Za mąż za inwalidę. Opowiadanie Dziękuję za wsparcie, za polubienia, za waszą wrażliwość i komentarze do moich opowiadań, subskrypcje i OGROMNE podziękowania za wszelkie donacje ode mnie i mojej piątki kotów. Proszę, dzielcie się opowiadaniami, które wam się podobały, w mediach społecznościowych – to też ogromna przyjemność dla autora! Córka wróciła późno z kliniki, gdzie pracowała jako pielęgniarka na urazówce. Długo się myła, a potem w szlafroku weszła do kuchni. – Na patelni są kotlety i makaron – zaproponowała mama, zaglądając jej w twarz i próbując odgadnąć, co się z nią dzieje. – Zmęczona jesteś, Lusia? A co z nastrojem? – Jeść nie będę, i tak jestem brzydka, a jak się obje zami, to już zupełnie nikt na mnie nie spojrzy – odpowiedziała ponuro Lusia, nalewając sobie herbatę. – Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy? – zaniepokoiła się mama. – Wszystko masz na miejscu: i mądre oczka, i nos, i usta normalne, nie wmawiaj sobie głupot, Lusia! – Stąd, że wszystkie koleżanki dawno już mają mężów, a ja nie! Podobam się tylko jakimś nieudacznikom. A ci, którzy mnie kręcą, nawet na mnie nie patrzą. Co jest ze mną nie tak, mamo? – burkliwie spojrzała córka, czekając na odpowiedź. – Po prostu nie spotkałaś jeszcze swojego losu, czas nie przyszedł – próbowała ją uspokoić mama, ale Lusia jeszcze bardziej się nakręciła. – Właśnie, że „oczka” mam, bo małe. Usta cienkie, a nos sam zobacz! Gdyby były pieniądze, zrobiłabym sobie operację plastyczną, ale przecież biedni jesteśmy! Więc zdecydowałam, że wyjdę za kogoś, kto jest niepełnosprawny – w klinice są tacy chłopacy, których po wypadkach albo urazach dziewczyny zostawiły. Co mi zostało, mam już trzydzieści trzy lata, nie ma czasu na czekanie! – Co ty mówisz, Lusia… Twój tata też z nogami ma problemy. Myślałam, że chociaż zięć by nam pomógł na działce, przy ogródku. To byłaby duża pomoc, a tak to jak żyć? – wymsknęło się mamie, po czym zaczęła się usprawiedliwiać. – Nie myśl sobie, Lusia, że wszyscy żyją bogato, ale sama dla siebie – po co ci inwalida? Weź sąsiada Szurka – dobry chłopak, od dawna na ciebie spogląda, silny, dzieci zdrowe będą i w ogóle… – Mamo, daj spokój, przecież ten twój Szurek nigdzie pracy nie utrzyma, lubi wypić, a o czym z nim porozmawiać? – oburzyła się Lusia. – Po co z nim rozmawiać, powiem mu: idź przekop działkę, potem obiad będziemy jeść. Albo do sklepu wyślę. Wiesz, dobry chłopak, pracowity, może wam się uda? – zaproponowała mama, ale Lusia tylko odsunęła niedopitą herbatę i wstała. – Idę spać. Mamo, ty to potrafisz… Myślałam, że chociaż ty uważasz mnie za człowieka, a ty, jak wszyscy, myślisz, że jestem brzydulą… – Lusia, córciu, co ty… – mama pobiegła za nią, ale Lusia tylko machnęła ręką – Koniec, mamo! I zatrzasnęła drzwi do swojego pokoju. Potem długo nie mogła zasnąć, myślała o chłopaku, którego niedawno przywieźli – amputowali mu nogę do kostki. Przygniotła go płyta w zrujnowanym domu. Dom do rozbiórki, a on tam wlazł po coś, wyciągali go długo, nogi nie udało się uratować. Nikt go nie odwiedzał – młody chłopak, nawet trzydziestki nie miał. Na początku tak na Lusię patrzył, za rękę ją trzymał, w oczy jej zaglądał żałośnie, zaraz po operacji. Potem oprzytomniał, zrozumiał, co i jak, i ponuro patrzył w sufit. Ona go żałowała bardziej niż innych, może dlatego, że nikt go nie odwiedzał. – Myślisz, że będę mógł chodzić? – ostatnio zapytał, nie patrząc w jej stronę. Lusia odpowiedziała pewnie: – Na pewno dasz radę, wszystko się zagoi, jesteś młody! – Wszyscy tak mówią. Sama spróbuj bez nogi, jaka to życie – nagle się zezłościł i odwrócił do ściany, jakby to jej