Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Tak, jest wspaniałym chłopakiem pod każdym względem, ale to nie mój „Znowu mama przyszła z konkubentem, a jeszcze z jakimś facetem. Już podchmieleni – Irina usiadła w kącie za szafką. – I nie ma gdzie się schować, na dworze już śnieg leży. Mam już tego wszystkiego dosyć. Latem skończę dziewięć klas i wyjadę do miasta. Pójdę do pedagogicznego kolegium i zostanę nauczycielką. Choć do miasta tylko dziesięć kilometrów, to i tak będę mieszkać w akademiku”. Mama z gośćmi zasiedli w kuchni. Słychać bulgotanie przy nalewaniu alkoholu, rozszedł się zapach kiełbasy. Dziewczyna mimowolnie przełknęła ślinę. – Poczekaj, ty! – rozległ się głos matki. – Co się krygujesz? – Was dwóch… – Jakbyś pierwszy raz była z dwoma – zachichotał Michał, konkubent matki. Zabrzęczało stłuczone naczynie. Szuranie, sapanie. Irina mocniej wcisnęła się w kąt. Hałas ucichł niespodziewanie. – Słuchaj, Nikita, ona śpi – odezwał się konkubent. – Sam mówiłeś, fajna dziewczyna, a coś mnie do niej ciągnie… – Przecież ona ma córkę… – Jaką córkę? – Irkę, już wyrosła. Pewnie schowała się w pokoju. – Przyciągnij ją tu! – rozległ się radosny głos Nikity. – Irka, gdzie jesteś? – wszedł do pokoju konkubent, zobaczył Irinę, uśmiechnął się nieprzyjemnie. – Chodź, posiedź z nami! – Tutaj mi dobrze. – Co się wstydzisz? – Michał próbował ją objąć. Irina złapała wazon stojący na szafce i zamaszyście uderzyła nim konkubenta matki w głowę. Zabrzęczało szkło. Irina wyrwała się i wybiegła z pokoju. – Łap ją! – krzyknął Michał. Ale dziewczyna była już przy drzwiach. Na zakładanie butów nie było czasu, więc wybiegła w samych skarpetkach, w starych szortach i koszulce na śnieg. Za nią wybiegli mężczyźni. Wieczorna ulica w miasteczku była pusta. Gdzie biec nocą po śniegu? Słychać było pogonię z tyłu. Przy wielkim domu, obok którego przebiegała, zawarczał pies. Potem czyjś głos go uciszył. Irina podbiegła do bramy i zaczęła pukać. Drzwi otworzył mężczyzna około czterdziestki. – Pomóżcie mi! – powiedziała cicho, błagalnie patrząc na mężczyznę. – Wchodź! – pociągnął ją za rękę i zamknął drzwi. – Olek, kto tam? – na ganek wyszła kobieta. – No i widzisz – kiwnął w stronę dziewczyny. – Gonią ją jacyś mężczyźni. – Szybko do domu! – kobieta złapała Irinę za rękę. – Wszystko opowiesz. – Irka, wyjdź łagodnie! – rozległ się głos Michała. – Olek, daj spokój! – krzyknęła gospodyni. – Wejdź do środka! Z ulicy dobiegały krzyki, na podwórku szczekał pies. – Trzeba zadzwonić na policję – kobieta wyjęła telefon. – Polinka, nie trzeba. Sam się zajmę. Wygląda na miejscowych. – Jak chcesz się nimi zająć? – Po swojemu. Uspokój dziewczynę! Gospodarz wziął torbę, wyjął z lodówki butelkę i kawałek kiełbasy. Na podwórku pogłaskał psa, razem wyszli na ulicę. Do niego podbiegł Michał: – Oddawaj Irkę! – Masz, bierz i idź stąd! – Co tam jest? – spojrzał w torbę, uśmiechnął się, skinął głową koledze. – Chodź już, Nikita! *** – Tak! Mam na imię Polina Serhijówna – kobieta nastawiła wodę na herbatę. – Siadaj! Opowiedz, kim jesteś i co się stało. – Irina się nazywam – zaczęła dziewczyna, szczękając zębami. – Mieszkam na tej ulicy, ale na samym końcu. – Jesteś córką Kiry? – Tak. – Niedawno tu mieszkamy, ale o twojej matce już słyszeliśmy. Dziewczyna spuściła głowę i się rozpłakała. – Już, nie płacz! Kobieta podeszła, lekko przytuliła ją do piersi. Ten gest dla Iriny był czymś niezwykłym. Objęła gospodynię