Dzieńnik osobisty
Mam dziś trzydzieści pięć lat. Nazywam się Zofia Malinowska. Moje życie to pasmo szarości i przytłoczenia, ciężko mi określić siebie jako osobę pewną siebie czy wyzwoloną. Nigdy tak naprawdę nie spotykałam się z żadnym mężczyzną, choć od dawna pracuję jako księgowa w biurze rachunkowym w Krakowie od skończenia technikum nic się nie zmieniło.
Nie dbam o siebie szczególnie, noszę luźne ubrania, jestem nieco pulchna, smutna i przygaszona. Nigdy nie widziałam swojego ojca. Matka Helena urodziła mnie gdy miała osiemnaście lat, a o moim ojcu nic nie mówiła. Wychowywała mnie babcia Stasia na wsi pod Tarnowem. Tam skończyłam szkołę, a dopiero na studiach zamieszkałam z matką w Krakowie.
Gdy dorastałam na prowincji, mama prowadziła miejskie życie imprezowała, pracowała, zmieniała mężczyzn i chociaż była piękna, to nie była odpowiedzialna. Na wieś zaglądała rzadko, czasem przywoziła mi zabawkę, po czym znikała na długie tygodnie. Babcia była surowa, więc miłości nie doświadczyłam ani od niej, ani od matki.
I tak do dziś mieszkamy razem ja i mama. Helena ma ponad pięćdziesiąt lat i wciąż wygląda świetnie szczupła, zadbana, chodzi na zabiegi do kosmetyczki i fryzjera, bywa też na randkach. Ja zupełnie inna. Zwykła, nijaka, przy matce czuję się jak cień.
Dziś po pracy przekazałam dokumenty koleżance, która mnie zastąpi podczas urlopu. Wyszłam z biura i westchnęłam.
Urlop pomyślałam. Parę złotych odebrałam i teraz mama znowu mi wszystko zabierze. Przeżyję kolejny wolny czas w domu pod jej kontrolą. Mam dość Dlaczego nie umiem się postawić? Przecież nie jestem już dzieckiem, a ona wciąż rządzi każdym aspektem mojego życia. Nie mogę nawet sama dzielić mojej pensji oddaję jej wszystko, co do grosza. Ani śladu niezależności…
Wchodzę do mieszkania, a mama już czeka na mnie w korytarzu.
No, nareszcie! rzuca. Odebrałaś wynagrodzenie za urlop? Dawaj!
Mam, ale rozbiorę się najpierw
Zdążysz! syczy.
Szperam w torbie, szukając portfela, a mama zaczyna:
Boże, chodzisz z takim szmacianym workiem, wstyd! Nawet nie możesz kupić sobie eleganckiej torby?
Przez chwilę zbaraniałam, łzy spłynęły mi po policzku.
Nie mam za co kupić nowej torby. Przecież wszystko zabierasz wyrwało mi się nagle i sama siebie zdziwiłam, że w końcu się odezwałam.
A ona tylko dokłada:
Nie tylko torba, wyglądasz jak zaniedbana baba, gruba Powinnaś schudnąć, zadbać o siebie! Wstyd mi się z tobą pokazać!
Wstyd? wykrzyknęłam. Nie wstyd ci zabierać moje pieniądze? Przecież i tak nigdzie z tobą nie chodzę! już prawie krzyczałam, wybiegłam z mieszkania i zbiegłam po schodach. Łzy zalewały mi twarz, usiadłam w końcu na ławce pod blokiem i zakryłam oczy dłonią.
Nie wiem ile minęło, kiedy usłyszałam głos.
Zośka, czemu tu siedzisz? podniosłam głowę. Starsza sąsiadka, pani Anna Mazur, mieszka pod nami.
Płaczę odpowiedziałam drżącym głosem. Usiadła obok i wzięła mnie za rękę.
Nie wytrzymałam wszystko jej opowiedziałam.
