KWATERNAJĘCZYNI
Wyobraź sobie taki wieczór wczesna zima, osiedle na obrzeżach Warszawy. Po chodniku spaceruje wysoka kobieta. Jest jasno, a pogoda jak na grudzień, w sam raz leciutki mrozik, przez cały dzień słońce nie szczędziło blasku, a teraz, na zachód, mieni się ostatnimi promieniami we śniegu, który aż skrzy się od mrozu.
I wiesz, Hania Kwiatkowska, bo tak jej na imię, lubiła taką pogodę. Kroczyła spokojnie i z godnością eleganckie kozaki, świetna futrzana kurtka z norek. Hania miała już sześćdziesiąt jeden lat, twarz piękna, choć już trochę zmęczona, ale było w niej coś wyniosłego zawsze zadbana, pewna siebie, wiedziała, co jest warta.
Jej młodość, miłości i uniesienia, zostały już w przeszłości, ale Hania w swoim wieku potrafiła cieszyć się życiem. Dziesięć lat temu pożegnała męża i długo cierpiała. Jak mogło być inaczej? Przeżyli razem tyle lat i dobrze im się wiodło. Wychowali świetnego syna.
Syn wyjechał na studia do Poznania, tam został, ożenił się, zrobił z niej dwukrotną babcię. Ale wnuki widuje rzadko praca, codzienność, nie ma kiedy syn rodzinnych odwiedzić. Ale Hania nie narzeka potrafi znaleźć piękno w każdym wieku. Tak, jest emerytką, ma dwie kawalerki w Warszawie. Emerytura niewysoka, ale wystarcza na życie. Syn czasem jej podrzuci kilka stów, choć ona zawsze macha ręką i mówi, że nie trzeba.
Na Nowy Rok przyjechali z synową i wnukami przywieźli jej takie futro, że tylko królowej wypadało się tak nosić! Hania więc paradowała powoli, zachwycała się swoim wyglądem przecież dla emerytki wyglądała po prostu rewelacyjnie.
Ta dzisiejsza przechadzka nie była tylko spacerem szła po czynsz do swoich najemców. Mieszkała w swoim M-3, a drugą, jednoosobową kawalerkę wynajmowała młodemu małżeństwu z dzieckiem. Początkowo dziecka nie mieli ale już pięć lat tam mieszkają i doczekali się słodkiego chłopczyka. Ma już dwa latka. W torebce, niewielkiej i stylowej, Hania miała dla niego czekoladkę.
Wiesz, niełatwo znaleźć porządnych najemców. Hania już się tego nauczyła, nie raz się zawiodła albo długi za opłaty, albo mieszkanie zdemolowane. Dlatego teraz zawsze osobiście odbiera czynsz i kontroluje opłaty. Ale z tą parą można było się trochę rozluźnić. Młodzi, ale wręcz pedantyczni zwłaszcza Ewa, bo z nią Hania zwykle rozmawiała.
Ewa wyglądała na nastolatkę, chociaż Hania znała jej dowód miała dwadzieścia cztery lata, drobna, jasnowłosa, z takim bystrym spojrzeniem niebieskich oczu, że aż było trudno uwierzyć, że to mamuśka tego pulchnego brzdąca.
O mieszkanie dbała, rachunki zawsze zapłacone, zawsze grzeczna. Jej męża Hania kojarzyła słabo czasem, jak przychodziła po czynsz, leżał na kanapie przed telewizorem, albo go nie było. Zawsze mruknął dzień dobry, ale w rozmowy się nie wdawał. Czasem Hani się wydawało, że może popija, ale w sumie to nie jej sprawa. Jako najemca był w porządku.
Spokojnie, bez pośpiechu doszła Hania pod swoją dziewięciopiętrową kamienicę. Wjeżdżając windą na piąte piętro, myślała tylko o tym, na jakie smakołyki wyda czynsz najbardziej lubiła wędzoną rybę i owoce morza. Czemu by się nie rozpieszczać w tym wieku nie wiadomo, co przyniesie jutro i oszczędzać właściwie nie ma na co.
I tak rozmyślając, czy zdąży do sklepu rybnego zanim zamkną, stanęła pod drzwiami najemców. Miała swój klucz, ale nigdy nie wchodziła bez uprzedzenia po co stresować lokatorów? Zawsze dzwoniła i czekała.