i rozpłakała się jeszcze mocniej. – Już, już! Wszystko dobrze! Zaraz napijemy się herbaty. Wszedł gospodarz domu: – Już! Przegoniłem ich. – A co z tą piękną dziewczyną? – zapytała Polina, uśmiechając się do Iriny. – Pogadamy jutro! Teraz herbatka i kąpiel. – Chcesz zjeść? – Polina postawiła przed gościem kubek herbaty i uśmiechnęła się. – Widzę, że chcesz. Na stole pojawiły się kanapki i resztki tortu. – Jedz, jedz! – uśmiechnął się też gospodarz, przyglądając się, jak dziewczyna patrzy na jedzenie. Nie dręczyli jej więcej pytaniami. I nawet nie zwracali uwagi, widząc jej onieśmielenie. Po kolacji Polina zaprowadziła gościa do łazienki: – Umyj się, załóż ten szlafrok! *** Irina chciała tylko jednego – by nie wyganiali jej dziś z domu. Jak przyjemnie leżeć w ciepłej kąpieli, gdy na dworze zimno. Ale należy wyjść – gospodarze czekają. Wyszła. Małżeństwo siedziało na sofie w pokoju. Dziewczyna nieśmiało się uśmiechnęła: – Dziękuję! – Irino – zaczęła gospodyni. – Nikt cię nie szuka. Do domu wracać nie masz ochoty. Irina spuściła głowę. – Jutro rano musimy wyjechać… – Rozumiem – dziewczyna opuściła głowę jeszcze niżej. – Zostaniesz sama. Nikomu nie otwieraj drzwi! Na podwórko nasz Dżek nikogo nie wpuści. Rozumiesz? – Tak! – zawołała Irina. – Możesz na nasz powrót ugotować barszcz – uśmiechnął się Olek Romanowicz. – Umiiesz? – Umieję – szybko odpowiedziała Irina, wciąż bojąc się, że ją wygonią. – Dobrze gotuję. I sprzątać potrafię. – Posprzątaj, jeśli nie ciężko – zgodziła się Polina Serhijówna. *** Obudziła się razem z gospodarzami. Leżała cicho w łóżku, wciąż się bojąc, że ją wygonią. Na podwórzu słychać było samochód, po chwili wszystko ucichło. Wstała. Umyła się. W kuchni gorący czajnik, na stole chleb, kiełbasa, ser, na blacie żeberka wieprzowe. Zjadła śniadanie. Posprzątała. Wszystko wytarła. Umyła podłogę. W korytarzu zobaczyła odkurzacz. Włączyła go i zaczęła sprzątać. Ledwie skończyła… – Co to ma znaczyć? – rozległ się głos zza pleców. Szybko się odwróciła. Przystojny chłopak około osiemnastu lat, w jego oczach ciekawość. – Sprzątam – wymamrotała Irina. – A pan kim jest? – No, no… – chłopak pokiwał głową i sięgnął po telefon. – Mamo, jestem w domu. A kto to jest? – Synku, niech ta dziewczyna trochę u nas pomieszka. – Mi to obojętne. Schował telefon do kieszeni. Oceniająco spojrzał na Irinę i poszedł do kuchni. – Zrobić panu herbatę? – zapytała dziewczyna. – Poradzę sobie. *** Irina schowała odkurzacz. Zaczęła wycierać kurz, wsłuchując się w każdy odgłos z kuchni. Chłopak zjadł śniadanie, poszedł do łazienki. Wyszedł stamtąd ogolony, pachniał wodą toaletową. – Ej, gospodaru, daj jeszcze flaszkę! – krzyki z ulicy. – Co to za hałas? – podszedł do okna chłopak. – Nie otwierajcie im! – przestraszona krzyknęła Irina. Chłopak z zaciekawieniem spojrzał na dziewczynę, uśmiechnął się i poszedł do wyjścia. Dziewczyna rzuciła się do okna. Przy płocie stali konkubent matki z kolegą, coś krzycząc. Irina była przerażona. Wyszli syn gospodarzy. Tamci rzucili się do niego. I nagle… padli w śnieg, obaj naraz. Chłopak coś do nich powiedział. Tamci wstali i, z opuszczonymi głowami, poszli w stronę domu matki. Chłopak wrócił. Spojrzał na zamarłą Irinę. Podszedł: – Przestraszyłaś się? Nie kontrolując się, przytuliła się do niego i zapłakała. – Jak masz na imię? – zapytał nagle. – Irina. – Ja – Ruslan. Nie płacz już. Oni nie wrócą. *** Ruslan poszedł na górę do swojego pokoju