Z emerytury Jadwiga Kowalska, oprócz obowiązkowych opłat za mieszkanie i zakupu produktów na wyprzedażach, mogła sobie pozwolić na mały luksus – opakowanie kawy ziarnistej.
Ziarna były już palone, a kiedy przecinała róg opakowania, wydobywał się z nich oszałamiający aromat. Trzeba było wdychać ten zapach koniecznie z zamkniętymi oczami, zatracając się w powonieniu, a wtedy następował cud! Razem z cudownym zapachem do ciała napływała energia, a w pamięci pojawiały się dziewczęce marzenia o dalekich krainach. Śnił się ocean, szum deszczu tropikalnego, tajemnicze szmery w dżungli i dzikie krzyki małp skaczących po lianach…
Tego wszystkiego nigdy nie widziała, ale pamiętała opowieści taty, który często uczestniczył w wyprawach badawczych do Ameryki Południowej. Kiedy był w domu, uwielbiał opowiadać Jadwiżce o przygodach w dolinie Amazonki, popijając mocną kawę, a jej zapach zawsze przypominał jej o nim – szczupłym, żylastym i opalonym podróżniku. Wiedziała, że rodzice byli przybrani.
Pamiętała, jak na początku wojny trafiła do kobiety, która stała się jej mamą na całe życie. Potem wszystko było jak u wszystkich: szkoła, nauka, praca, małżeństwo, narodziny syna i oto skutek – samotność. Syn jeszcze dwadzieścia lat temu, ulegając namowom żony, wybrał inny kraj na miejsce zamieszkania i wiodło im się dobrze w mieście Gdańsk. Od tego czasu odwiedził rodzimy kraj tylko raz. Dzwonili do siebie, syn co miesiąc przysyłał jej pieniądze, ale ona ich nie wydawała – odkładała na specjalne konto. Przez dwadzieścia lat uzbierała się znaczna suma, która miała wrócić do syna. Potem…
Ostatnio nie mogła się pozbyć myśli, że przeżyła dobre, pełne trosk i miłości życie, ale – nie swoje. Gdyby nie wojna, miałaby zupełnie inną rodzinę, innych rodziców, inny dom. Znaczy i los byłby inny. Prawie nie pamiętała swoich prawdziwych rodziców, ale często wspominała dziewczynkę – rówieśnicę, która zawsze była obok w tamtych, prawie dziecięcych latach. Nazywała się Marysia. Zdarzało się, że słyszała, jak wołano na nie: – “Marysia, Jadwisia!” Kim dla niej była? Przyjaciółką, siostrą?
Rozmyślania przerwał krótki sygnał telefonu komórkowego. Spojrzała na ekran – emerytura wpłynęła na konto! To świetnie, bardzo w samą porę! Można wybrać się do sklepu po kawę – ostatnią wypiła wczoraj rano. Ostrożnie stukając laską o chodnik, omijając kałuże jesienne, podeszła do wejścia sklepu.
Przy drzwiach przycupnęła szara pręgowana kotka, z podejrzliwością spoglądając na przechodniów i na szklane drzwi. W sercu zrodziło się współczucie: – “Biedactwo, marznie i pewnie głodna. Zabrałabym cię do domu, tylko… Kto się tobą zajmie po mnie? Zostało mi… Jeśli nie dziś, to jutro”. Ale wzruszona losem kotki kupiła jej niedrogi woreczek karmy.
Starannie wyciskała galaretowatą masę do plastikowej miseczki, a kotka czekała cierpliwie, patrząc na swoją dobrodziejkę z miłością. Drzwi sklepu stanęły otworem i na schody wyszła postawna kobieta, której wyraz twarzy nie zapowiadał niczego dobrego. Bez słowa odrzuciła miseczkę z karmą, tak że bryłki galarety rozprysnęły się po chodniku:
– Mówiłam wam, mówiłam – bez skutku! – warknęła. – Nie dokarmiajcie ich tutaj! – i odwracając się, odeszła z irytacją.
Kotka, oglądając się z niepokojem, zaczęła zbierać kawałki jedzenia z chodnika, a Jadwiga Kowalska, zszokowana, poczuła pierwszy uścisk zbliżającego się ataku. Pośpieszyła do przystanku autobusowego – tylko tam były ławki. Usiadła na jednej z nich, gorączkowo przeszukując kieszenie, mając nadzieję znaleźć tabletki, ale na próżno.
