*Dziennik*
Od kilku dni czułem się wykończony. Miałem tyle spraw na głowie, a jedyne, na co miałem ochotę, to usiąść i nie ruszać się, a najlepiej położyć i leżeć. Na jedzenie nie mogłem nawet patrzeć. Zrobiłem test ciążowy, który potwierdził moje przypuszczenia.
Dwa lata minęły, odkąd wróciłem z urlopu rodzicielskiego, ledwo odetchnąłem od pieluch i śpioszków, a tu znów… Byłem przybity. Kacper za chwilę skończy pięć lat, Zosia poszła do drugiej klasy. Dzieci potrzebują mojej uwagi i troski, a ja będę zajęty noworodkiem. Czy zrozumieją? Nie będą zazdrosne o nowego brata lub siostrę?
„Dziecko to dar od Boga. Dał Bóg dziecko, da i na dziecko – tak mówią. Ale czasy są niepewne, choć kiedy były łatwe? Kobiety rodziły nawet podczas wojny. Co powiedzieć w pracy? Że niedługo idę na macierzyński, a potem będę brał ciągle L4?
A właściwie o jakiej pracy mówić z trójką dzieci? Rodzina się powiększy, a żyć będziemy tylko z pensji Adasia…” Męczyły mnie wątpliwości i nie spieszyłem się, by „uradować” żonę. Miałem jeszcze czas na przemyślenie sprawy.
Niedawno szef pytał, czy ktoś nie planuje urlopu rodzicielskiego albo odejścia z pracy. Jego obawy były zrozumiałe – w kolektywie pracują głównie kobiety. Razem z innymi zapewniłem, że mam kompletną parę – chłopca i dziewczynkę – i na pewno nie zamierzam iść na macierzyński. A tu proszę.
„Dlaczego ciągle myślę o pracy? Rodzina i dzieci są najważniejsze, praca na pewno…” Czas mijał, a ja wciąż rozważałem za i przeciw, nie mogąc podjąć decyzji.
– Nie jesteś chory? Jesteś blady i ciągle o czymś myślisz. Trzy razy pytałem, co kupimy Markowi i Kasi, a ty mnie nie słyszysz. Coś się stało? – zapytała żona pewnego wieczoru po kolacji.
Wtedy wyznałem jej wszystko. Adaś chwilę milczał, a potem spytał:
– I co zrobimy?
Nie powiedział: „Co ty zrobisz?”, tylko: „Co *my* zrobimy?”. Właśnie tak, decyzja powinna być wspólna. I za to bardzo kochałem moją żonę. Nie zostawi mnie samego z wątpliwościami. Zrobiło mi się trochę wstyd, że próbowałem rozwiązać to sam. Uczucie ulgi było tak ogromne, jakby spadł mi z pleców ciężar. Podzieliłem się z Adasiem swoimi obawami.
– Z dwójką dajemy radę, to i z trzecią podołamy – odpowiedziała zdecydowanie.
– Ale pójdę na macierzyński. Będziemy żyć tylko z twojej pensji. Nie wiadomo, kiedy wrócę do pracy, czy w ogóle wrócę. Choć będą dodatki socjalne… – znów zacząłem wątpić.
– Jakoś damy radę. Wezmę dodatkową pracę. A może chcesz usunąć ciążę? – zapytała wprost.
– Nie wiem – przyznałem szczerze. – Ty będziesz harować całymi dniami, ja kręcić się w domu z dziećmi. I tak nam życie przeleci… Nie wiem – powtórzyłem.
– Z dwójką czy trójką dzieci życie i tak przeleci niezauważone. Dobrze. Mamy jeszcze czas?
– Tak, trochę mamy.
– To nie spieszmy się. Wrócimy do tematu później, choć jestem pewna, że już podjąłeś decyzję. Czy się mylę?
– Jak pomieścimy się w tych dwóch pokojach? – Rozejrzałem się po ciasnym mieszkaniu, które dostałem po babci Adasia.
– A może porozmawiam z rodzicami? Zaproponuję zamianę mieszkań. Mają trzy pokoje dla dwojga. Pewnie się zgodzą. Ojciec sam to proponował, gdy czekaliśmy na Zosię.
Spojrzałem na żonę z niedowierzaniem, ale nic nie powiedziałem. Jak się spodziewałem, teściowa stanęła okoniem.
– Jesteś celowo w ciąży, żeby wyłudzić większe mieszkanie. Robisz z niego sługę, a on na wszystko ci pozwala.
– Mamo, to mój pomysł. Adaś nie ma z tym nic wspólnego – broniła mnie żona.
– Więc to ty, córeczko, chcesz odebrać nam spokojną starość? Nie spodziewałam się. Przywykliśmy tu żyć. Wątpię, czy przeprowadzka w naszym wieku to dobry pomysł. Ale wy myślicie tylko o sobie, nas nie bierzecie pod uwagę – teściowa przewróciła oczami i złapała się za serce.
– Mamo, nie wyolbrzymiaj. Po prostu spytałam. Jeśli nie, to trudno. Coś wymyślimy.
– Oni coś wymyślą… A może Adaś usunie ciążę? Macie dwójkę dzieci. To w zupełności wystarczy. W dzisiejszych czasach. Tak będzie lepiej dla wszystkich.
– Rozumiem, mamo.
Gdy Adaś wrócił od rodziców z pochmurną miną, wszystko zrozumiałem i nie pytałem. Unikaliśmy tematu. Raz godziłem się z myślą o trzecim dziecku, raz bałem się powrotu do pieluch, nieprzespanych nocy, rozdarcia między dziećmi a milionem obowiązków…
Zbliżał się termin, a ja wciąż nie potrafiłem podjąć decyzji. Pewnej nocy przyśniła mi się dziewczynka, może pięcioletnia. Biegała po mieszkaniu, śpiewając coś wesoło, a w ręku niosła mały, pleciony koszyczek, jak u Czerwonego Kapturka.
„Co tam masz?” – spytałem.
Dziewczynka zajrzała do koszyka i podniosła na mnie zdumione oczy, w których malował się ból. Zajrzałem do środka – był pusty…
Najpierw z radością pomyślałem, że urodzi się dziewczynka. Ale dlaczego koszyk był pusty? Sen wracał, niepokoił, nie dawał spokoju.
– Podjąłeś już decyzję? – spytała raz Adaś po kolacji.
– Tak… Nie – i opowiedziałem jej o śnie.
– To tylko sen. Znaczy, że będzie dziewczynka, twoja pomocnica.
„Jaka ona wspaniała – pomyślałem. – Urodzę. Z Adasiem niczego się nie boję. Powinienem się cieszyć, że nie namawia na aborcję, a ja wciąż się wacham.” – Przytuliłem się do żony.
Na decyzję wpłynęło jeszcze jedno zdarzenie. Poszliśmy na urodziny do znajomych. Dom – pełna miska, a gospodyni taka piękna, że można by ją wrzucić na okładkę „Vogue”. Jedna szkoda – nie mają dzieci. Gdy Kacper z Zosią biegali po domu, Kasia zabroniła mi ich uciszać.
– Niech się bawią. To szczęście, gdy w domu słychać śmiech dzieci. Gdybym mogła, miałabym tyle, ile Bóg da.
– Ale przecież współczesna medycyna… – zacząłem.
– MyśliszMyślałem o metodach in vitro, ale ona tylko westchnęła ciężko: “Próbowaliśmy – nic z tego nie wyszło, teraz myślimy o adopcji, może weźmiemy dwójkę od razu.”



