10 maja
Dzisiaj miałem ważny dzień – Stanisław Kowalski, choć dla przyjaciół zawsze Staś, został kierownikiem działu w dużej firmie w Krakowie. Awans był zasłużony – pracowity, cichy, punktualny. Nie pchał się na świecznik, ale szedł do przodu pewnym krokiem. Gratulacje w biurze były skromne: Staś tylko się uśmiechał, dziękował i zapewniał, że zrobi wszystko, by zespół nie żałował jego nominacji.
Najbardziej cieszyła się jego mama, Danuta. To ona przez lata prowadziła syna po lekarzach, wynajmowała korepetytorów, kupowała mu zimowe ubrania i odkładała z emerytury na jego studia. To ona też nalegała, żeby poczęstował kolegów domowymi smakołykami – pierogami, sałatkami, zakąskami. Chociaż Staś początkowo się wymawiał, w końcu się zgodził – nie chciał zawieść mamy.
W dniu imprezy pojechał po jedzenie do mieszkania matki. Akurat miała wizytę u kardiologa, więc zostawiła wszystko w lodówce – już zapakowane. W krótkiej przerwie obiadowej Staś postanowił nie dźwigać sam i poprosił nową pracownicę, Ewę, by pojechała z nim pomóc. Chętnie się zgodziła.
Ewa, jasnowłosa i piwnooka, była typem kobiety, na którą wszyscy się oglądali. W biurze szeptano, że ma oko na Stasia, często się z nim flirtuje, uśmiecha, prosi o podwózkę…
Weszli do mieszkania matki – skromnego, ale czystego i przytulnego. Staś otworzył lodówkę i zaczął wyjmować liczne pudełka. Ewa wygodnie usiadła na taborecie, rozglądając się po wnętrzu:
— U twojej mamy tak przytulnie… Naprawdę jak w domu. A to kto?!
Z pokoju wybiegł czarny piesek i zaczął warczeć na obcą.
— To Mucha — wytłumaczył Staś, biorąc go na ręce. — Nie bój się, jest łagodna.
— Mucha? Co za imię… — skrzywiła się Ewa. — Niech nie podchodzi. Jeszcze mi rajstopy podrze.
Staś zamilkł. Jej grymas jakoś go dotknął. Ale to nie był koniec – z korytarza wyszedł dobrze odżywiony czarny kot, dostojnie ocierając się o nogi gospodarza.
— A to Markiz — powiedział Staś czule i wyjął z lodówki ugotowaną rybę. — Zaraz, kochany, masz swój obiad.
Ewa cofnęła się ku drzwiom.
— U was to istne zoo. W tak małym mieszkaniu i kot, i pies? To niehigieniczne… sierść, zapachy… Twoja mama nie ma alergii?
— A ty? — cicho zapytał Staś.
— Ja? Nie… nie wiem. U nas nigdy nie trzymaliśmy zwierząt. Nie lubię ich. Są brudne…
Staś w milczeniu pakował torby. Uśmiech zniknął. Ewa stała z boku, raz po raz odpychając psa, który chciał obwąchać jej buty.
— Wieczorem wpadnę i je wyprowadzę — w końcu powiedział Staś. — Mama będzie się gniewać, że je przekarmiłem, ale jak im nie współczuć?
— I jeszcze czas na nie marnować… No cóż, ktoś musi — odparła Ewa z półuśmiechem, kierując się ku drzwiom.
W drodze powrotnej paplała coś o nowym menu w stołówce, o spódnicy Marii z księgowości, o tym, jak koleżanka z działu wychodzi za mąż po raz trzeci. Staś szedł w milczeniu, tylko czasem przytakując. W głowie miał szum: „Pustka. Fałsz. Obca…”
W biurze czekali: wręczyli mu termos, ściskali, klepali po ramieniu. Po pracy zasiedli do stołu, trochę wypili, dużo zjedli. Ewa znów nie odstępowała – żart, spojrzenie, propozycja podwiezienia. Ale Staś spokojnie odpowiedział:
— Przepraszam, śpieszę się. Mam ważne spotkanie.
W domu czekała na niego mama.
— No i jak poszło? — zapytała z uśmiechem, otwierając drzwi.
— Wszystko świetnie, mamo. Twoje pierogi zniknęły pierwsze. Mówili, że jak z restauracji. Zapomnieli nawet o mnie…
— A o tę, z którą dzisiaj przyjechałeś – Ewę? Sąsiadka widziała, mówi, że śliczna. To ta?
— Nie. Zwykła koleżanka. Zresztą na razie nikogo nie ma. Wcześniej skłamałem, żeby cię pocieszyć. Wybacz.
— No dobrze. A jeśli się pojawi – jaka ma być, twoja „ta jedyna”?
Staś zamyślił się.
— Skromna. Dobra. Mądra. I… pokocha ciebie. I Markiza. I Muchę.
Mama uśmiechnęła się.
— Oj, Stasiu, najważniejsze, żeby kochała ciebie. Wtedy i nas wszystkich zaakceptuje. Nawet łysiego kota z charakterem.
Kiwnął głową. Potem wziął smycz, zawołał oba „stworzenia” i wyszedł na dwór. Wszyscy trzej pobiegli przez podwórko, jakby znów byli w tamtym czasie, gdy wszystko było proste – mama w domu, w plecaku drożdżówka, w rękach szczeniak, na ramieniu kot, a przed nimi – całe życie.
Mama patrzyła przez okno i zaciskała pięść.
— Trzydzieści lat, kierownik działu, a w dusTrzydzieści lat, kierownik działu, a w duszy – wciąż ten sam chłopiec, który wierzy, że najważniejsze w życiu nie są tytuły, lecz ci, którzy czekają na nas w domu.