Mama zabiera mi każdą złotówkę, sama kupuje luksusowe kremy i ubrania, a ja chodzę w starych rzeczach. Od zawsze jestem uległa, nigdy nie umiałam się postawić babci, teraz matce. Jest zła, apodyktyczna… Anna tylko kiwała głową.
Nagle zaczęło mi być głupio.
Och, co ja tak plotkuję Pomyśli pani, że jestem żałosna
Pani Anna znała moją matkę od lat, nie lubiła jej i zawsze traktowała mnie z troską. Rozumiała, że jestem uciskana przez Helenę.
Zośka, przestań się zamartwiać. Jesteś dorosłą kobietą i musisz zacząć dbać o siebie.
Ale ja nigdy mnie nikt nie kochał, ja też nie potrafię Nikt mnie nie potrzebuje
Musisz wyjechać od matki. Zadrżałam ze strachu.
Dokąd, Anna? Przecież za moją pensję nawet nie wynajmę pokoju, a mama już będzie robić mi awanturę, bo nie oddałam urlopowych Po prostu nie wytrzymałam wyszłam, gdy zaczęła obrażać
Masz pieniądze z urlopu? upewniła się.
Tak. Zabrałam je, zanim mi wyrwała
Nie martw się o matkę, ona sobie poradzi pomyśl o sobie. Mogę cię zaprosić do mojego domu letniskowego pod Wieliczką. Mąż go dawno wybudował, a teraz stoi pusty. Możesz tam zamieszkać w czasie urlopu, nie biorę od ciebie ani grosza.
Nie boi się pani zostawić mi dom?
Oj, Zośka! Znam cię przecież od dziecka. Poczekaj tu, przyniosę klucze, dam ci adres i telefon.
Pojechałam na dworzec, kupiłam bilet na pociąg regionalny za parę złotych i już siedziałam przy oknie, patrząc na innych. Nigdy wcześniej nie wyjeżdżałam z Krakowa. Po raz pierwszy czułam, że nikt nie patrzy na mnie krytycznie. Uspokoiłam się, obserwując krajobrazy za oknem. Wysiadłam na właściwej stacji, szybko dotarłam do domku, otworzyłam drzwi kluczem i weszłam do środka.
Uderzyła mnie cudowna cisza, usiadłam w starym fotelu.
Boże, jaka cisza, jak dobrze być samej Nieznany świat spokoju i wolności pomyślałam.
Nikt nie stał nade mną, nie komentował moich wyborów. Znalazłam pilot, włączyłam telewizor. Leciało jakieś polskie talk-show u mamy w domu nie mogłam tego oglądać, zaraz przełączała na swoje ulubione seriale, nie licząc się ze mną.
Ty oglądasz głupoty, bo sama jesteś nieudolna zawsze szydziła. Nigdy nie miałam odwagi odciąć się od jej słów.
Obeszłam dom, włączyłam lodówkę i włożyłam tam paczkę pierogów, trochę sera i jogurt kupiłam przed pociągiem w sklepie przy dworcu. Ugotowałam pierogi, najadłam się do syta, a po raz pierwszy od dawna poczułam ukojenie.
Jak dobrze być samej! cieszyłam się.
Po paru chwilach zadzwoniła mama.
Co, uciekłaś? Widziałam, że siedziałaś z Anną na ławce. No dobrze, posiedź sobie tam, zobaczysz. Posłuchałaś obcej osoby, teraz sobie nie poradzisz. Niczego nie umiesz, zginiesz beze mnie
Nie słuchałam jej dalej, rozłączyłam się, wiedząc, że zaraz poleją się obelgi. Ku własnemu zdziwieniu, nie byłam już tym przygnębiona. Wieczorem zadzwoniła Pani Anna.
Zośka, rozgościłaś się już? zapytała.
Tak, dziękuję pani, wszystko dobrze.
Jutro rano przyjedzie mój siostrzeniec, Stefan. Przywiezie ci trochę twoich rzeczy.
Jakich rzeczy?
