Nazywam się Kasia i mam trzydzieści sześć lat. Od sześciu lat jestem w związku małżeńskim i wychowuję troje dzieci. Najstarszy, Artur, ma pięć lat. Najmłodsza, Zosia, trzy. A najmłodszemu, Tadkowi, ledwie pół roku. Nie pracuję, zajmuję się domem i dziećmi. Pracowałam tylko raz – po studiach, przed urlopem macierzyńskim. Cały resztę czasu poświęcam byciu mamą. I wiecie co? To wcale nie jest takie proste, jak się wydaje.
Poznałam Darka prawie trzydziestce. Wtedy moje koleżanki już dawno zakładały rodziny, a ja wciąż biegałam między biurem a wynajmowanym mieszkaniem. Był wysoki, charyzmatyczny, pewny siebie. Sportowa przeszłość, kierownik działu. Nigdy bym nie pomyślała, że taki mężczyzna mógłby się mną zainteresować. Ale pewnego dnia zabrał mnie, żebym poznała jego mamę – wtedy zrozumiałam, że to poważna sprawa.
Ewa, jego matka, okazała się kobietą niezwykle ciepłą i życzliwą. Od razu powiedziała: „Dbaj o tę dziewczynę”. Kilka miesięcy później wzięliśmy ślub.
Kiedy urodził się Artur, rzuciłam pracę i całkowicie oddałam się macierzyństwu. Potem przyszła na świat Zosia, a niedawno – Tadeusz. Nie zostawiam dzieci nawet na chwilę. Artur chodzi na taniec i zajęcia plastyczne, Zosię uczę sama w domu. Nie posyłamy ich do przedszkola, bo jestem z nimi i szczerze wierzę, że jestem dobrą matką. Moim dzieciom jest ciepło, wygodnie i bezpiecznie.
Ale pewnego dnia wszystko się posypało. Po trzecim porodzie przytyłam. Teraz ważę około osiemdziesięciu kilogramów, choć kiedyś byłam drobna – ledwie pięćdziesiąt. Wtedy regularnie chodziłam na siłownię, dbałam o paznokcie, o siebie.
Teraz nie mam na to ani czasu, ani siły. Jeśli próbuję zrobić kilka ćwiczeń, Tadek płacze, Zosia domaga się picia, a Artur woła, żebym spojrzała na jego rysunek. Czasem po prostu nie jestem w stanie wstać z kanapy – bo nieprzespana noc, bo karmienie, bo zwyczajnie padam z nóg. Nie narzekam, po prostu tak to wygląda.
Na początku Darek żartował. Nazywał mnie „kuleczką”, „misiaczkiem”. Mówił, że zrobiłam się bardziej miękka – i to w obu znaczeniach. Śmiałam się razem z nim. A potem żarty się skończyły.
W zeszły piątek jedliśmy obiad. Nałożyłam sobie trzy kotlety – cały dzień byłam na nogach, nic nie jadłam. Nagle Darek wyrywa mi widelec, zabiera dwa kotlety i mówi lodowatym tonem: „Musisz schudnąć”. A potem dodaje: „Jeśli kiedyś odejdę do innej kobiety, będzie to twoja wina. Nie moja”.
Siedziałam jak rażona prądem. Zrobiło mi się niedobrze. Tak, wiem, że przytyłam. Tak, nie poznaję siebie w lustrze. Ale czy nie zasługuję chociaż na odrobinę szacunku? Urodziłam mu troje dzieci. Zrezygnowałam z kariery. Zrezygnowałam z siebie.
Z przyjemnością poszłabym na manicure, zrobiła pedicure, zapisała się na masaż. Z radością kupiłabym sobie piękną sukienkę. Ale nie mamy na to ani czasu, ani pieniędzy. Wszystko idzie na dzieci, na zajęcia dodatkowe, na kredyty. Darek jest kierownikiem, musi wyglądać nienagannie. Pomagamy też jego mamie. A ja? Robię sobie maseczki z płatków owsianych i miodu wieczorami, gdy dzieci już śpią.
Nie kupiłam sobie nic nowego od ponad roku. A gdy czasem wejdę do sklepu, wychodzę z płaczem. Bo wszystko jest za małe, za wąskie. Bo nie jestem już taka, jak kiedyś.
Straciłam wiarę, że kiedykolwiek wrócę do dawnej sylwetki. Pozostała mi tylko nadzieja, że Ewa nie pozwoli Darkowi zniszczyć naszej rodziny. Bo ja już nie czuję się żoną. Tylko matką i sprzątaczką. Czy to naprawdę za mało, by mnie szanowano?…



