Dziś opowiem wam, dlaczego wyrzuciłam męża – i wcale tego nie żałuję.
Tego dnia miałam już dość. Cały porąnek sprzątałam, prałam, układałam zabawki, myłam podłogi. W końcu zajrzałam do piekarnika – kurczak z ziemniakami rumienił się, wypełniając kuchnię zapachem, od którego aż kręciło się w głowie.
„Jeszcze dziesięć minut” – mruknęłam, ustawiając minutnik i biegnąc do łazienki, by wyczyścić płytki. Wszystko szło jak po maśle. Dopóki nie trzasnęły drzwi wejściowe.
„Pewnie dzieci wróciły” – pomyślałam, ale w progu stanął nie syn ani córka, tylko mąż – Wojtek, który od rana, jak twierdził, był „w garażu”.
„O, ale pachnie!” – zatarł ręce z zadowoleniem. – „Uwielbiam twojego kurczaka!”
„Zawołaj dzieci, niech idą na kolację” – krzyknęłam, wracając do zlewu.
Minutę później w mieszkaniu rozległo się tupanie bosych stóp, ktoś rzucał butami, ktoś inny się głośno śmiał. Usłyszałam sprzeczkę i wyszłam, nie czekając na minutnik.
„Co się dzieje?” – zapytałam, stojąc w gumowych rękawiczkach.
„Chcę udko!” – zapiszczała dziesięcioletnia Zosia.
„Ja też!” – wtórował ośmioletni Kuba.
„Przecież są dwa” – rozłożyłam ręce.
„Nie! Zostało tylko jedno!” – Zosia tupnęła nogą.
Podeszłam do stołu. Rzeczywiście – połowa kurczaka zniknęła. Zostały piersi i jeden ziemniak.
„A gdzie tata?”
„Poszedł. Zabrał pół kurczaka i poszedł” – powiedział syn.
Chwyciłam telefon, zadzwoniłam – Wojtek nie odebrał. Wyrwałam się z mieszkania, klucze w dłoni. W środku wszystko we mnie kipiało: znowu! Zabrał to, co najlepsze. Tylko że teraz – nie dla siebie, ale dla swojej paczki. To już nie była zwykła zachłanność – to była zdrada domowego ogniska.
Za placem zabaw, na ławce siedział Wojtek z kumplami. W rękach piwo, na kolanach – ten sam kurczak. Śmiali się, jedli, oblizywali palce.
„Nie za tłusto?” – podbiegłam do nich, oczy mi płonęły.
„Idź do domu, pogadamy później” – syknął Wojtek, rzucając okiem na „chłopaków”.
„Nie, pogadamy teraz! Ukradłeś jedzenie, które przygotowałam dla naszych dzieci! Nie wstyd ci? Mało, że zawsze bierzesz dla siebie najlepsze kąski – teraz jeszcze karmisz tym swoją bandę?”
„Idź, póki się powstrzymuję” – warknął, chwytając mnie za łokieć.
„Co ty robisz?!” – szarpnęłam się. – „Jesteś nie tylko egoistą, ale i złodziejem, Wojtek. Złodziejem, który kradnie jedzenie własnym dzieciom i karmi nim pijaków.”
„Skończ z histerią, Kasia” – wściekał się, czując się upokorzony przed kolegami. – „To tylko raz.”
„Tylko raz? A owoce? A kawior od mamy, który pochłonąłeś w jeden dzień? A kiełbaski z grilla, gdzie dzieci dostały spalone okrawki, a ty wybrałeś soczyste kawałki?”
Odwróciłam się i odeszłam.
Wieczorem, gdy wrócił, stałam przy oknie.
„Sama siebie powinnaś była widzieć” – śmiał się Wojtek. – „Rozwód przez kurczaka. Powinienem cię wysłać do jakiegoś programu.”
„Składam pozew o rozwód” – odpowiedziałam zimno. – „Nawet teraz nie zrozumiałeś, o co chodzi. Nie o kurczaka. O twoją chciwość, egoizm i to, że nigdy nie myślisz o nikim poza sobą.”
„Gdzie ja pójdę?” – prychnął. – „Nawet nie jesteś śmieszna.”
„Do swojej mamusi. Ta sama, która nauczyła cię, że wszystko najlepsze należy do ciebie. Niech się teraz z tobą dzieli.”
Wojtek wyszedł, myśląc, że żartuję. Ale następnego dnia złożyłam papiery. Zamieszkał u matki.
Dwa tygodnie później zadzwonił telefon.
„Miałaś rację” – westchnęła była teściowa. – „On nawet u mnie wszystko wyjada. Kupię sobie cukierki, zjem jednego – resztę pochłania jeszcze tego samego wieczora. Myślałam, że przesadzasz. Ale nawet zagotowałam wodę w czajA ja teraz, patrząc wstecz, wiem, że ta jedna wygrana bitwa o kurczaka dała mi wolność na resztę życia.



