Moją przyjaciółkę Dagmarę Białkowską można śmiało nazwać mistrzynią słowa. Jest efektowna, piekielnie bystra i potrafi wywijać językiem jak szablą. Ale czasem przybierze minę niewiniątka – aż chce się ją przytulić i pogłaskać po główce. Tę sztukę opanowała do perfekcji.
Pamiętam naszą wycieczkę autokarem. Wnętrze wypełnione po brzegi turystami. Za kierownicą siedział poważny facet, kierowca Wiesiek. Czekała nas długa nocna podróż, a Wiesiek nie miał drugiego kierowcy. Obejrzał się na naszą głośną grupę i rzekł:
– Jedziemy daleko, boję się, że zasnę za kółkiem. Dziewczyny, może któraś dotrzyma mi towarzystwa? Posiedzi, pogada? Odwdzięczę się później.
Ludzie skrzywili się niechętnie – żal kierowcy, ale nikt nie miał ochoty czuwać z nim przez noc. Wszyscy marzyli, by zapaść w drzemkę i obudzić się na miejscu.
Na pomoc przyszła Białkowska – zgodziła się zabawiać Wieśka, reszta mogła spać. Przesiadła się do przodu, poprawiła spódniczkę, spuściła wzrok – prawdziwa skromnisia.
– Nie wiem, o czym mówić, jestem nieśmiała, ale spróbuję – szepnęła.
Pasażerowie układali się do snu, Wiesiek pruł szosę, autokar pożerał kilometry. Dagmara zaczęła:
– O czym pogadamy, szefie? Może o pierwszej miłości? Było to dawno, miałam dziewiętnaście lat…
– Temat jak znalazł! – Wiesiek się ożywił. – Też kiedyś miałem… w minionym stuleciu. Wal, kędzierzawa!
– W tamtych odległych czasach zdarzyła mi się pierwsza miłość – ciągnęła Białkowska. – A może któraś z kolejnych, trudno powiedzieć. Dość, że w pierwszej dziesiątce. Imienia adoratora nie zdradzę. Nazwijmy go… Mietek.
Wiesiek kręcił kierownicą i przytakiwał. Dagmara z czułością opowiadała, jak pewnego wieczoru spotkała się z Mietkiem i ogarnęła ich szalona namiętność – na środku brukowanego rynku!
– Zrozumieliśmy, że szliśmy ku sobie całe życie! – mówiła z iskrami w oczach. – Zaraz po obiedzie wstaliśmy i ruszyliśmy na spotkanie przeznaczenia! Połączyliśmy się na rozstaju dróg, gdy na niebie zapalały się pierwsze gwiazdy, a w pobliskich knajpach rozlegały się pierwsze kuksańce…
– Sypiesz jak z rękawa! – zachwycił się Wiesiek. – I co było dalej? Rozpaliliście ogień? Dogadaliście się w sprawach sercowych?
– Wszystko pięknie, tylko głowy nie było gdzie położyć – westchnęła Dagmara. – U mnie nie, u Mietka nie. U znajomych wszystkie kąty zajęte, na pokój nie mamy grosza…
– Znane! – Wiesiek pokiwał głową. – Też miałem takie sytuacje w młodości. Hormony szaleją, baba gotowa na wszystko, a głupia ściana nie ma gdzie się przespać. Trzeba by ją położyć w poprzek drogi!
– Szukaliśmy ustronnego miejsca, ale na próżno – ciągnęła Dagmara. – W desperacji zajrzeliśmy nawet do altanki w parku – a tam też pełno, wszystkie ławki zajęte! Jakaś epidemia miłosna! Wtedy Mietek powiedział: „Kochanie, może innym razem?”
Sen z Wieśka spadł jak ręką odjął. Ryknął tak głośno, że mało nie wypuścił kierownicy.
– Co?! Jaki „innym razem”? Twój Mietek to ciamajda. Gdybym był na jego miejscu, to ja bym… Gdzie ty takich wykopujesz?
Białkowska roześmiała się tajemniczo, jak syrena.
– Żartuję, Wiesiek! Oczywiście sprytny Mietek znalazł rozwiązanie. Zaprowadził mnie do kamienicy, gdzie na strych prowadził niezamknięty luk…
– A, to inna bajka! – Wiesiek się uspokoił. – Dach też się nada, byle dziewczyna gorąca, a noc ciemna. Gwiazdy, chmury, romantyka… Pamiętam, jak raz na strychu przy zajezdni… ale mniejsza z tym. Mów dalej, Daga.
Gdy Dagmara rozkręciła się na dobre, mogłaby zawstydzić niejednego poetę. Z przejęciem opowiadała, jak patrzyło na nich północne niebo, jak małymi robaczkami wydawali się sobie na wysokim dachu, a nad nimi tylko prastary wszechświat i nic więcej!
– …jęcząc z namiętności, zaczęliśmy się rozbierać na dachu… – szeptała słodko Dagmara. – Miałam na sobie modny topik z zawikłanymi zatrzaskami na plecach. Łamiąc paznokcie, odpinałam je jeden po drugim! Spódniczka, lekka jak puch, zsunęła się z moich bioder, odsłaniając matową biel skóry… ciepły wiatr muskał moje niesforne loczki… ach, miałam wtedy królewskie loczki!
Słuchając Białkowskiej, Wiesiek warczał i pochrapywał – gdzie mu tam do snu! Nawet teraz Dagmara to kobieta-kartka, a co dopiero jako dziewiętnastoletnia studentka – cały autokar by ślinił się jak pies.
– Zdejmowałam z siebie wszystko, aż do ostatniej nitki, pragnąc spłonąć w ogniu miłości! – deklamowała Dagmara. – W półmroku zabłysnął wąski pasek mojej bielizny… otoczył nas korzenny zapach naszych ciał, niecierpliwości, rozkosznego wyczerpania… I wtedy Mietek powiedział…
– No! No! – mamrotał Wiesiek, mrużąc oczy. – Co powiedział?
– Powiedział: „Fajnie wyglądasz, Daga! Rozbierz się jeszcze raz?”
Biedny kierowca mało nie stracił panowania nad autokarem. Na szczęście był zawodowcem i utrzymał pojazd na drodze.
– Przed nim stoi goła baba, a on „rozbierz się jeszcze raz”? – zawył. – Co to za przygłup? Dałbym mu taki pogrzeb, że dentysta by nie nadążył z plombami! Ale opowiadać ty umiesz, to fakt. Malowniczo! Powinnaś pracować w „telefonie erotycznym”.
Autokar pędził szosą. Migotały rzadkie latarnie. Dagmara czarującym głosem przeszła do kolejnego etapu miłosnego wtajemniczenia z Mietkiem. Z przejęciem relacjonowała, jak splotły się ich gorące ciała, serca waliły jak dzwony, w uszach szumiał huragan, każde dotknięcie wywoływało burzę uczuć, i zatrzymali się na dachu jak dwie krople, które zlały się w jedną na dnie kosmicznej czary…
– I?… i… i… – podpuszczał Wiesiek. – Kończ, Daga, nie przestawaj! Ech, gdzie moje dziewiętnaście lat!
– …i wtedy Mietek pow– …i wtedy Mietek powiedział: „Nie trafiłem!” – zakończyła Dagmara, wybuchając śmiechem, podczas gdy Wiesiek znowu ryczyDagmara pokpiwała sobie, Wiesiek klął, a reszta autokaru śmiała się do łez, bo prawdziwa przyjaźń to taka, w której nawet najbardziej absurdalne historie zbliżają ludzi.



