Wyrzuć go na dwór. Znalazła pod śniegiem kota sąsiadki, a właścicielka odmówiła pomocy
Jagoda zawsze z lekkim dystansem patrzyła na kota sąsiadki. Do kotów generalnie nic nie miała, ale ten ogromny, pręgowany gagatek potrafił jej nieźle podnieść ciśnienie.
To opowieść o tym, jak nie warto zapominać, że trzeba być człowiekiem niezależnie od okoliczności.
Pewnego lata sąsiedzki kot Gustaw upodobał sobie grządki Jagody jako swoją prywatną toaletę. Jagoda wielokrotnie łapała go na swoim mikro-ogródeczku: z zapałem przekopywał ziemię, jakby ktoś mu zapłacił za archeologiczne wykopki. Z dzikim okrzykiem rzucała się na niego, a on z kamienną miną uciekał przed nią. Działka Jagody była niewielka, solidna mały domek w spadku po babci mieścił się w dobrej okolicy na obrzeżach Poznania.
Wystarczyło zejść kawałek ulicą, żeby poczuć się jak w prawdziwej wsi. A jak podjechał tramwaj do centrum blisko. Za życia babci Jagoda kochała tam bywać. Nawet później, już jako dorosła, często wpadała na weekendy: z koleżankami paliły w starym piecu, smażyły kiełbaski, zbierały jagody. W okolicznym lesie wystarczyła godzinka, by zebrać maślaków na obiad. Cisza, powietrze, przestrzeń wszystko, co do szczęścia trzeba. W tej samej wiosce mieszkała jej kuzynka Ola córka wujka Jurka, brata mamy. Odkąd pamięta, najlepsza przyjaciółka. Ogród, rzeka nie było jak się nudzić.
Jagoda obsiewała u siebie kilka grządek rzodkiewką i sałatą, na jednej cebulka dymka. Mały, ale własny ogródek. I to właśnie niego bezceremonialnie zagospodarował sobie kot sąsiadki. Jagoda poszła poskarżyć się właścicielce Gustawa cioci Helenie. Tamta, przewracając oczami, burknęła tylko: A co ja mam zrobić? Czuwać nad nim będę? Rzuć w niego patykiem, jak nie możesz go złapać!
Takie podejście miało proste wytłumaczenie: Gustaw został po jej śp. mężu, Antonim. Sama Helena od dawna mawiała: “Koty to nie dla mnie!”, bo z zamiłowania była psiarą na sto procent. Po śmierci męża kot został z nią trochę z przymusu.
Gustaw nie potrzebował opieki gonił myszy jak zawodowiec, a nawet krążyły plotki, że i rybki z rzeki wyciągał. Kiedyś zawsze chodził z panem na ryby. Potrzebował tylko dachu nad głową i ciepłego pieca, żeby przeżyć wichury i mróz.
Jagoda musiała prowadzić z kotem prawdziwą wojnę podjazdową. Próbowała z nim rozmawiać, przekonywać, nawet karmić specjalnymi smakołykami z miasta. Gustaw tylko patrzył spode łba, z daleka, nie podchodząc bliżej niż na pięć metrów.
Raz Jagoda oblała go zimną wodą z węża, innym razem wybiegła na ogród z gwizdkiem, jak sędzia podczas meczu, i jak zobaczyła intruza pognała ile sił wśród grządek, ostro dmąc w gwizdek. Potem, jak opadła z sił na trawie, śmiała się sama do siebie jak szalona, przypominając sobie, jak Gustaw przeskoczył przez płot, spojrzał na nią z wyrzutem i z miną obrażonego odszedł w krzaki. Jakby mówił: Hej, tak się nie bawimy! To nie fair!
Ciocia Helena podglądała te batalie zza płotu i tylko cicho chichotała. Tym bardziej, że jej spełniło się marzenie została prawdziwą psiarą. Córka przywiozła na wakacje miniaturową terrierkę, Lusię, i sąsiadka miała zajęcie. A problem z grządkami Jagoda rozwiązała po swojemu: przywiozła trzy worki trocin i wysypała je w rogu ogrodu, gdzie rosła pokrzywa.