wina była. – Po co tam wlazłeś? – zirytowała się Lusia – Sam jesteś sobie winny! – Coś mi się przewidziało – burknął niechętnie. Odtąd, gdy przychodziła do sali, odwracał się do ściany. Lusia w końcu się przypatrzyła: jasne ma oczy i takie zimne, jak bryłki lodu. A twarz miał bardzo sympatyczną. Szkoda, że coś takiego go spotkało… – Żałujesz mnie? – zapytał kiedyś i złapał jej wzrok. – Widzę, że żałujesz… Takich jak ja tylko żałować można, nie kocha się takich jak ja! – Takich jak ja też się nie kocha, chociaż mam nogi i ręce, bo jestem jakaś nie taka, nawet mnie nikt nie żałuje, lepiej by było bez nóg, przynajmniej ktoś by współczuł – odburknęła Lusia i tak jej się siebie żal zrobiło, że aż łzy napłynęły do oczu. Michał za to pierwszy raz uśmiechnął się do niej szeroko: – Ty głupia… Ty brzydka?! Zwariowałaś? Patrzę na ciebie i zazdroszczę temu, kogo wybierzesz, wierzysz? Lusia spojrzała mu prosto w oczy i, co dziwne, uwierzyła. I nagle wypaliła to, co od dawna miała na języku: – A jakbym to ciebie wybrała, ożenisz się ze mną? Milczysz, znaczy kłamiesz! Już wszystko wiem! Wstała oburzona i poszła w stronę drzwi. Michał podniósł się na łokciach, jakby miał zamiar za nią pobiec, potem przypomniał sobie, że nie może, i zawołał za nią: – Wyjdź za mnie, Lusia! Przysięgam ci, że niedługo nikt nie pozna nawet, że coś mi było z nogą. Szybko się pozbieram, nie odchodź, Lusia… Lusia i Michał Zatrzymała się na korytarzu, prawie płacząc, a jednocześnie nagle poczuła, że TO ON. I nieważne, że ona ma taki nos czy oczy, a on ma coś z nogą – po prostu się spotkali i już. Czas nadszedł, jak mówiła mama… Michał wziął się za rehabilitację z ogromnym entuzjazmem. Teraz miał cel: chce się ożenić z cudowną dziewczyną i musi stanąć na nogi dla ich wspólnej przyszłości. Chce, żeby Lusi było już tylko dobrze i żeby nie myślała, że nikomu nie jest potrzebna. JEST mu potrzebna, bardzo! Tylko z nią chce żyć i być zawsze przy niej… – Ty się w końcu zakochałaś, córeczko? – zapytała po cichu mama. – Zobacz, jak promieniejesz, a mówiłaś, że jesteś brzydka. Lusia nawet nie zaprzeczyła, fruwała jak na skrzydłach. Teraz jej największym marzeniem było, żeby Michał już dobrze chodził i przyzwyczaił się do protezy. I coraz dłużej spacerowali, najpierw wokół szpitala, potem po zaśnieżonych i migoczących świątecznym światłem ulicach przed świętami… – Dom już zburzyli, to tutaj mnie przysypało – wskazał jej kiedyś Michał. – I po co tam wlazłeś? Co ci się tam przewidziało? Do dziś mi nie powiedziałeś… – przypomniała Lusia. – Będziesz się śmiać. Zobaczyłem tam bezpańskiego psiaka, chudzielca, czarny z białymi łatami. Pomyślałem, że zamarznie i chciałem go zabrać do domu, żeby nie być samemu… – wyjaśnił Michał. – O, patrz, jakiś chudy pies tam stoi, patrzy żałośnie, ale boi się podejść. – To chyba on! – ucieszył się Michał, a psiak podszedł i odprowadził ich niemal pod drzwi domu… – Ale się Lusi poszczęściło, jaki mąż przystojniak, młodszy od niej, do tego z mieszkaniem i bez teściowej! – śmiały się koleżanki na jej weselu. Mama Lusi nawet się wzruszyła, kiedy Michał zaczął do niej mówić „mamo”. On to sierota z domu dziecka, rodziny nie ma żadnej. Chłopak porządny, dobry, a najważniejsze, że się kochają. Niech będą szczęśliwi! A działki można odpuścić. Michał, choć na pewno sobie poradzi – wszystkie prace idą mu świetnie! Lusia i Michał póki co żyją we troje, z psem Kuzym, który z nimi został. Ale wkrótce będą już w czwórkę – Lusia i Michał spodziewają się córeczki… Nigdy nie można się poddawać, bo można nie zauważyć swojego szczęścia. Bo życie jest piękne przez swoją nieprzewidywalność…

