Dziennik, 12 października
“Spotkałeś ją pierwszą, więc idź z nią,” powiedział Marek do psa. “Będę tęsknił.”
Pociąg podmiejski zwalniał. W wagonie ludzie już ustawili się w kolejce do wyjścia. Za oknami coraz wolniej migały sylwetki na peronie, oświetlone jaskrawymi latarniami. Wreszcie pociąg zatrzymał się z lekkim szarpnięciem. Drzwi otworzyły się z hałasem, a pasażerowie obładowani torbami wysypali się na zadeptany peron małej stacji podwarszawskiej.
Marek wysiadł ostatni. Nikt go nie czekał. Nie spieszył się do swojego wynajętego mieszkanka, dokąd wracał tylko spać.
Kilka miesięcy temu rozwiódł się z żoną, zostawiając jej mieszkanie z nowo narodzoną córeczką, a sam wynajął coś tańszego na przedmieściach.
Poznał kiedyś dziewczynę, krótko się spotykali, potem rozstali w zgodzie. A trzy miesiące później zjawiła się u niego z widocznym brzuchem. Oświadczyła, że jest w ciąży. Zaproponował ślub. Cztery miesiące później urodziła zdrową dziewczynkę.
Ze łzami wyznała, że przed nim była z kimś, kto ją porzucił, gdy dowiedział się o ciąży. A tu trafił się Marek. Nie miała dokąd iść, nie chciała wracać do rodzinnego miasta. Nie mógł jej wyrzucić na bruk. Odszedł sam, podał na rozwód.
Teraz pracował prawie bez dni wolnych, oszczędzając na nowe mieszkanie. Znajomy zorganizował ekipę remontową i ściągnął Marka. Remontowali mieszkania i domy.
Marek doszedł powoli do schodów oświetlonych latarnią. Na dole zauważył rudego psa. Ten spojrzał na niego, po czym skierował wzrok na peron.
“Chyba nikogo już nie ma. Nie przyjechał twój pan? Nic, może będzie na ostatnim pociągu,” mruknął Marek i odszedł.
Po kilku krokach obejrzał się. Pies wszedł na peron i wypatrywał kogoś. Rozległ się stukot odjeżdżającego pociągu. Pies zaskomlał, śledząc wzrokiem wagony, po czym zszedł po schodach i podbiegł do Marka, siadając przed nim z pytaniem w oczach.
“Co zamierzasz, stary? Czekasz na następny pociąg, czy idziesz ze mną? Raz tylko proponuję.” Marek odwrócił się i ruszył przed siebie.
Pies przez chwilę patrzył za nim, jakby ważąc decyzję, w końcu poderwał się i poszedł za nim. Najpierw z tyłu, potem równo z nogą.
“Samotnie ci smutno? Rozumiem. A czyj właściwie jesteś? Nie widziałem cię wcześniej. Sam zresztą niedługo tu mieszkam…”
Tak dotarli do czteropiętrowej kamienicy, gdzie mieszkał Marek. W drzwiach klatki pies się zatrzymał.
“Wchodź.” Marek szeroko otworzył drzwi. “Decyduj się, bo mi się jeść i spać chce okropnie.” Weszli po ciemku, tylko przy bladym świetle żarówki.
“Nieźle sobie radzisz, kolego,” zaśmiał się Marek, gdy pies minął go w przedpokoju.
Później siedzieli w kuchni — Marek z talerzem parówek z kapustą, pies oblizujący miskę po makaronie z konserwą.
“Wychowany jesteś. Szacun.” Marek nalał wody do miski. “Ale nigdy psa nie miałem, więc nie wiem, jak to się robi.”
Gdy po telewizji Marek rozkładał kanapę, pies usadowił się w przedpokoju.
“Możesz tu spać, nie gryzę,” zawołał, ale pies nie wrócił.
Rano zastał go czekającego przy drzwiach.
“Zapomniałem o tobie. Sam znajdziesz wyjście?” Pies pomknął na dół. Marek usłyszał tylko trzask drzwi wejściowych.
Po powrocie z pracy pies czekał przed blokiem. Tym razem wbiegł do kuchni i zjadł kanapki z podłogi. Wieczorem odprowadził Marka na stację.
“Następnego dnia nie wrócę, zostanę w mieście,” powiedział mu rano. Pies długo patrzył za odchodzącym.
Dwa dni później peron był pusty. “Znalazł pana,” pomyślał Marek, ale w kuchni zobaczył pustą miskę i poczuł dziwną pustkę.
Następnego ranka zobaczył psa na peronie z dziewczyną.
“Twój?” spytał.
“Nie, tak samo jak ciebie znalazł mnie.” Uśmiechnęła się. “Nazywa się Hamlet.”
Okazało się, że jej poprzedni właściciel, emerytowany profesor, zmarł.
“Może wyczuł, że też jesteś samotny?” rzuciła Irena, gdy jechali razem pociągiem.
Wieczorem pies biegał między nimi, nie mogąc się zdecydować, z kim iść.
“Chyba chce, żebyśmy szli razem,” zasugi”W końcu Hamlet, jakby podjął decyzję, ruszył przed siebie, a oni, roześmiani, poszli za nim ramię w ramię.”



