Z emerytury Daria Wiśniewska, poza opłaceniem koniecznych rachunków i kupnem podstawowych produktów w hurtowni, pozwalała sobie na jedną drobną przyjemność torebkę ziarnistej kawy. Ziarna już były palone i kiedy nacinała róg opakowania, w kuchni unosił się ten niepowtarzalny aromat. Zawsze wciągała go z zamkniętymi oczami, odsuwając na bok wszystkie zmysły prócz węchu, aż pojawiało się coś z pogranicza cudu. Razem z tym niesamowitym zapachem wstępowała w nią jakaś siła, wracały dziewczęce marzenia o dalekich krajach zdawał się słyszeć szum fal Bałtyku, deszcz spadający na letniskowe działki na Mazurach, szum drzew w puszczy Białowieskiej i odgłosy dzikich zwierząt.
Wszystko to znała tylko z opowieści ojca, który latami znikał na badawczych wyprawach nie do Amazonii, lecz do odległych zakątków Kazachstanu, do Gruzji, na Syberię. Kiedy wracał do domu do Poznania, siadał z małą Dasią przy stole, opowiadał jej o przygodach przy filiżance mocnej, parzonej kawy, a ten zapach już na zawsze miał dla niej smak dzieciństwa surowy, opalony słońcem podróżnik z przenikliwym spojrzeniem.
Daria wiedziała, że rodzina, w której dorastała, nie była jej biologiczna. Pamiętała choć niewyraźnie jak na początku wojny, jeszcze jako trzyletnie dziecko po stracie bliskich, znalazła ją kobieta, która potem była jej mamą do końca życia. Dalej już potoczyło się zwyczajnie: szkoła, nauka, praca, ślub, potem narodziny syna a finałem tej całej podróży okazała się samotność. Syn już dwadzieścia lat temu, za namową żony, wyprowadził się do Monachium i wraz z rodziną radził sobie świetnie. Przez cały ten czas tylko raz odwiedził rodzinny Poznań. Dzwonili do siebie, przesyłał jej co miesiąc kilkaset złotych, ale Daria nie ruszała tych pieniędzy odkładała je na specjalnym koncie. Przez dwie dekady uzbierała się spora suma, która miała kiedyś wrócić do syna. Potem
Ostatnio coraz częściej myślała, że miała życie dobre, troskliwe, pełne miłości, ale nie swoje. Gdyby nie wojna, miałaby inną rodzinę, innych rodziców, inny dom i zapewne los też by się odmienił. Swoich prawdziwych rodziców prawie nie pamiętała, ale często wracała pamięcią do dziewczynki rówieśniczki, która zawsze była przy niej tamtego czasu, prawie jak siostra. Nazywała się Marynia. Czasami do dziś słyszała ich wołanie: Marynka, Dasia! Kim właściwie była dla niej Marynia? Przyjaciółką czy siostrą?
Te myśli przerwał jej dźwięk SMS-a. Spojrzała na ekran telefonu emerytura wpłynęła na konto! Dobrze, bardzo dobrze. Mogła wybrać się do sklepu po kawę ostatnią wypiła rano. Ostrożnie stukała laską po chodniku, omijając jesienne kałuże, aż dotarła do wejścia.
Przy drzwiach przycupnęła bury pręgowany kotek, spoglądając nieufnie to na przechodniów, to na szklane drzwi. Żal ścisnął serce Darii: Zmokła bidula, pewnie i głodna. Wzięłabym cię do domu, ale komu potem będziesz potrzebna, kiedy mnie już zabraknie? A to już lada dzień. Mimo to kupiła jej niedrogi woreczek karmy.
Ostrożnie wyciskała galaretowatą porcję do plastikowego pojemnika, kotek cierpliwie czekał, patrząc na nią wielkimi, rozkochanymi oczami. Wychodząc ze sklepu, jakaś tęga kobieta, z twarzą pełną niezadowolenia, bez słowa kopnęła pojemnik, rozsypując jedzenie po trotuarze.
Ile razy mówić! Nie dokarmiajcie tych dzikusów! wrzasnęła. Tylko problem z nimi! I odwróciła się, znikając.
Kot ostrożnie zbierał po kawałku jedzenie z ziemi, a Daria, aż zbladła z oburzenia, poczuła znajomy ucisk zwiastujący napad migreny. Pośpieszyła do najbliższej przystankowej ławki tylko tam mogła usiąść. Nerwowo szukała po kieszeniach leków, ale na próżno.