i do wieczora już nie wychodził. Irina ugotowała barszcz. Usiadła przy stole w kuchni i zamyśliła się. Chciałaby zostać tu z tymi cudownymi ludźmi, ale wiedziała, że przegięła ztemu gościnnością. Gospodarze wrócili. Polina Serhijówna pokręciła głową, widząc porządek. Olek Romanowicz docenił barszcz. – Ja chyba wrócę do domu – powiedziała Irina. – Dziękuję za wszystko! – Irina, zostań u nas jeszcze parę dni! – Dziękuję, Polino Serhijówno! Ja jednak pójdę do domu – powtórzyła dziewczyna. Zrobiła krok do drzwi i nagle się zawahała. Od wczoraj chodziła po domu w cudzym szlafroku i kapciach. – Chodź! – gospodyni wzięła ją za ramię i zaprowadziła do garderoby. Otworzyła szafę. Przez chwilę przeglądała rzeczy. Wyciągnęła jeansy, sweter, ciepłą kurtkę sportową. – Ubieraj się! Jesteśmy prawie tego samego wzrostu. – Nie trzeba… – Nie pójdziesz przecież do domu w cudzych ubraniach! Ubieraj się i już! Mnie nie zbiednieje. Ubierając się, zerknęła ukradkiem w lustro. Takich porządnych rzeczy nigdy nie miała. W korytarzu gospodyni założyła jej czapkę i zimowe buty. – Irino, noś na zdrowie! – Dziękuję wam, Polino Serhijówno! *** Życie wróciło na stare tory. A raczej, nie do końca stare. Mama znalazła pracę na fermie. Jej konkubent zniknął z kolegą. Nadeszła wiosna. Tego dnia siedziała w domu nad lekcjami, gdy ktoś zapukał do furtki. Irina spojrzała przez okno – nie wierzyła własnym oczom: przy płocie stał Ruslan. Przywołał ją gestem. Nie wyszła – wybiegła. – Cześć! – uśmiechnął się Ruslan. – Witam! – Mama cię wołała. *** Weszła do domu, w którym spędziła najszczęśliwszy dzień. – Cześć, Irino! – przywitała ją Polina i przytuliła. – Dzień dobry, Polino Serhijówno! – Chodź! Napijemy się herbaty! Gospodyni usadziła ją, nalała herbaty. Usiadła naprzeciwko. – Mam do ciebie sprawę. Z mężem lecimy na miesiąc do Turcji – przemknął jej cień marzenia na twarzy. – Syn rzadko bywa w domu. Mogłabyś popilnować domu? Trzeba karmić Dżeka i kota. Podlewać kwiaty. Mam ich mnóstwo. – Oczywiście, Polino Serhijówno! – Świetnie – podała jej pieniądze – Dwadzieścia tysięcy. – Po co? – Bierz! My nie zbiedniejemy. Chodź, wszystko ci pokażę! Irina dokładnie zapamiętała, gdzie stoją doniczki i skrzynki z kwiatami, gdzie jest karma dla kota i mięso dla psa. Wtedy Polina zawołała: – Ruslan! – syn natychmiast wyszedł ze swojego pokoju. – Poznaj Irinę z Dżekiem! – Chodź! – chłopak delikatnie położył rękę na jej ramieniu. Wyszli na podwórko, odpięli Dżeka i poszli na spacer. Całą drogę Ruslan opowiadał o studiach, o karate, o rodzinnym biznesie. A Irina myślała o czymś innym. Wiedziała, że między nią a Ruslanem jest taka sama przepaść, jak między jej mamą a rodzicami Ruslana. Są dobrzy i mili, ale życie bliżej do prawdy niż do bajki o Kopciuszku. „Za dwa miesiące zdam egzaminy do kolegium, na pewno zdam. Będę się uczyć, pracować, walczyć, ale zostanę człowiekiem. Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Może i jest wspaniały w każdym względzie, ale to nie mój! Jestem wdzięczna Polinie Serhijównie za ubrania i te dwadzieścia tysięcy. Przynajmniej na początek w mieście starczy”. Gdzieś głęboko Irina poczuła: właśnie teraz, w tej chwili, kończy się jej trudne dzieciństwo. I zaczyna dorosłe życie – nie mniej trudne, ale już zależne tylko od niej. Doszła do domu. Pogłaskała Dżeka po szyi, uśmiechnęła się do Ruslana i poszła do siebie. Jutro zacznie się jej praca w tym domu. Tylko praca – i nic więcej!

