Z emerytury pani Danuta Zielińska, oprócz niezbędnych opłat za mieszkanie i zakupów robionych na promocyjnych wyprzedażach w Biedronce, pozwalała sobie na mały luksus paczuszkę kawy w ziarnach. Ziarna były już palone, a kiedy ostrożnie rozcinała róg opakowania, unosił się intensywny, urzekający aromat. Trzeba było koniecznie zamknąć oczy, wyłączyć wszystkie zmysły poza węchem i wciągnąć głęboko zapach wtedy działo się coś magicznego. Z wonią kawy do ciała napływały siły, w głowie ożywały wspomnienia młodzieńczych marzeń o odległych krajach słychać było szum morskich fal, deszczu w tropikalnym lesie, nad głową trzepotały papugi i rozlegały się śmieszne okrzyki małp.
Nic z tego nie widziała na własne oczy, ale opowieści ojca, który przez pół życia spędzał na ekspedycjach w Ameryce Południowej, zapadły jej głęboko w pamięć. Gdy tylko pojawiał się w domu, zasiadał z nią wtedy jeszcze malutką Danusią przy stole i opowiadał o przygodach nad Amazonką, popijając mocną kawę. Ten zapach na zawsze kojarzył jej się z tatą szczupłym, opalonym, wiecznie zabieganym podróżnikiem.
Zawsze wiedziała, że rodzice, którzy ją wychowali, nie byli jej rodzeni. Pamiętała dobrze, jak u progu wojny, jako trzyletnie dziecko bez bliskich, została zabrana przez obcą kobietę, która już na zawsze stała się jej mamą. Potem wszystko potoczyło się zwyczajnie: szkoła, praca, ślub, narodziny syna i… samotność. Syn, dwadzieścia lat temu, namówiony przez żonę, zdecydował się zamieszkać za granicą i od tej pory żył z rodziną w Gdańsku. Przez te wszystkie lata odwiedził rodzinne miasto tylko raz. Dzwonili do siebie; syn co miesiąc przesyłał pieniądze w złotówkach, ale ona skrupulatnie odkładała je na specjalnym koncie. Przez te lata uzbierała się pokaźna suma miała wrócić do syna. Kiedyś…
Ostatnimi czasy coraz częściej myślała, że przeżyła życie dobre, pełne miłości i troski, ale… jakby nie swoje. Gdyby nie wojna, miałaby inną rodzinę, innych rodziców, inny dom. Może i los byłby inny. Rodzonych rodziców prawie nie pamiętała, ale często wracała myślami do dziewczynki, równolatki, która była zawsze obok w jej najwcześniejszych latach. Nazywała się Marysia. Do dziś brzmi jej w uszach: Maryśka, Danusia! Kim dla niej była? Przyjaciółką? Siostrą?
Zadumę przerwał pojedynczy dźwięk telefonu. Spojrzała emerytura wpłynęła na konto! Ucieszyła się akurat dobrze się składa! Można pójść po kawę, bo ostatnią wypiła wczoraj rano. Wolno, ostukując chodnik laską i omijając jesienne kałuże, podeszła do osiedlowego sklepu.
Przy drzwiach kuliła się szara, pręgowana kotka, niepewnie spoglądając na ludzi i szkło ekspozycji. Poruszyło ją to: Zimno jej, pewnie głodna… Wzięłabym ją do domu, ale… Komu będzie potrzebna, gdy mnie zabraknie? Sama ledwo zipię… Jednak litując się, kupiła dla niej tanią karmę.
Ostrożnie wycisnęła galaretkę do miseczki, a kotka cierpliwie czekała, patrząc w Danusię zakochanym spojrzeniem. Nagle ze sklepu wyszła solidnie zbudowana pani ekspedientka; jej mina nie wróżyła niczego dobrego. Bez słowa kopnęła miskę, aż kawałki karmy rozprysły się po chodniku:
Ile razy można mówić, żeby tych zwierzaków tu nie dokarmiać! warknęła. Całe osiedle potem roi się od kotów! rzuciwszy to, zniknęła w sklepie.
Kotka, rozglądając się lękliwie, zaczęła zbierać rozrzucone kawałki szczęścia. Danuta z wściekłości i żalu poczuła znajomy ból zbliżał się atak. Poszła czym prędzej na przystanek, gdzie były ławki. Siadła, drżąc, i gorączkowo szukała w kieszeniach leków bezskutecznie.
