Z WACHTY MĄŻ WRÓCIŁ NIE SAM: NA RĘKACH NIOSŁ MAŁEGO CHŁOPCA… Ela wyjęła z piekarnika blachę z rybny…

Z WACHTY WRÓCIŁ MĄŻ… NIE SAM! NA RĘKACH NIOSŁ MAŁEGO CHŁOPCA…

Basia właśnie wyjęła z piekarnika blachę z rybnym placekiem, a po kuchni rozszedł się zapach, jakiego jej mąż Wiesiek nie powstydziłby się nawet na rybach. Na kuchence pyrkał świeży barszcz, na stole czekał chrupiący ciasto, a do zrobienia został jeszcze tylko kompot z wiśni, ale to już drobiazg wrzuci owoce, jak Wiesiek wejdzie do domu.

Basia nakryła placek śnieżnobiałą ściereczką, żeby nie ostygł, i podeszła do okna. Ich dom z ogrodem stał w środku osiedla, a na przeciwko akurat była przystanek autobusowy. Tam miał zaraz podjechać autobus, którym Wiesiek wracał znad morza z trzy miesięcznej warty, gdzie zarabiał w Norwegii na platformie.

Nie widzieli się z Wieśkiem już równo dziewięćdziesiąt dni i Basia nie mogła się doczekać. Z domem zawsze było coś do roboty, a nie wszystko dało się załatwić damską ręką.

Dom był po Basi zanim się pobrali pięć lat temu, Wiesiek miał mieszkanie w bloku. Ale młodzi uznali, że lepiej im będzie w przestronnym domku z ogrodem, więc Wiesiek sprzedał M-3, zainwestował środki, a potem jak to bywa zamiast biznesmena zrobił się plankton, bo interes szybko padł. Od trzech lat jeździł za chlebem na kontrakty.

Z finansami nie było źle Wiesiek przywoził do domu porządne złotówki, ale Basi, lat 28, ciężko było przez trzy miesiące grać pierwsze skrzypce i przypominała sobie żartami, że w sumie mężatka tylko na papierze.

Dzieci nie mieli, bo Wiesiek wciąż mówił: Jeszcze nie czas. Po co ci samej z dzieckiem, jak mnie trzy miesiące nie ma? Plan był prosty: podskubać grosza, rzucić Norwegię i znaleźć robotę gdzieś w Katowicach, a wtedy się zobaczy.

No, ale pieniędzy zawsze brakowało. Raz dach przeciekał i przy deszczu Basia już biegała z miską, zbierając wodę spod nowej plamy na suficie Wiesiek znał temat i obiecał naprawić zaraz po powrocie. A remonty swoje kosztują to Basia wiedziała aż za dobrze.

Mąż był dobry: troskliwy, dzwonił codziennie, pytał, czy opony od roweru nie spuściły powietrza, czy ryba nie przypali. Basia lubiła tę rutynę i zawsze, gdy Wiesiek miał wrócić, szykowała fest ucztę i czekała przy oknie.

Samolot już wylądował, autobus z dworca w Krakowie powinien zaraz podjechać… O, jest! Serce Basi zrobiło fikołka. Zobaczyła Wieśka szedł z ogromną torbą podróżną.

Tylko… tym razem coś nie grało. Wiesiek nie był sam. Na rękach trzymał małego chłopca. Ze dwulatka, choć Basia nigdy nie była dobra w ocenianiu dziecięcego wieku. Był ponury, nie pomachał nawet jak zwykle na powitanie, a Basia stanęła jak wryta: Co się, do licha, dzieje? Kogo niesie?!

Wiesiek wszedł, rzucił torbę, delikatnie odstawił dziecko na podłogę, a chłopczyk przykleił się do jego nogi, rozszerzył oczy i wsadził palec do buzi. Był wystraszony jak Basia. Zamiast rzucać się mężowi na szyję, stanęła w korytarzu w dziwnej pozie.

No co, Basieńka, po takim rozłące nawet buzi nie dostanę? wyciągnął do niej ramiona Wiesiek, ale radości jakoś w oczach nie było.

Basia niezgrabnie ucałowała męża i szybciutko przeszła do sedna:
Wiesiek, kto to jest? Co się w ogóle dzieje?!…

Wiesiek westchnął, wziął dziecko za rękę.
Tosiek, chodź, pokażę ci pokój. Zdejmij buty, przecież z Norwegii nie przywiozłeś śniegu! i zniknął z nim sypialni. Tam wsadził małemu do ręki swój ulubiony model samolotu (na codzień świętość, nawet kurz ścieraj z czapką na głowie!). Basia już wiedziała, że coś się wydarzyło.

Posiedź tu chwilę, a ja z ciocią Basią muszę pogadać.

Drzwi się zamknęły.

Moja kochana, podasz mi barszcz? uśmiechnął się blado Wiesiek.

Jasne, już ci naleję, zebrała się Basia.

Siedzieli naprzeciw sobie, on jadł barszcz i nie podnosił wzroku.