Tym razem czekała dłużej niż zwykle. Już się zastanawiała, czy kogoś zastała, aż w końcu otworzyła Ewa. I od razu aż Hani serce ścisnęło Ewa taka jakby zapłakana, oczy czerwone, ręce się trzęsą.
Weszła do środka Ewa przesunęła się bez słowa do przedpokoju i ścisnęła ręce na piersiach. Hania pomyślała od razu może pijana? Może wciąż świętują Nowy Rok? Albo chora po imprezie?
Ewciu, co się dzieje? Ty coś marnie wyglądasz. Wszystko w porządku? zapytała, zdejmując buty.
Nic w porządku, pani Haniu, wyjęczała Ewa i zachwiała się, idąc do pokoju.
Już od wejścia widać było, że coś jest nie tak. Zwykle czyściutka kawalerka była rozgardiaszem, po podłodze walały się ubrania, pośród nich bawił się Nikodem, ich syn. Szafa na oścież, półki puste. Ewa wyciągnęła z teczki potwierdzenia opłat za mieszkanie drżącą ręką.
Za wszystko zapłacone. Ale na czynsz już nie mam. Mogę się spóźnić? Pojutrze z Nikodemem się wyprowadzimy, proszę tylko o kilka dni.
Twarz Ewy aż wykrzywiło z rozpaczy, ale łez już nie było w oczach chyba się już wypłakała, bo nawet nie śmierdziało alkoholem, tylko jakby solą od łez.
Co się stało, dziecko? Dlaczego od razu się wyprowadzasz? Gdzie twój mąż, co się porobiło? prawie krzyknęła Hania.
Ewa usiadła na kanapie, schowała twarz w dłoniach i zaczęła mówić takim głosem, jakby się bała, że się rozklei kompletnie.
Jestem chora, pani Haniu. Od pół roku coś nie tak zmęczenie, brak sił. Zrobiłam badania, bo Nikodema przyjęli już do żłobka. Wyniki To rak, pani Haniu.
Zamilkła na chwilę i dalej już bez łez, tylko cała się trzęsła.
A Radek, jak się dowiedział, to od razu odszedł. Krzyczał, jakby to moja wina. Powiedział, że mu niepotrzebna chora żona, nie zamierza się męczyć. Jego ciotka zmarła na nowotwór, wie jak to wygląda, nie chce tego przeżywać. Spakował się i wyszedł, zapowiedział, że złoży pozew o rozwód. Ja nie mam pieniędzy, jestem na urlopie macierzyńskim same grosze. Co miałam, oddałam za rachunki, na czynsz nie mam. Wyprowadzę się, tylko muszę dojść do siebie i się spakować.
Hania patrzyła na Ewę i aż serce jej ścisnęło. Siedziała wychudzona na brzegu kanapy, a maluch bawił się obok beztrosko. O czerwonej rybie mogła na razie zapomnieć, nawet jej to przez myśl przeszło, ale zaraz się skarciła Kobieto, jakie ryby ci w głowie, kiedy tu się taki dramat rozgrywa?
Usiadła obok Ewy, wzięła ją pod ramię.
Spojrzyj na mnie. Dobrze, jest ciężko, strasznie. Twój były mąż okazał się tchórzem, ale masz syna. Dla niego musisz walczyć. Jaki masz plan? Gdzie pojedziesz?
Ewa spojrzała na nią i znowu wykrzywiła usta. Jutro mam być w onkologicznym na biopsję. Ale nie mam gdzie zostawić Nikodema, nie mam gdzie mieszkać. Chciałam pojechać do babci na wieś, ale ona schorowana. Najwyżej tam pójdę do wiejskiej przychodni.
Ewa, co ty gadasz? Przecież w wiejskiej przychodni niewiele zrobią! Chcesz zrezygnować z leczenia i zostawić syna? Hania aż się zdenerwowała.
A co mam robić? Babcia go nie ogarnie, nie mam za co żyć w mieście. Muszę być na badania, na wyniki czekać, wracać do centrum onkologii i nie mam dokąd wrócić.