Helena przyniosła do mnie duży worek z twoimi rzeczami i powiedziała: Skoro zabierasz mi córkę, to i jej rzeczy sobie zabierz
Jak poznam Stefana?
Przyjedzie autem, zna drogę, jest wysoki, nosi okulary Dasz radę.
Czy to nie problem?
Zośka, przestań się bać. Zacznij życie i naucz się dbać o siebie. Musisz zadbać o siebie, kupić coś ładnego. Jesteś ładna, tylko zaniedbana. Teraz masz szansę się zmienić. Powodzenia!
Na trawie połyskiwała rosa, szczekał pies gdzieś w oddali, śpiewały ptaki. Przemyślałam słowa sąsiadki i podeszłam do lustra.
Faktycznie, zaniedbałam się Oczy mam ładne choć smutne, włosy grube zawsze je spinam w kok na czubku, jak babcia. Powinnam schudnąć chyba mama ma rację
Spałam na nowym miejscu jak dziecko ani razu się nie przebudziłam. Rano przez zasłony wpadało słońce. Otworzyłam okno, patrzyłam na migotającą rosę i słuchałam ptaków.
Jakie piękne poranki pomyślałam, rozciągając się.
Posiedziałam na werandzie z kawą, przeglądałam wiadomości w telewizji. Przyszło mi do głowy, by poszukać nowej pracy, wynająć własne mieszkanie przecież z tego domku do Krakowa za daleko. Nawet nie pomyślałam o matce. Serce wypełniło mi się radością czeka mnie nowe życie.
Wreszcie zacznę decydować o sobie! pomyślałam.
Zapukał ktoś do drzwi lekko się przestraszyłam.
Za progiem stał wysoki mężczyzna w okularach, z dużą torbą.
Dzień dobry. Jestem Stefan uśmiechnął się. Pani Zofia?
Tak, to ja odpowiedziałam, cofając się, by go wpuścić.
Ciocia Anna prosiła, żebym przywiózł pani rzeczy i może w czymś pomógł. Jeśli trzeba gdzieś jechać, mam samochód. Nie krępuj się, Zosiu powiedział ciepłym tonem. Ciocia mówiła mi o pani życiu przepraszam, wiem trochę ze słów cioci
Tak właśnie poznałam Stefana. Szybko mnie polubił tym bardziej, że jego pierwsze małżeństwo było nieudane. Zakochałam się, zmieniłam się nie do poznania już nie byłam nieśmiała, zaczęłam dbać o siebie, schudłam. Poszłam do salonu piękności nie poznawałam siebie w lustrze.
To naprawdę ja? śmiałam się do siebie, a w oczach pojawił się blask.
Stefan zabrał mnie do swojego mieszkania w Krakowie.
Zosiu, zawsze marzyłem o takiej kobiecie dobrej, szczerej, ciepłej. Nie zamierzam się z tym kryć czy zostaniesz moją żoną?
Odpowiedziałam mu tak, czując, że w końcu mi się poszczęściło. Nawet pod względem charakteru wiele nas łączyło. Ślub był cichy, skromny, ale zaprosiliśmy mamę. Oczywiście, Helena nie mogła się powstrzymać od docinek, ale pani Anna szybko sprowadziła ją na ziemię. Mama wyszła z przyjęcia wcześniej, niewiele osób to zauważyło nawet jej nie żałowałam.
Rodzina Stefana bardzo mnie polubiła. On patrzył na mnie zakochanym wzrokiem i myślał:
W końcu szczęście przyszło do mnie i do Zosi.
Już niedługo okazało się, że jestem w ciąży czułam podwójną radość. Moje szczęście może przyszło późno, ale przyszło. Zapomniałam o smutnym życiu pod kontrolą matki znalazłam w sobie siłę, by je zmienić. Nie tylko wypiękniałam na zewnątrz, ale i w środku. Wreszcie pokochałam siebie i Stefana.
Dziękuję za przeczytanie i za wsparcie. Całego serca życzę wszystkim odrobiny szczęścia!