Ból narastał falami, zaciskał głowę jak w śrubie, wszystko ciemniało jej przed oczami, aż z piersi wyrwał się żałosny jęk. Ktoś dotknął jej ramienia z trudem otworzyła oczy na przestraszoną twarz młodej dziewczyny.
Źle się pani czuje? Pomóc jakoś?
W torebce wychrypiała Daria słabo. Kawa jest tam. Otwórz
Przyłożyła nos do paczki, kilka razy głęboko wciągnęła zapach ziaren. Ból nie znikł, ale zelżał.
Dziękuję ci, dziewczynko wyszeptała.
Jestem Pola, a dziękować to proszę kotu! uśmiechnęła się dziewczyna, pokazując na towarzysza. Był przy pani i tak przeraźliwie miauczał!
Dziękuję i tobie, moja droga Daria pogłaskała kota, który, dumny i ufny, wskoczył na ławkę obok niej. Ten sam bury pręgowany.
Co się pani stało? zapytała troskliwie Pola.
Atak migreny, kochanie. Pewnie się zdenerwowałam wyznała Daria, wciąż głaszcząc kota.
Odprowadzę panią do domu, nie można ryzykować na ulicy.
Moja prababcia też miewa takie ataki opowiadała Pola, gdy popijały już lekką kawę z mlekiem i zajadały herbatniki w mieszkaniu Darii. Właściwie to babcia mojej mamy, ale wszyscy wołamy na nią babcia. Mieszka we wsi z moją rodziną, a ja tu, w Poznaniu, uczę się na ratownika medycznego. Babcia nazywa mnie dziewczynko, tak jak pani. I wie pani co jest pani tak bardzo do niej podobna, że aż miałam złudzenie, że to ona! Ale czy nie próbowała pani szukać biologicznej rodziny?
Polusiu, jak tu kogoś szukać, skoro prawie nic nie pamiętam? Ani nazwiska, ani skąd pochodzę Pamiętam bombardowanie, kiedy jechaliśmy wozem Potem czołgi, biegłam, biegłam, aż nie wiedziałam, gdzie jestem… Strach! Tylko ten został na całe życie. Potem przygarnęła mnie kobieta, którą nazywam mamą. Po wojnie wrócił jej mąż i został dla mnie najlepszym ojcem na świecie. Z tamtego życia pozostało mi tylko imię. Moja rodzina raczej zginęła wtedy, pod bombami Tam była mama i Marynia
Nie zauważyła, jak Pola zesztywniała, wpatrując się w nią wielkimi, jasnoniebieskimi oczami.
Pani Dario, czy ma pani na prawym ramieniu znamię, takie w kształcie listka?
Daria zakrztusiła się kawą, kot ze skupieniem patrzył na nią.
Skąd wiesz o tym, kochanie?
Moja babcia ma identyczne. szepnęła Pola. Ma na imię Maria. Do dziś nie może powstrzymać łez, wspominając siostrę bliźniaczkę Daśkę. Zaginęła w bombardowaniu, podczas ucieczki. Niemcy zamknęli drogę, musieli wrócić do domu i przeżyć okupację. Ale Daśka zniknęła. Szukali, ale nigdy jej nie znaleźli
Od rana Daria Wiśniewska chodziła po mieszkaniu niespokojnie, raz spoglądając przez firanki na ulicę, raz do drzwi. Kotek trzymał się blisko jej nóg, wyczuwając napięcie u pani.
Nie martw się, Margosia, wszystko będzie dobrze szeptała, czule głaskając kotkę. Tylko serce wali mi jak oszalałe
W końcu zabrzmiał dzwonek do drzwi. Daria, z bijącym sercem, otwarła.
Dwie starsze kobiety patrzyły na siebie w całkowitym milczeniu w ich oczach tliła się nadzieja. W obu twarzach można było dostrzec tę samą błękitną barwę oczu, srebrne fale włosów, ten sam rodzaj zmarszczek przy ustach.
Wreszcie jedna z nich uśmiechnęła się, westchnęła głęboko, podeszła i objęła Darię.
Dasieńko wyszeptała.
A w progu, ze łzami szczęścia w oczach, stała ich rodzina.