Za mąż za kalekę. Opowieść

Dziękuję za każde dobre słowo, za lajki, komentarze, udostępnienia moich opowieści w mediach społecznościowych, a także za subskrypcje i przede wszystkim za wszystkie wpłaty dla mnie oraz mojej wesołej piątki futrzastych domowników. Autorowi to zawsze robi dzień!

Moja córka wróciła późno z kliniki, gdzie pracuje jako pielęgniarka na ortopedii. Myła się długo, potem wlazła do kuchni w szlafroku.

Na patelni są kotlety i makaron zaoferowała mama, zerkając na nią uważnie i próbując wyczytać z twarzy, co się dzieje. Zmęczona jesteś, Jagódko? A humor czemu taki pod psem?

Jeść nie będę. I tak jestem brzydka, a jak się jeszcze opchnę, to już nikt na mnie nie spojrzy marudnie odburknęła Jagoda, robiąc sobie herbatę.

Co ty za bzdury wygadujesz? zaniepokoiła się mama. Przecież wszystko masz jak trzeba: oczy bystre, ładny nos, normalne usta, nie gadaj głupot, Jagódko!

Skoro wszystkie moje koleżanki już dawno zamężne, a ja nie! Podobam się tylko takim, co to nikt ich już nie chce. Ci, którzy mi się podobają, nawet nie spojrzą. Mamo, co jest ze mną nie tak? córka patrzyła na nią z ponurą ciekawością, czekając na odpowiedź.

Po prostu nie spotkałaś jeszcze swojego przeznaczenia, ot co, widocznie czas jeszcze nie nadszedł próbowała ją uspokoić mama, ale Jagoda tylko jeszcze bardziej się nakręciła.

Tak, oczka mam, bo małe. Usta cienkie, a nos sama popatrz! Gdybyśmy mieli pieniądze, to bym sobie plastykę strzeliła, ale jesteśmy biedne! Doszłam więc do wniosku, że wyjdę za jakiegoś kalekę. W klinice takich nie brakuje: po wypadkach, zostawieni przez dziewczyny. Co mi zostaje? Mam już trzydzieści trzy lata, nie mam czasu czekać!

Co ty opowiadasz, Jagódko, no co ty! Twój tata też z nogami kuleje… Myślałam, że zięć chociaż na działce będzie mi pomagał, bo przecież jak tu żyć? wyrwało się mamie, ale szybko się poprawiła: Nie zrozum mnie źle, Jagódko, no ale sama pomyśl po co ci kaleka? Popatrz na sąsiada Sławka, chłop jak dąb, od dawna za tobą lata. Mocny jest, dzieci zdrowe by były i w ogóle…

Mamo, daj spokój, ten twój Sławek pracy utrzymać nie potrafi, z kieliszkiem jest na ty, a porozmawiać też nie ma o czym! oburzyła się Jagoda.