Nie wygłupiaj się zarządziła Hania. Jutro idziesz do szpitala, ja zostaję z Nikodemem. Mów, do jakiego żłobka go prowadzisz, wszystko mi pokaż. O czynszu nawet nie myśl, nie umrę bez tych pieniędzy. Ogarnij się, idź spać, a ja będę rano. O szóstej ci pasuje?
Reszta dnia minęła zupełnie inaczej, niż miała w planie zamiast ryby Hania poszła do sklepu po zwykłe zakupy: kurczak, kasza, mięso przecież musi dziecko karmić, gdy Ewy nie będzie.
Małego Nikosia zawsze lubiła, problemów z opieką nie było żadnych. Dziecko miłe, posłuszne, choć za mamą tęskniło bardzo. Hania przejmowała się całą sprawą Ewa była taka młoda, a los podłożył jej taką świnię!
Zjawiła się u nich o szóstej rano z zakupami. Nikodem zajął się zabawkami, a ona ogarnęła mieszkanie. Po dwóch dniach Ewa wróciła z biopsji zaczęło się nerwowe oczekiwanie na wyniki. I wtedy, nie uwierzysz, Ewa zadzwoniła cała szczęśliwa rak w pierwszym stadium, do usunięcia operacyjnie! Szanse na pełne wyleczenie.
Widzisz?! Hania aż odetchnęła z ulgą. A ty już miałaś się poddać. Twój Radek szybko pokazał, ile jest wart. Lepiej, że już go nie ma. Kiedy operacja?
Za miesiąc, są kolejki. Pani Haniu, wstyd mi mieszkać za darmo, może się wyprowadzę, wynajmie pani to mieszkanie komuś innemu…
Ewa, nie gadaj głupot. Masz tu mieszkać. O żarcie się nie martw jak czegoś zabraknie, dokupię.
Ale pani tyle dla mnie zrobiła Jak ja się odwdzięczę… odpowiedziała Ewa, cała rozklejona.
Minęło półtora roku.
Wyobrażasz sobie najlepsza restauracja w Warszawie, wesołe wesele! Hania siedzi przy honorowym stole obok panny młodej. Prawie każdy myśli, że Hania to jej mama. I tak się czuje, jakby to własną córkę wydawała za mąż.
Ewa piękna jak z obrazka biała suknia, diadem w bujnych włosach, zdrowa i szczęśliwa. Wychodzi za mąż za lekarza, tego, który operował ją półtora roku temu. Na początku sama Ewa mu nie ufała był młody, chciała kogoś z doświadczeniem. Ale zaiskrzyło między nimi. Nie od razu Ewa bała się ludzi, nie wierzyła już nikomu po zdradzie męża. Komu ufała? Hani.
Najpierw była operacja, potem setki badań, żmudna rehabilitacja. Po pół roku Ewa mogła wrócić do pracy i zaczęła spłacać czynsz, ale Hania już na to nie pozwalała była jej jak rodzina. Po co brać pieniądze od kogoś, kto jest już prawie córką?
Nikoś i Ewa przenieśli się do lekarza, Hania musi szukać nowego najemcy. Ale doktor kocha Ewę, to widać! Cóż, wesele urządził nie byle jakie.
Hania, śmiejąc się w duchu z własnych wspomnień, podsunęła sobie talerzyk z łososiem, myśląc, jak kiedyś musiała sama sobie takie rzeczy odmawiać, by pomóc Ewie i Nikosiowi. Ale czy można porównać te wszystkie materialne rzeczy z tym, co zyskała? Zyskała prawie córkę. Syn mieszka daleko, ale teraz ma Ewę i Nikodema, którzy nigdy jej nie zostawią.
Hania zawsze ukrywała emocje, ale łezka jej się zakręciła, jak Ewa powstała z miejsca przy stole, żeby powiedzieć toast:
Jest tu ktoś bardzo ważny. Bez niej dzisiaj by mnie tu nie było głos jej zadrżał, zaszkliły się oczy. Pani Haniu, dla mnie jest pani, jak mama, której nigdy nie miałam. Dziękuję Bogu, że postawił panią na mojej drodze.
I wiesz co? Warto czasem odłożyć własne potrzeby na bok. Bo czasem można zyskać coś dużo cenniejszego nową rodzinę.



