Nazywają mnie „obdarzoną”. Dla mnie to zawsze była kara. Zacznijmy od początku.
Gdy miałam miesiąc, matka zostawiła mnie pod drzwiami Domu Dziecka w Krakowie. Może bała się przekazać mi swój „dar”? Trudno powiedzieć. Dorastałam więc w domu dziecka wśród Wawelu, nie znając rodziców. Pierwsza moją odmienność zauważyła wychowawczyni, Magdalena Anielska. Pewnego razu podczas zabawy chłopak zabrał mi autko. Magdalena twierdziła potem: „Przysięgam, Arturek odleciał na dywan w drugi kąt! A ty zabrałaś zabawkę!”.
Magdalena była dobrym człowiekiem. Od razu pojęła, że jestem inna. Bała się, że jeśli ktoś się dowie, to zaczną się prześladowania. „Nie chcę, żeby cię zabrali na eksperymenty” – mawiała. Uczyła mnie więc nie tylko dobrych manier, ale też kontroli nad moim dziwnym talentem. Gdy się wściekałam, potrafiłam przesuwać przedmioty, a nawet ludzi. Czuję wibracje każdego człowieka, jego dobro lub zło. Wydaje się pomocne? Może. Ale ludzie chyba wyczuwali moją inność, stroniąc ode mnie. Dlatego nikt w siedem lat nie chciał mnie adoptować. A tak pragnęłam ciepła, miłości, prawdziwej rodziny. Chciałam wiedzieć, czym jest dom.
Miałam tylko jedną przyjaciółkę – Mariolę. Nazywała się Maria, ale gniewało ją to, więc wołałam ją Maryśka. Była najfajniejsza. Ona była moim domem, ja jej. Wiedziała o moich zdolnościach, dochowywała tajemnicy. Nigdy nie kazała ich użyć dla własnej korzyści. Byłam jej wdzięczna. Maryśka miała już piętnaście lat, traciła nadzieję. „Starsiaków” nikt nie bierze.
Aż pewnego dnia wpadła do sypialni, oczy jej płonęły. Falę jej elektryzującej energii aż poczułam na skórze.
– Co się stało?
– Aśka!!! Wyobrażasz sobie?! Adoptują mnie! Będę miała dom!
Podskoczyła, objęła mnie za ramiona i zakręciła po pokoju.
– Znaleźli się ludzie, którzy mnie chcą! Mam takie szczęście!
Potem stanęła i spojrzała mi poważnie w oczy.
– Nie smuć się, na pewno będę cię odwiedzać! A jak ciebie też przygarną, będziemy jeździć do siebie! Chodź, chodź, pokażę ci ich! Są u dyrektorki!
I pociągnęła mnie za rękę. Stanęłyśmy pod drzwiami, które akurat się otwarły. Wyszła para. Mężczyzna ogromny, chudy w rysach, o ostrych policzkach. Natychmiast poczułam całą paletę ich energii. I spodobało mi się to?
Z niego biła siła, ale nie uczciwa. Przemoc. Grubiaństwo. Złość.
Kobieta? Słaba i przerażona. Poczucie pustki i skrajnego wyczerpania.
– O, Marysiu – mężczyzna rozlał się w uśmiechu. Przeszedł mnie dreszcz.
– Papiery już prawie gotowe. Jutro zabieramy cię do nas.
Maryśka rzuciła mu się na szyję. W tym momencie wyczułam kolejną falę emocji w nim. Coś to było niby miłość, ale nie ojcowska. To było… pożądanie…
Wróciłyśmy do pokoju. Maryśka latała, nie mogąc usiedzieć na miejscu. Ja siedziałam na łóżku, dusząc w sobie to, co czułam. Musiałam się mylić.
– O co chodzi? – Maryśka przysiadła obok. – Nie martw się tak, zobaczymy się, obiecuję!
– Maryś… ta para… Coś z nimi jest nie tak. Ten pan… On nie jest dobry.
Przyjaciółka zmarszczyła brwi.
– Daj spokro
Maryśka uśmiechnęła się, nalewając mi do filiżanki gorącej kawy, a w tej prostej codziennej chwili, pomiędzy bliznami po przeszłości, wiedziałem że ten Dar, który kiedyś nazywałem przekleństwem, stał się najcenniejszym mostem do szczęścia naszej małej, dziś już prawdziwej rodziny.