A co tu z nim gadać, ja mu powiem idź, przekop ogródek, potem obiad dostaniesz. Albo wyślę do sklepu. Wiesz, dobry chłopak, może by wam się udało? nagabywała mama, ale Jagoda odstawiła niedopitą herbatę i wstała:

Idę spać, mamo. Naprawdę, szkoda gadać. Myślałam, że choć ty mnie za coś liczysz, a ty, jak wszyscy, uważasz mnie za paskudę…

Jagódko, dziecko, co ty mama rzuciła się za nią, lecz córka tylko machnęła ręką.

Koniec, mamo!

I zatrzasnęła drzwi do swojego pokoju tuż przed jej nosem.

Leżała potem długo bez snu, myśląc o pacjencie, którego niedawno przywieźli chłopakowi amputowali nogę do kostki, bo przygniotła go płyta w rozwalonym domu. Dom do rozbiórki, a on tam wlazł, nie wiadomo po co. Nie od razu go znaleźli, nogi uratować się nie dało.

Nikt do niego nie przychodził. Młody chłopak, nawet trzydziestki nie miał.

Na początku patrzył na Jagodę jak zbity szczeniak, po operacji trzymał ją za dłoń, zaglądał w oczy z taką desperacją, że serce topniało. Po jakimś czasie zrozumiał, w jakiej jest sytuacji, i wtedy tylko gapił się w sufit, ponury i milczący. Było jej go żal, bardziej niż innych, może właśnie dlatego, że nikt nie przychodził.

Myślisz, że będę kiedyś jeszcze chodził? rzucił jej niedawno bez patrzenia w jej stronę.

Jagoda odpowiedziała twardo, pewnie:

Oczywiście, że będziesz, wszystko się zagoi, młody jesteś!

Tak wszyscy mówią, ciekawe czy sami by chcieli bez nogi burknął ze złością i odwrócił się do ściany, jakby to jej wina była.

A po co tam w ogóle lazłeś? Sam sobie winny! odpyskowała Jagoda.

Coś mi się wydawało odburknął, i od tego czasu odwracał się do niej plecami przy każdej wizycie.

Jagoda widziała, że ma jasne, lodowate oczy. Przystojny z twarzy Szkoda, że tak mu się życie pokomplikowało.

Żałujesz mnie, co? złapał kiedyś jej spojrzenie. Widzę, że żałujesz. Takich jak ja to się już tylko żałuje, nie kocha.

Takich jak ja też nikt nie kocha, choć mam ręce i nogi. Bo coś jest ze mną nie tak, nawet litości nikt nie ma. Czasem myślę, że lepiej by było być bez nogi może wtedy chociaż ludzie by mnie żałowali odcięła się, a łzy same napłynęły jej do oczu.

Za to Michał pierwszy raz się uśmiechnął.

Aleś ty głupia, to ty niby brzydka? Kto ci to wmówił? Jak na ciebie patrzę, to zazdroszczę każdemu, kogo wybierzesz, serio!

Jagoda spojrzała na niego z szeroko otwartymi oczami. I co dziwne wierzyła mu. A potem wypaliła coś, co kotłowało się w jej głowie od dawna:

A jak ja wybiorę ciebie, to się ożenisz ze mną? Milczysz? W takim razie oszukujesz! Wszystko jasne!

Wstała z urażoną miną i ruszyła do drzwi.

Michał poderwał się na łokciach, jakby miał zamiar biec za nią i dopiero wtedy sobie przypomniał, że nie ma jak. Krzyknął za nią:

Wyjdź za mnie, Jagoda! Obiecuję, że wkrótce nikt się nie domyśli, że coś mi z tą nogą. Szybko stanę na nogi, nie odchodź!

Jagoda i Michał

Zatrzymała się na korytarzu ledwo powstrzymując łzy, ale poczuła, że to właśnie ON.