Zamąż pójdę, ale tylko nie za tego przystojniaka. Tak, to porządny chłopak, można powiedzieć idealny. Ale nie dla mnie.

Znowu mama wróciła z konkubentem i jeszcze z jakimś obcym facetem. Już lekko wstawieni, siadłam w kącie za szafką.

Nie ma gdzie się schować. Na dworze już śnieg. Mam dosyć tego wszystkiego. W czerwcu skończę dziewięć klas i pojadę do miasta. Dostanę się do pedagogicznego na nauczycielkę. Miasto niby blisko, tylko dziesięć kilometrów, ale i tak będę mieszkać w internacie.

Na kuchni zrobiło się gwarno. Coś bulgotało przy nalewaniu do szklanek, zapach kiełbasy wypełnił mieszkanie. Przełknęłam ślinę niechcący.

Poczekaj, Klaudia! odezwała się mama.

Co się zgrywasz?

Przecież jesteście we dwóch

Nie pierwszy raz we dwóch rzucił Marek, konkubent mamy.

Usłyszałam brzęk tłuczonego szkła i szuranie. Bartosz wtuliłam się mocniej w kąt. Nagle wszystko ucichło.

Słuchaj, Paweł, ona chyba śpi powiedział Marek.

Mówiłeś, fajna dziewczyna, a mi coś do niej nie ciągnie

Przecież ona ma córkę

Jaką córkę?

Klaudia, już dorosła. Pewnie w pokoju się schowała.

Przynieś ją tutaj zaśmiał się radośnie Paweł.

Klaudia, gdzie jesteś? wszedł Marek do pokoju, spojrzał na mnie z nieprzyjemnym uśmiechem. Chodź, posiedzisz z nami!

Dobrze mi tu.

Czego się wstydzisz? próbował objąć mnie Marek.

Chwyciłam wazon ze szafki i z rozmachem walnęłam go w głowę konkubenta mamy. Zabrzęczało szkło, wyrwałam się i wybiegłam z pokoju.

Łap ją! wrzasnął Marek.

Byłam już przy drzwiach wejściowych, nie miałam czasu nawet się ubrać w samych skarpetkach, starych spodenkach i koszulce wybiegłam na zewnątrz.

Za mną pobiegli mężczyźni. Ulica w wiosce pusta, wieczorem i śnieg. Gdzie biec? Za mną tylko wrzaski. Obok dużego domu, przed którym przebiegałam, nagle rozległo się szczekanie psa. Później czyjś głos uciszający psa.

Podbiegłam do bramki i mocno zapukałam. Drzwi otworzył mężczyzna, około czterdziestki.

Pomóż mi! wyszeptałam błagalnie patrząc mu w oczy.

Wchodź! chwycił mnie za rękę, wciągnął do środka.

Kuba, kto tam? wyszła kobieta do przedpokoju.

Tu dziewczyna, skinął na mnie głową. Jacyś mężczyźni ją gonią.

Szybko, do środka! kobieta złapała mnie za rękę. Opowiesz wszystko później.

Klaudia, wyjdź, albo będzie źle! krzyknął Marek z podwórka.

Kuba, nie mieszaj się w to! wrzasnęła gospodyni. Zamykaj drzwi!

Na zewnątrz słychać było krzyki i szczekanie psa.
Trzeba zadzwonić na policję kobieta wyciągnęła telefon.

Paulina, daj spokój. Zaraz ich sam pogonię. To pewnie miejscowi.

I jak chcesz ich pogonić?

Po dobroci. Uspokój dziewczynę!

Gospodarz podszedł do lodówki, wziął torbę, włożył tam butelkę i kawałek kiełbasy.

Na podwórku pogładził psa i razem wyszli przed dom. Marek rzucił się do niego:
Oddawaj Klaudię!

Masz, weź to i zmywaj się stąd!

Paweł zerknął do torby, uśmiechnął się. Pokiwał głową do kolegi Poszli, Marek!
***
Tak, nazywam się Paulina Kowalska postawiła czajnik na kuchence. Siadaj, opowiadaj, kim jesteś i co się stało.

Jestem Klaudia zaczęłam cicho, zęby szczękały mi z zimna. Mieszkam na tej ulicy, ale na jej końcu.

Córka Kingi?

Tak.

Dopiero się tu przeprowadziliśmy, ale o twojej mamie już słyszeliśmy.
Opadłam z sił i rozpłakałam się.