Gustaw docenił prezent rozkopy robił już tylko tam. Jagoda odetchnęła z ulgą. Szybko jednak zauważyła, że kot ją obserwuje: z krzaków, z dachu szopy, przez szparę w płocie. Któregoś wieczoru wyszła do ogrodu i prawie zemdlała ze strachu z ciemności patrzyły na nią dwa świecące ślepia. Jej krzyk chyba było słychać w całej wiosce. Do Gustawa zawsze mówiła per pan, bo nigdy nie wiadomo, gdzie się znowu zjawi.
Do jesieni mieszkała w domu po babci, potem wróciła na studia do Poznania i na działce bywała tylko w weekendy.
No i właśnie podczas jednej z wizyt, Jagoda rano wychodzi na podwórko i na tylnych schodkach widzi mały kopiec przysypany śniegiem. To był Gustaw. Wielki kot siedział pod śniegiem, sopelki na wąsach. Ani drgnął, nie uniósł ogona, tylko się skulił. Jagoda strzepnęła z niego śnieg żadnej reakcji. Pogłaskała go, zobaczyła, jak kot bezgłośnie otwiera pyszczek chciał zamiauczeć, ale nawet nie był w stanie wypuścić pary z ust.
Jagoda złapała go i zaniosła do domu. Owinęła w koc, ogrzała pyszczek, roztopiła lód na wąsach ciepłym ręcznikiem. Gustaw nie protestował nie miał już siły. Gdy zostawiła go w kocu, poszła do cioci Heleny.
A ta odparła twardo: On mieszka w szopie. Cały dom mi obsikał, łobuz jeden. I do domu już go więcej nie wpuszczę! Okazało się, że po pojawieniu się Lusi latem, Gustaw zaczął naskakiwać na pieska i znaczył teren. Żeby mieć spokój, właścicielka wygoniła kota do szopy.
Lato jakoś przetrwał, ale zima w nieocieplonej szopie okazała się dla Gustawa porządną szkołą przetrwania. Jagoda próbowała przemówić do rozsądku sąsiadki: kot przecież kiedyś polował, a teraz śnieg, lód, zimno W odpowiedzi usłyszała tylko: Sypnęłam mu suchej karmy do miski, niech zajada, popija śniegiem nie zdechnie z głodu! Wyrzuć kota na dwór!
Jagoda, wracając do domu, zorientowała się, że kot nie pojawił się u niej przypadkiem. Przyszedł po ratunek. Widząc, że od właścicielki nie dostanie litości, przywędrował do tej, z którą cały sezon prowadził wojnę.
Jagoda zaczęła wydzwaniać po znajomych może ktoś chciałby przejąć kota. Chętnych brak. Kuzynka Ola zaproponowała, by przyniosła go do szopy z krową i świnią na pewno lepiej niż pod chmurką, ale miejsca w domu nie było, bo już mieli własne koty.
Gdy Gustaw trochę się ogrzał, wygrzebał się spod koca, przespacerował po salonie, musnął łapą nogę Jagody, po czym usiadł na wprost, patrząc jej prosto w oczy. Jakby rozumiał, że właśnie waży się jego los. Jagoda westchnęła i zadzwoniła do mamy. Jej matka była wiecznie przeciwko zwierzętom w mieszkaniu, ale wspomniawszy, jaki poczciwy był Antoni i jak pomagał jej babci, nagle zrobiło się jej żal. Przypomniała sobie, jak częstował wszystkich złowioną rybą, a kot, jak wierny pies, zawsze był przy nim. Nawet uroniła łzę, pomyślawszy, że Gustaw jest już stary i nikomu niepotrzebny.
Decyzja przyszła sama.
Jagoda kupiła w spożywczaku plastikowy transporter z rączką, wygodnie ułożyła w nim Gustawa i zabrała go do mieszkania w Poznaniu. Dla kota zaczęło się nowe życie.