To jest mój syn, walnął z grubej rury Wiesiek, nie bawiąc się w półśrodki. Tak wyszło, Basieńka! złapał ją za rękę. No, rozumiesz, trzy miesiące bez żony to jednak ciężki kawałek chleba. Tam, na wschodzie, nasza kucharka, Anka… Dwa razy coś było… Zaszła w ciążę.

To znaczy… Basia aż wyrwała rękę. Ty mi, że dzieci nie, bo za wcześnie, ale sam dzieciaka masz?! głos jej się załamał, a złość aż szarpała gardło.

Przecież nie chciałem tego! Ona nic nie mówiła. Dopiero po narodzinach mi dowaliła: To twoje, Wiesiek No i faktycznie, podobny. Teraz już za późno na zaprzeczanie.

A matka? Gdzie ona?

No właśnie… Nie żyje. Niedźwiedź ją napadł. Została dłużej w kuchni, wracała przez las, a ten był jak z horroru. Bestia wpadła, pogryzła… i już. Chłopaka tylko ja mogłem się zająć… oficjalnie jako ojciec. Zostało tylko mi go zabrać.

I co teraz…?

Nie wiem… Jak powiesz tak będzie. Nie wybaczysz zabieram go i odchodzę. Kocham tylko ciebie, a z tą Anką… strasznie mi było za granicą, wiesz.

Basia patrzyła na Wieśka i choć bolało ją serce jakby ktoś je żelazkiem przypalał, wiedziała, że jest szczery. Przez lata przywykła do życia jego powrotami. Bez niego nie umiała już żyć. Przebaczy trudno. Ale dziecko?

A co z chłopcem? Co zamierzasz?

No przecież nie oddam własnego syna do domu dziecka… Jeśli mnie zostawisz pójdziemy gdzie indziej. Zostaniesz ze mną musisz go przyjąć.

Basia milczała. Bez słowa wyszła z domu mocno trzaskając drzwiami. Długo krążyła nad Wisłą, przeszła się mostem, ale dramatyczne myśli wyparowały z każdą kroplą deszczu i w końcu wiedziała: nie umie żyć bez Wieśka. Z chłopcem się… oswoi, jakoś.

Kiedy wróciła do domu, była już noc. W sypialni Wiesiek chrapał jak traktor, a na fotelu spał obcy chłopiec. Pod lampką, w blasku nocnej żarówki, Basia próbowała doszukać się czegokolwiek miłego w jego bladej, wychudzonej twarzy, ale zamiast tego poczuła tylko żal i niechęć.

Toś miał dwa lata. Był cichy, przygaszony nawet nie próbował zbliżać się do Basi. Ją to w sumie cieszyło. Wiesiek opiekował się dzieckiem z wyraźnym dystansem kąpał, karmił, kupił zabawki (pewnie tylko po to, by Toś się go nie czepiał i miał zajęcie). Przez pierwszy tydzień Basia prawie się nie odzywała ani do męża, ani do Tośka. Błąkała się po domu, trafiając co chwila na niechcianego lokatora. Wiesiek najpierw próbował się podlizywać, a gdy zobaczył, że go nie wygania, wrócił do rutyny a to naprawiał dach, a to malował sufit. Przy codziennych sprawach zaczęli znów ze sobą rozmawiać. Po miesiącu Basia odtajała i cóż tu kryć wybaczyła. Ale polubić Tośka? O, co to, to nie!

Dwa miesiące przeleciały jak z bicza trzasnął, a tu zaraz Wiesiek miał wracać na kolejną wachtę. Basia, z niepokojem, zapytała:
A co teraz z małym?

Wiesiek wzruszył ramionami:
No halo! Nie wezmę go do pracy w Norwegii. Zostaje tu. Miejsce w żłobku już załatwione. Będziesz go rano zaprowadzać, odbierać, nakarmić i niech się bawi. Przecież Toś samodzielny, nie zawraca głowy.

Toś, z wielkimi, jasnymi oczami, wyglądał z pokoju. Basia pomyślała: Co taki maluch może rozumieć? Ale Toś rozumiał nawet za dużo. Po odjeździe Wieśka stał się jak cień sam się ubierał do żłobka, jadł w milczeniu, a przy odbiorze jadł kolację w zupełnej ciszy.

Aż któregoś dnia, wyciągnął rączki od talerza i słabo wyszeptał: Nie chcę jeść… i poszedł do swojego pokoju. Basia obserwowała go kątem oka. Nie bawił się, tylko leżał bez ruchu. Dopiero po chwili Basia dostrzegła, że chłopak zrobił się czerwony jak burak. Machinalnie dotknęła mu czoła, ale w sekundę cofnęła dłoń Toś aż parzył! Wystraszyła się, pobiegła po termometr czterdzieści stopni!

Natychmiast zadzwoniła po karetkę. Czuła, jak ciarki przechodzą jej po plecach. Po kilku minutach Toś ledwo kontaktował, był wiotki, oczy miał nieprzytomne. Basia dała mu paracetamol, przez całą wieczność patrzyła przez okno, czy już leci sanitarka.