Dobra, nie płacz już!
Paulina objęła mnie lekko, przytuliła do piersi. Ten gest był dla mnie czymś bardzo niezwykłym, objęłam ją mocniej, rozpłakałam się jeszcze bardziej.

Już dobrze, już! Zaraz napijemy się herbaty.
Gospodarz wrócił do domu:

Wypędziłem ich.

I co z tą uroczą dziewczyną robimy? Paulina spojrzała z uśmiechem na mnie.

Pogadamy jutro! Teraz herbata i do wanny z nią.

Głodna? Paulina podała mi kubek herbaty. Uśmiechnęła się. Widzę przecież, że tak.

Na stole pojawiły się kanapki i resztki tortu.

Jedz, jedz! uśmiechnął się Kuba, patrząc jak pożeram jedzenie.

Już nikt mnie nie wypytywał. I mało kto zwracał na mnie uwagę, widzieli że się krępuję.

Po kolacji Paulina zaprowadziła mnie do łazienki:

Umyj się, weź ten szlafrok!
***
Chciałam tylko, żeby nie wyrzucili mnie tej nocy na ulicę. Jak miło leżeć w ciepłej wannie Teraz na zewnątrz tak zimno. Ale czas wyjść, gospodarze czekają.

Wyszedłam. Kuba z Pauliną siedzieli w salonie. Spojrzałam nieśmiało:
Dziękuję

Słuchaj, Klaudio zaczęła Paulina Nikt cię raczej szukać nie będzie. Do domu wracać nie chcesz.

Spuściłam głowę.

Jutro rano jedziemy do pracy…

Rozumiem schyliłam głowę jeszcze niżej.

Zostaniesz sama. Żadnych obcych nie wpuszczaj! Na podwórko nasz Bazyl nikogo nie wpuści. Wiesz?

Tak! niemal wykrzyknęłam.

Możesz zrobić barszcz na obiad uśmiechnął się Kuba. Potrafisz?

Potrafię! powiedziałam szybko, żeby nie pomyśleli, że mnie wyrzucą. Dobrze gotuję. I posprzątać też mogę.

Wiesz co, posprzątaj na dole jak możesz zgodziła się Paulina.

***
Obudziłam się razem z gospodarzami. Udawałam, że śpię, bałam się że mnie wyrzucą. Po chwili wrzawa w podwórzu ucichła, ruszyli do pracy.

Wstałam, umyłam się. W kuchni czajnik, na stole chleb, kiełbasa, ser. Na blacie wieprzowe żeberka.

Zjadłam, posprzątałam talerze. Przetarłam wszystko. Umyłam podłogę.

W korytarzu zobaczyłam odkurzacz. Włączyłam go i zaczęłam odkurzać.

Ledwo skończyłam…
Co tu się wyprawia? usłyszałam głos za plecami.

Szybko się obróciłam. Wysoki, przystojny chłopak, osiemnaście lat, w ciemnych oczach zainteresowanie.

Sprzątam, wymamrotałam. A pan kto?

No proszę, pokręcił głową, wyjął telefon z kieszeni.

Mamo, już jestem. A kto tu jest?

Synku, niech ta dziewczyna zostanie u nas trochę.

Jak wolisz.
Schował telefon, spojrzał na mnie z góry na dół i poszedł do kuchni.

Zrobić panu herbatę? spytałam.

Sam sobie zrobię.
***
Odłożyłam odkurzacz. Zabrałam się za ścieranie kurzu, nasłuchując każdego dźwięku z kuchni.

Chłopak zjadł śniadanie, poszedł do łazienki.
Wyszedł ogolony, pachnący wodą po goleniu.

Ej, gospodarz, daj jeszcze jedną flaszkę! krzyczał ktoś z podwórka.

Co to za jedni? podszedł do okna.

Nie otwieraj im! wykrztusiłam przerażona.

Spojrzał na mnie z zaciekawieniem, uśmiechnął się nie wiadomo czemu, podszedł do drzwi.

Podbiegłam do okna. Pod płotem stał Marek z kolegą i wrzeszczeli coś. Przestraszyłam się jeszcze bardziej.

Chłopak wyszedł. Oni się na niego rzucili. I nagle… padli w śnieg. Wydało mi się, że obaj jednocześnie. Chłopak coś do nich powiedział, wstali i z opuszczonymi głowami odeszli w stronę domu mamy.