Ból wracał falami, ściskał głowę, mroczył wzrok, wyrywał z piersi jęk. Ktoś dotknął jej ramienia. Z trudem otworzyła oczy młoda dziewczyna patrzyła na nią zaniepokojona.
Źle się pani czuje? Może jakoś pomóc?
W torebce… kawa… Danuta słabo poruszyła ręką. Weź, otwórz…
Dziewczyna wyjęła kawę, rozchyliła opakowanie. Danuta wciągnęła zapach raz, drugi… Ból nie zniknął, ale zelżał.
Dziękuję ci, dziewczynko wyszeptała.
Mam na imię Pola, ale podziękować powinna pani tej kotce uśmiechnęła się dziewczyna. Była przy pani i tak głośno miauczała, że wszyscy zwrócili uwagę!
I tobie dziękuję, kochana pogłaskała kotkę, która wskoczyła na ławkę i tuliła się do niej.
Co pani się stało? troskliwie pytała Pola.
Napad migreny, dziecko. Przejęłam się… wyznała Danuta.
Odprowadzę panią do domu, sama pani nie da rady… powiedziała Pola i dotrzymała słowa.
Przy kawie z mlekiem i ciasteczkach w skromnej kuchni, Pola opowiadała dalej:
Moja prababcia, też miewa takie napady… Mieszka z całą rodziną w małej wsi, babcia, mama, tata. Ja tutaj się uczę, w medycznym na ratownika. Prababcia też mówi do mnie dziewczyno. I powiem pani, że jest do pani bardzo podobna! Nawet pomyślałam, że jesteście rodziną. A nie próbowała pani szukać swoich bliskich? Tych prawdziwych?
Polusiu, jak ich szukać, skoro nie pamiętam nawet nazwiska? głaskała mruczącą na kolanach kotkę Danuta. Pamiętam nalot bombowy, gdy jechaliśmy furą, potem czołgi… Biegłam ile sił, aż straciłam przytomność! Przeżyłam grozę na całe życie. Potem przygarnęła mnie kobieta, do końca była moją mamą. Po wojnie przyszedł jej mąż, został moim najukochańszym tatusiem… Z własnej rodziny została mi tylko Danusia. Moja prawdziwa rodzina pewnie zginęła pod bombami, i mama, i Marysia…
Nie zauważyła, kiedy Pola zadrżała i spojrzała na nią wielkimi, niebieskimi oczami:
Pani Danuto, a czy ma pani znamię na prawym ramieniu, w kształcie listka?
Kawa prawie stanęła jej w gardle, a kotka wpatrzyła się w nią z napięciem.
Skąd to wiesz, dziecko?
Moja prababcia ma identyczne. wyszeptała Pola. Nazywa się Maria. Do dziś płacze, wspominając zaginioną siostrzyczkę Danusię. Zginęła podczas ewakuacji, kiedy droga została zablokowana przez Niemców i musieli wracać do domu. Przeszli przez całą okupację, a Danusi nie odnaleziono, choć szukali wszędzie…
Od rana Danuta nie mogła usiedzieć. Chodziła od okna do drzwi, czekając na gości, a szara kotka nazwana już Margosią nie spuszczała jej z oczu.
Spokojnie, Margosiu mówiła, głaszcząc kotkę. Serce tylko mocniej bije…
W końcu zadzwonił dzwonek do drzwi. Danuta, z przejęciem, otworzyła.
Dwie starsze kobiety patrzyły na siebie w ciszy, z nadzieją i wzruszeniem. Jakby w lustrze widziały ten sam kolor oczu, ten sam skręt siwych włosów i te same zmarszczki. Gość westchnęła, uśmiechnęła się i rzuciła się jej w ramiona:
Witaj, Danusiu!
A na progu, ocierając łzy wzruszenia, stali bliscy ludzie.
Życie pisze różne scenariusze i nie każdy da się przewidzieć. Ale zawsze warto mieć serce otwarte i wierzyć, że prawdziwa rodzina czasem poprzez przypadek lub przez niepozorną kotkę potrafi się odnaleźć nawet po wielu latach. To największa siła nie zapomnieć o miłości i nadziei.