I nagle nieważne, czy ma ten swój nieszczęsny nos, czy on nie ma nogi. Spotkali się i koniec. Jak mówiła mama: czas przyszedł

Michał rzucił się w rehabilitację z takim zapałem, jakby miał wygrać złoto olimpijskie. Oczywiście teraz miał cel: dziewczyna boska, chce się żenić, więc musi stanąć na dwie nogi dla ich wspólnej przyszłości.

Chciał, żeby Jagoda już nigdy nie wyglądała, jakby ją deszcz oganiał, ani nie myślała, że jest nikomu niepotrzebna. Przecież jest mu potrzebna. Bardzo tylko z nią chce się budzić i zasypiać

Coś mi się wydaje, że się zakochałaś, córeczko? zagadnęła mama, bo Jagodę wręcz roznosiła euforia. Popatrz, jak wypiękniałaś, a gadałaś, że ci żadnego nie znajdę.

Jagoda nawet nie zaprzeczała. Chodziła jak na skrzydłach i marzyła tylko o tym, żeby Michał w końcu chodził samodzielnie i przyzwyczaił się do protezy.

Spacerowali coraz dłużej: najpierw wokół kliniki, potem już po śnieżnych, błyszczących świątecznymi lampkami ulicach Krakowa…

A tu stał ten dom, gdzie mnie przygniotło pokazał jej kiedyś Michał.

I po co ty tam wlazłeś, co ci się tam roiło w tej głowie? przypomniała sobie Jagoda. Do dziś mi nie powiedziałeś.

Zaraz się uśmiejesz. Zobaczyłem tam bezdomnego szczeniaka, wychudzonego, czarny z białymi łatkami. Pomyślałem, że zmarznie, chciałem go zabrać żeby nie siedzieć samemu w pustym mieszkaniu tłumaczył zakłopotany Michał.

A popatrz, tam jakieś chuchro się kręci, patrzy na nas żałośnie, ale podejść boi zwróciła mu uwagę.

No patrz, to pewnie on! ucieszył się Michał, a pies aż podbiegł do nich i szedł z nimi pod sam dom.

No, powiem ci, że ci się Jagodzie udało: mąż młodszy, ładny jak malowanie, i jeszcze z mieszkaniem, a bez teściowej! śmiały się koleżanki na jej weselu.

Mama Jagody nawet się popłakała, gdy Michał powiedział do niej mamo. Sam z domu dziecka, żadnej rodziny. Porządny chłopak, taki z sercem a co najważniejsze: kochają się, niech im się szczęści!

Teraz Jagoda i Michał mieszkają w trójkę pies Kazio został z nimi. Ale już niedługo będzie ich czworo: Jagoda i Michał spodziewają się córeczki…

Nigdy nie wolno się poddawać, bo można przeoczyć własne szczęście.

Bo życie jest naprawdę piękne przynajmniej tam, gdzie nigdy nie wiadomo, co cię jeszcze czeka…

