Za murami — nie ma ciszy

Za ścianą — nie cisza

— Włącz wreszcie ten cholerny telewizor ciszej! — krzyknęła Barbara Kowalska, uderzając pięścią w ścianę. — Ludzie śpią, noc na dworze!

W odpowiedzi muzyka zagrzmiała jeszcze głośniej. Jakby sąsiednie mieszkanie zamieniło się w salę koncertową, gdzie grały wszystkie orkiestry świata naraz.

— Mamo, nie denerwuj się — powiedziała zmęczonym głosem Kinga, wyglądając z kuchni z kubkiem herbaty w dłoniach. — Porozmawiasz z nimi jutro, po ludzku.

— Po ludzku? — Barbara odwróciła się do córki, jej oczy błyszczały z oburzenia. — Już miesiąc próbuję po ludzku! A oni jakby głusi! Albo udają!

Za ściąną coś znowu runęło, rozległy się męskie głosy, śmiech, tupot butów. Barbara złapała się za serce.

— Jezu, co to w ogóle jest?! Wcześniej mieszkała tu Zofia Nowak, niech spoczywa w pokoju, cisza była, błogość. A teraz…

Kinga postawiła kubek na parapecie i podeszła do matki.

— Mamo, no po co się tak przejmujesz? Młodzi ludzie, chcą się zabawić. Przypomnij sobie, jak biegaliśmy z Darkiem po mieszkaniu.

— To było w dzień! I my byliśmy dziećmi! A ci… — Barbara machnęła ręką w stronę ściany. — Dorośli faceci, a zachowują się gorzej niż gówniarze.

Muzyka nagle ucichła. W zapadłej ciszy słychać było tylko tykanie kuchennego zegara i ledwie słyszalny szept za ścianą.

— No widzisz — westchnęła z ulgą Kinga. — Może sami zrozumieli, że przesadzają.

Ale radowała się za wcześnie. Po kilku minutach rozległ się przeciągły, żałosny skowyt. Nieludzki — zwierzęcy.

— Co to? — Kinga zbladła.

— Pies — mruknęła Barbara. — Teraz jeszcze i psa sobie sprawili. Ogromnego, sądząc po głosie.

Pieś wył, jakby mu dusza rozpadała się z żalu. Skowyt przechodził w skamlenie, by zaraz znów wznieść się do nieznoszonego ryku.

— Mamo, może mu coś jest? Może potrzebuje pomocy?

— Jakiej pomocy? Oni mają wszystkich gdzieś! — Barbara znów zaczęła walić w ścianę. — Cicho tam! Słyszycie?! Uspokójcie tego psa!

W odpowiedzi odezwały się męskie głosy, ale słów nie dało się zrozumieć. Pies ucichł na chwilę, by zaraz wyć z nową siłą.

Barbara osunęła się na fotel, oparła dłonie na kolanach.

— Kinga, już nie daję rady. Sił nie ma. Co noc to samo. Raz muzyka, raz telewizor, teraz jeszcze ten przeklęty pies. Już tygodniami nie śpię.

Córka podeszła, przysiadła na podłokietniku.

— A wzywałaś dzielnicowego?

— Wzywałam. Przyszedł. Pogadał z nimi. Na jeden dzień się uciszyli, potem znów to samo. Dzielnicowy mówi, że nie ma dowodów. Jak udowodnisz hałas? Jak przychodzi, milkną, a tylko wyjdzie…

Za ścianą znów coś zgrzytnęło. Tym razem jakby ktoś przesuwał mebel. Ciężki, masywny. Skrzypienie, łomot, znów skrzypienie.

— O pierwszej w nocy meble ruszają — mruknęła Barbara. — Normalni ludzie tak nie robią.

— Mamo, a może naprawdę coś się dzieje? Może nie złośliwie hałasują?

— Kinga, ty ich bronisz?!

— Nie, tylko… Pamiętasz, jak babcia Hela opowiadała o wujku Staszku? Też w nocy hałasował, a okazało się, że chorował. Na to… alzheimera. Nie rozumiał, co robi.

Barbara zamyśliła się. Rzeczywiście, hałasy za ścianą były dziwne. Nie takie, jak u zwykłych głośnych sąsiadów. Działo się tam coś niepokojącego, niemal mistycznego.

— Dobra — wstała zdecydowanie z fotela. — Pójdę do nich. Poważnie porozmawiam. Sprawdzę, o co chodzi.

— Mamo, jest pierwsza w nocy!

— No i co? Oni nie śpią! Skoro hałasują, to znaczy, że nie śpią!

Barbara narzuciła szlafrok, wepchnęła stopy w kapcie i wyszła na klatkę. Drzwi sąsiedniego mieszkania były zwyczajne, niewyróżniające się. Tylko numer — trzydzieści osiem — był zaklejony taśmą, jakby ktoś próbował go ukryć.

Nacisnęła dzwonek. W środku rozległa się melodyjka, ale nikt nie odpowiedział. Hałasy trwały, pies znów zawył.

— Otwórzcie! — powiedziała głośno. — Jestem wasza sąsiadka!

Cisza. Potem kroki. Powolne, ostrożne.

Drzwi uchyliły się na łańcuch. W szparze ukazało się oko — szare, zmęczone.

— Czego pani chce? — spytał męski głos.

— Mieszkam obok. Macie bardzo głośno… To znaczy, gra muzyka, pies wyje. Ludzie nie mogą spać.

— Jaka muzyka? — głos za drzwiami brzmiał szczerze zdziwiony.

— Jak to jaka? Słyszycie przecież!

Za ścianą rzeczywiście grała muzyka. Cicha, smutna melodia, ale jak na środek nocy — wciąż zbyt głośna.

— Nie słyszę żadnej muzyki — odparł mężczyzna.

Barbara zgłupiała.

— Ale… jak to? Przecież słychać!

— Proszę pani, może się pani źle czuje? Może wezwać lekarza?

— Ależ skąd! Jestem zupełnie zdrowa! I słyszę doskonale!

Drzwi się zamknęły. Barbara stała na korytarzu, nasłuchując. Muzyka grała dalej, ale teraz wydawała się jeszcze dziwniejsza. Jakby dochodziła z daleka, z innego czasu.

Wróciwszy do mieszkania, zastała Kingę przytuloną uchem do ściany.

— No i co? — spytała.

— Dziwnie, mamo. Słyszę muzykę, ale jakąś… nieprawdziwą. Jakby grał stary adapter.

— Adapter? Kto dziś ma adapter?

— Nie wiem. I jeszcze… wydaje mi się, że słyszę głosy. Kobiecy i męski. Rozmawiają, ale nie rozumiem, o czym.

Barbara też przyłożyła ucho do ściany. Rzeczywiście, za ścianą rozbrzmiewała stara piosenka, taka, jaką śpiewano za jej młodości. A między zwrotkami słychać było głosy — czułe, pełne miłości.

— Może jakiś spektakl oglądają? — powiedziała Kinga.

— O pierwszej w nocy? I dlaczego ten facet twierdzi, że nie słyszy muzyki?

— NieOdtąd Barbara i Kinga wiedziały, że za ścianą nie było hałasu, lecz echo miłości, które w końcu odnalazło swój spokój, lecz na zawsze pozostawiło ślad w ich sercach.

Rate article
Fajna Tajna
Za murami — nie ma ciszy