca.
Mógł wynająć pokój w hotelu. Ale po pierwsze, łatwo było trafić na znajomych, po drugie, nie chciał kłaść się na łóżku, na którym przed nimi była niezliczona ilość par.
Schodząc po schodach, Marek natknąWeronika spojrzała przez okno taksówki na mijane ulice Warszawy, czując, jak z każdym kilometrem od domu odradza się w niej nadzieja na nowe życie z Markiem.