Rate article
Fajna Tajna
Za mąż za inwalidę. Opowiadanie Dziękuję za wsparcie, za polubienia, za waszą wrażliwość i komentarze do moich opowiadań, subskrypcje i OGROMNE podziękowania za wszelkie donacje ode mnie i mojej piątki kotów. Proszę, dzielcie się opowiadaniami, które wam się podobały, w mediach społecznościowych – to też ogromna przyjemność dla autora! Córka wróciła późno z kliniki, gdzie pracowała jako pielęgniarka na urazówce. Długo się myła, a potem w szlafroku weszła do kuchni. – Na patelni są kotlety i makaron – zaproponowała mama, zaglądając jej w twarz i próbując odgadnąć, co się z nią dzieje. – Zmęczona jesteś, Lusia? A co z nastrojem? – Jeść nie będę, i tak jestem brzydka, a jak się obje zami, to już zupełnie nikt na mnie nie spojrzy – odpowiedziała ponuro Lusia, nalewając sobie herbatę. – Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy? – zaniepokoiła się mama. – Wszystko masz na miejscu: i mądre oczka, i nos, i usta normalne, nie wmawiaj sobie głupot, Lusia! – Stąd, że wszystkie koleżanki dawno już mają mężów, a ja nie! Podobam się tylko jakimś nieudacznikom. A ci, którzy mnie kręcą, nawet na mnie nie patrzą. Co jest ze mną nie tak, mamo? – burkliwie spojrzała córka, czekając na odpowiedź. – Po prostu nie spotkałaś jeszcze swojego losu, czas nie przyszedł – próbowała ją uspokoić mama, ale Lusia jeszcze bardziej się nakręciła. – Właśnie, że „oczka” mam, bo małe. Usta cienkie, a nos sam zobacz! Gdyby były pieniądze, zrobiłabym sobie operację plastyczną, ale przecież biedni jesteśmy! Więc zdecydowałam, że wyjdę za kogoś, kto jest niepełnosprawny – w klinice są tacy chłopacy, których po wypadkach albo urazach dziewczyny zostawiły. Co mi zostało, mam już trzydzieści trzy lata, nie ma czasu na czekanie! – Co ty mówisz, Lusia… Twój tata też z nogami ma problemy. Myślałam, że chociaż zięć by nam pomógł na działce, przy ogródku. To byłaby duża pomoc, a tak to jak żyć? – wymsknęło się mamie, po czym zaczęła się usprawiedliwiać. – Nie myśl sobie, Lusia, że wszyscy żyją bogato, ale sama dla siebie – po co ci inwalida? Weź sąsiada Szurka – dobry chłopak, od dawna na ciebie spogląda, silny, dzieci zdrowe będą i w ogóle… – Mamo, daj spokój, przecież ten twój Szurek nigdzie pracy nie utrzyma, lubi wypić, a o czym z nim porozmawiać? – oburzyła się Lusia. – Po co z nim rozmawiać, powiem mu: idź przekop działkę, potem obiad będziemy jeść. Albo do sklepu wyślę. Wiesz, dobry chłopak, pracowity, może wam się uda? – zaproponowała mama, ale Lusia tylko odsunęła niedopitą herbatę i wstała. – Idę spać. Mamo, ty to potrafisz… Myślałam, że chociaż ty uważasz mnie za człowieka, a ty, jak wszyscy, myślisz, że jestem brzydulą… – Lusia, córciu, co ty… – mama pobiegła za nią, ale Lusia tylko machnęła ręką – Koniec, mamo! I zatrzasnęła drzwi do swojego pokoju. Potem długo nie mogła zasnąć, myślała o chłopaku, którego niedawno przywieźli – amputowali mu nogę do kostki. Przygniotła go płyta w zrujnowanym domu. Dom do rozbiórki, a on tam wlazł po coś, wyciągali go długo, nogi nie udało się uratować. Nikt go nie odwiedzał – młody chłopak, nawet trzydziestki nie miał. Na początku tak na Lusię patrzył, za rękę ją trzymał, w oczy jej zaglądał żałośnie, zaraz po operacji. Potem oprzytomniał, zrozumiał, co i jak, i ponuro patrzył w sufit. Ona go żałowała bardziej niż innych, może dlatego, że nikt go nie odwiedzał. – Myślisz, że będę mógł chodzić? – ostatnio zapytał, nie patrząc w jej stronę. Lusia odpowiedziała pewnie: – Na pewno dasz radę, wszystko się zagoi, jesteś młody! – Wszyscy tak mówią. Sama spróbuj bez nogi, jaka to życie – nagle się zezłościł i odwrócił do ściany, jakby