No, pani Basiu, dziecko do szpitala stwierdziła pielęgniarka. Porządny zapaleniec!

Basia opatuliła chłopca, zabrała go w ramiona i pobiegła do ambulansu. W szpitalu zapytano ją, kim jest dla chłopca:
Syn mojego męża, a ja jestem w trakcie adopcji. Już zaraz będę jego mamą.

To miało być kłamstwo, ale nagle do niej dotarło: naprawdę tak będzie. Cały lód w jej sercu stopniał, gdy chłopiec objął ją za szyję tymi malutkimi rączkami w drodze do szpitala. Leżeli tam dwa tygodnie, a Basia stała się postrachem całego oddziału, bo co chwila latała do pielęgniarek, czy temperatura Tośka już spadła. I widziała, jak chłopczyk coraz bardziej się do niej przywiązuje.

Mamo powiedział po raz pierwszy, dopiero gdy Wiesiek wrócił z kolejnej warty. To było takie naturalne, że Basia potem przepłakała całą noc. Oficjalnie go adoptowała, w dokumentach miała wpisane matka. Ale najważniejsze w sercu pierwszy raz poczuła się prawdziwą mamą.

Minął rok i pół, a Toś to już nie ten sam chłopaczek biegał po domu, śmiał się z Basią, nie odstępował jej na krok, na Wieśka prawie nie zwracał uwagi. Wiesiek był zadowolony: Przynajmniej mam spokój.

I stało się nieszczęście. Podczas wyjazdu Wieśka na wachtę Basia dostała wiadomość: autobus z robotnikami rozbił się w górach, zasypało go śniegiem i nawet nie odnaleziono wszystkich ciał. Wiesiek zaginął…

Basia wpadła w rozpacz, ale jej ratunkiem był właśnie Toś. Przeżyła tylko dzięki niemu była codziennie wdzięczna, że nie została sama. Rok później Wieśka oficjalnie uznano za zaginionego, a miały minąć jeszcze dwa tygodnie, by sąd uznał go za zmarłego. I wtedy… Wiesiek stał w kuchni!

Przyszedł w deszczowy dzień. Basia, wracając z Tośkiem z przedszkola, była pewna, że dom zamknięty, a tu… Wiesiek przy stole, wyjada jej kurczaka z kotła i zjada placek jakby nigdy nic.

Basieńka, nie mdlej! Ja żyję powiedział z uśmiechem.

Gdzie ty byłeś dwa lata?! padła na stołek, blada jak ściana.

No… wiesz… Spotkałem starą znajomą, wyjechałem z nią na Mazury. Bogata kobieta, starsza trochę ode mnie, ale co tam. Związek się przytrafił, biznes się rozkręcił, postanowiliśmy się hajtać. Po ciebie wróciłem po rozwód… i po Tośka.

Jak to… po Tośka? Po co ci on?

No wiesz, ona nie może mieć dzieci, a zawsze chciała. Bierzemy ślub, adoptujemy Tośka i już.

Nigdy w życiu! krzyknęła Basia, bliska obłędu. Rzuciła się na sztućce, Wiesiek zerknął nerwowo na widelec w jej ręce.

To mój syn, i tylko mój! Zrobisz, co chcesz, weź rozwód, ale Toś zostaje ze mną! Chcesz sobie zrobić prezent z chłopca, bo ci się znudziło w domu bez dzieci? Nie ma mowy!

Oho, Basia, odłóż widelec szepnął Wiesiek i odetchnął, dopiero gdy go odłożyła. Przesadzasz. Toś cię nie obchodzi! Sama nie masz swoich…

Nie mam? Zaraz się przekonasz! zawołała i zawołała Tośka, który od kilku minut przysłuchiwał się rozmowie zza drzwi. Chłopiec rzucił się w ramiona Basi:

Mamo, ja chcę być z tobą! Nie oddawaj mnie mu!

Jasne, synku, nigdy cię nie oddam A ty poszła precz! Basia aż skrzyła oczami. Rozwód dostaniesz, ale o synku zapomnij.

Wiesiek próbował wyjść z godnością, ale nie oparł się ostatniemu kawałkowi placka, który wcisnął sobie w usta.

Twoja strata mruknął z pełną buzią. I tak nikt cię nie weźmie, bo kto chce kobietę z przyczepką!

Kiepska żona lepsza niż mąż-łajza! Z Tośkiem sobie świetnie poradzimy, a ty sobie idź odburknęła Basia.

I tak, z goryczą i śmiechem, Basia została z Tośkiem. Ale tego dnia pierwszy raz poczuła, że nie została zupełnie sama bo w życiu liczy się nie to, kto odszedł, ale kto został.

Rate article
Fajna Tajna
Z WACHTY MĄŻ WRÓCIŁ NIE SAM: NA RĘKACH NIOSŁ MAŁEGO CHŁOPCA… Ela wyjęła z piekarnika blachę z rybny…