Ból napierał falami, głowę ściskały jakby imadła, w oczach ciemniało, z ust wydobywał się jęk. Ktoś dotknął jej ramienia. Z trudem otworzyła oczy – młoda dziewczyna z przerażeniem na nią spoglądała:
– Źle się Pani czuje, babciu? Jak mogę pomóc?
– Tu, w torbie… – Jadwiga Kowalska ledwie poruszyła ręką. – Opakowanie kawy. Wyjmij i otwórz.
Przysunęła się do opakowania, wciągnęła zapach palonych ziaren raz, drugi. Ból nie ustąpił, ale osłabł.
– Dziękuję, dziewczynko. – Wyszeptała Jadwiga Kowalska.
– Jestem Kasia, ale podziękowania należą się kotce. – Uśmiechnęła się dziewczyna. – Była tu z panią i tak głośno miauczała!
– I tobie dziękuję, kochanie. – Jadwiga Kowalska pogłaskała kotkę, która siedziała obok niej na ławce. Tę samą, pręgowaną.
– Co się z panią stało? – Zapytała z troską dziewczyna.
– Atak, dziewczynko, migrena. – Przyznała Jadwiga Kowalska. – Czasami z nerwów…
– Odprowadzę panią do domu, samotnie będzie ciężko…
– … U mojej babci też zdarzają się ataki migreny. – Opowiadała Kasia, kiedy popijały słabą kawę z mlekiem i jedli ciastka w mieszkaniu Jadwigi Kowalskiej. – Właściwie to ona jest moją prababcią, ale nazywam ją „babcia”. Mieszka w wiosce razem z moją babcią, mamą i tatą. A ja uczę się tutaj, w szkole medycznej, na ratownika. Ona również nazywa mnie „dziewczynką”. A pani tak bardzo ją przypomina, że na początku myślałam, że to ona! A nie próbowała pani odnaleźć swoich prawdziwych krewnych?
– Kasiu, dziewczynko, jak ich znaleźć? Przecież prawie ich nie pamiętam. Ani nazwiska, ani skąd pochodzę. – Opowiadała Jadwiga Kowalska, głaszcząc kotkę, która grzała się na jej kolanach. – Pamiętam bombardowanie, kiedy jechaliśmy wozem, potem czołgi…
A ja biegłam, biegłam, aż nie pamiętałam siebie! Przerażenie! Na całe życie przerażenie! Potem znalazła mnie kobieta, nazywałam ją mamą przez całe życie, i teraz jest dla mnie mamą. Po wojnie przyszedł jej mąż i stał się dla mnie najlepszym tatą na świecie! Zostało z mojego tylko imię. A moja rodzina, najprawdopodobniej zginęła tam, pod bombami. I mama, i Marysia…
Nie zauważyła, jak po tych słowach Kasia drgnęła i spojrzała na nią dużymi, niebieskimi oczami:
– Pani Jadwigo, czy ma Pani znamię na prawym ramieniu, wyglądające jak listek?
Zaskoczona gospodyni zakrztusiła się kawą, a kotka uważnie na nią spojrzała.
– Skąd to wiesz, dziewczynko?
– Moja babcia ma dokładnie takie samo. – Powiedziała cicho Kasia. – Nazywa się Maria. Do dzisiaj nie umie pohamować łez, gdy wspomina swoją siostrzyczkę-bliźniaczkę, Jadzię. Zaginęła podczas bombardowania, przy ewakuacji. Kiedy Niemcy odcięli drogę, trzeba było wrócić do domu, tam przeżyliśmy okupację. A Jadzia zaginęła. Nie znaleźliśmy jej, choć bardzo szukaliśmy…
Od rana Jadwiga Kowalska nie mogła znaleźć sobie miejsca. Przechadzała się od okna do drzwi, czekając na gości. Szara, pręgowana kotka nie odstępowała jej na krok, z niepokojem spoglądając na twarz właścicielki.
– Nie martw się, Margośka, wszystko ze mną w porządku, – uspokajała kotkę właścicielka. – Tylko serce bije…
W końcu zadzwonił dzwonek do drzwi. Jadwiga Kowalska, zdenerwowana, otworzyła drzwi.
Dwie starsze kobiety, zatrzymując się, patrzyły na siebie oczami pełnymi nadziei. Jak w lustrze widziały nie utraconą niebieską głębię oczu, siwe loczki kręconych włosów i pełne smutku zmarszczki w kącikach ust.
W końcu gość westchnął z ulgą, uśmiechnął się, podszedł bliżej i objął gospodynię:
– Witaj, Jadziu!
A w progu, ocierając łzy szczęścia, stały bliskie osoby.