to jej wina była. – Po co tam wlazłeś? – zirytowała się Lusia – Sam jesteś sobie winny! – Coś mi się przewidziało – burknął niechętnie. Odtąd, gdy przychodziła do sali, odwracał się do ściany. Lusia w końcu się przypatrzyła: jasne ma oczy i takie zimne, jak bryłki lodu. A twarz miał bardzo sympatyczną. Szkoda, że coś takiego go spotkało… – Żałujesz mnie? – zapytał kiedyś i złapał jej wzrok. – Widzę, że żałujesz… Takich jak ja tylko żałować można, nie kocha się takich jak ja! – Takich jak ja też się nie kocha, chociaż mam nogi i ręce, bo jestem jakaś nie taka, nawet mnie nikt nie żałuje, lepiej by było bez nóg, przynajmniej ktoś by współczuł – odburknęła Lusia i tak jej się siebie żal zrobiło, że aż łzy napłynęły do oczu. Michał za to pierwszy raz uśmiechnął się do niej szeroko: – Ty głupia… Ty brzydka?! Zwariowałaś? Patrzę na ciebie i zazdroszczę temu, kogo wybierzesz, wierzysz? Lusia spojrzała mu prosto w oczy i, co dziwne, uwierzyła. I nagle wypaliła to, co od dawna miała na języku: – A jakbym to ciebie wybrała, ożenisz się ze mną? Milczysz, znaczy kłamiesz! Już wszystko wiem! Wstała oburzona i poszła w stronę drzwi. Michał podniósł się na łokciach, jakby miał zamiar za nią pobiec, potem przypomniał sobie, że nie może, i zawołał za nią: – Wyjdź za mnie, Lusia! Przysięgam ci, że niedługo nikt nie pozna nawet, że coś mi było z nogą. Szybko się pozbieram, nie odchodź, Lusia… Lusia i Michał Zatrzymała się na korytarzu, prawie płacząc, a jednocześnie nagle poczuła, że TO ON. I nieważne, że ona ma taki nos czy oczy, a on ma coś z nogą – po prostu się spotkali i już. Czas nadszedł, jak mówiła mama… Michał wziął się za rehabilitację z ogromnym entuzjazmem. Teraz miał cel: chce się ożenić z cudowną dziewczyną i musi stanąć na nogi dla ich wspólnej przyszłości. Chce, żeby Lusi było już tylko dobrze i żeby nie myślała, że nikomu nie jest potrzebna. JEST mu potrzebna, bardzo! Tylko z nią chce żyć i być zawsze przy niej… – Ty się w końcu zakochałaś, córeczko? – zapytała po cichu mama. – Zobacz, jak promieniejesz, a mówiłaś, że jesteś brzydka. Lusia nawet nie zaprzeczyła, fruwała jak na skrzydłach. Teraz jej największym marzeniem było, żeby Michał już dobrze chodził i przyzwyczaił się do protezy. I coraz dłużej spacerowali, najpierw wokół szpitala, potem po zaśnieżonych i migoczących świątecznym światłem ulicach przed świętami… – Dom już zburzyli, to tutaj mnie przysypało – wskazał jej kiedyś Michał. – I po co tam wlazłeś? Co ci się tam przewidziało? Do dziś mi nie powiedziałeś… – przypomniała Lusia. – Będziesz się śmiać. Zobaczyłem tam bezpańskiego psiaka, chudzielca, czarny z białymi łatami. Pomyślałem, że zamarznie i chciałem go zabrać do domu, żeby nie być samemu… – wyjaśnił Michał. – O, patrz, jakiś chudy pies tam stoi, patrzy żałośnie, ale boi się podejść. – To chyba on! – ucieszył się Michał, a psiak podszedł i odprowadził ich niemal pod drzwi domu… – Ale się Lusi poszczęściło, jaki mąż przystojniak, młodszy od niej, do tego z mieszkaniem i bez teściowej! – śmiały się koleżanki na jej weselu. Mama Lusi nawet się wzruszyła, kiedy Michał zaczął do niej mówić „mamo”. On to sierota z domu dziecka, rodziny nie ma żadnej. Chłopak porządny, dobry, a najważniejsze, że się kochają. Niech będą szczęśliwi! A działki można odpuścić. Michał, choć na pewno sobie poradzi – wszystkie prace idą mu świetnie! Lusia i Michał póki co żyją we troje, z psem Kuzym, który z nimi został. Ale wkrótce będą już w czwórkę – Lusia i Michał spodziewają się córeczki… Nigdy nie można się poddawać, bo można nie zauważyć swojego szczęścia. Bo życie jest piękne przez swoją nieprzewidywalność…