***
Chłopak wrócił do domu, spojrzał na mnie, podszedł:
Co, przestraszyłaś się?

Nie myśląc, wtuliłam się w jego klatkę i rozpłakałam się.

Jak ci na imię? zapytał.

Klaudia.

Ja jestem Damian. Nie płacz, nie wrócą już.

***
Damian poszedł na górę do swojego pokoju i do wieczora nie wychodził. Ugotowałam barszcz. Usiadłam przy stole w kuchni, zadumałam się.

Och, jak chciałoby się zostać z tymi cudownymi ludźmi, ale wiedziałam, że już i tak przekroczyłam granicę przyzwoitości.

Wrócili gospodarze. Paulina była zdziwiona porządkiem. Kuba pochwalił barszcz.

Chyba już pójdę do domu powiedziałam zrezygnowana. Dziękuję wam za wszystko!

Klaudia, zostań u nas parę dni.

Dziękuję, Paulino! Ale muszę iść do domu powtórzyłam.

Zrobiłam krok do drzwi i zatrzymałam się. Od wczoraj chodziłam w cudzym szlafroku i kapciach.

Chodź! Paulina wzięła mnie za ramię, poprowadziła do garderoby.

Otworzyła szafę, długo przeglądała ubrania. Wyciągnęła dżinsy, sweter, ciepłą kurtkę sportową.

Przymierz! Jesteśmy w podobnym rozmiarze.

Ale to niepotrzebne…

Nie będziesz wracać goła. Przebieraj się, nie zbiednieję!

Założyłam wszystko. Ukradkiem zerknęłam w lustro. Takich ładnych ciuchów jeszcze nie miałam.

W korytarzu dostałam czapkę i zimowe buty.

Klaudia, noś w zdrowiu!

Dziękuję serdecznie, Paulino!

***
Życie wróciło na stare tory. Chociaż trochę inne. Mama znalazła pracę w gospodarstwie. Jej konkubent zniknął z kolegą.

Nadeszła wiosna. Siedziałam w domu przy lekcjach. Ktoś zapukał do furtki. Spojrzałam przez okno i nie uwierzyłam: przed płotem stał Damian. Kiwnął głową: wyjdź!

Nie wyszłam… Wyskoczyłam!

Cześć! uśmiechnął się Damian.

Witaj!

Mama chciała cię zaprosić.

***
Weszłam do domu, gdzie spędziłam tak szczęśliwy dzień.

Witaj, Klaudio! Paulina przywitała mnie na progu, objęła.

Witam, Paulino!

Chodź, napijemy się herbaty!
Usadziła mnie, nalała herbaty. Przysiadła się.

Słuchaj, mam sprawę. Lecimy z mężem do Turcji na miesiąc rozmarzyła się lekko. Syn rzadko bywa w domu. Może zostałabyś, żeby doglądać domu? Bazyla musisz karmić, kota też. Podlewać kwiaty. Mam ich mnóstwo.

Oczywiście, Paulina!

No i świetnie wyciągnęła portfel. Tu masz dwa tysiące złotych.

Ale Paulino, nie trzeba!

Bierz! Przeżyjemy bez tego. Zaraz ci pokażę, co i gdzie.

Uważnie zapamiętywałam wszystko gdzie są kwiaty, gdzie karma dla kota, gdzie mięso dla psa. Paulina zawołała:

Damian! syn zaraz przyszedł z pokoju. Pokaż Klaudii Bazyla!

Chodź! lekko położył mi rękę na ramieniu.

Wyszliśmy na podwórko, odpięliśmy Bazyla i poszliśmy na spacer.
Damian cały czas opowiadał o studiach, karate, rodzinnym interesie.

Ja myślałam o czymś innym. Zrozumiałam jasno, że między mną i Damianem jest taka przepaść, jak między moją mamą a jego rodzicami. Są dobrzy i mili, ale to nie bajka o Kopciuszku, tylko życie.

Za dwa miesiące zdaję egzaminy do szkoły, zdam na pewno. Chcę się uczyć, pracować, starać, żeby stać się kimś. Wyjdę za mąż, ale tylko nie za tego przystojniaka. Tak, Damian jest świetny w każdym calu. Ale to nie moja bajka!

Dziękuję Paulinie za ubrania i te dwa tysiące złotych. Przynajmniej przetrwam pierwszy czas w mieście.

Miałam takie niejasne przeczucie, że właśnie w tej chwili skończyło się moje trudne dzieciństwo. Teraz zacznie się dorosłe życie może niełatwiejsze, ale wszystko zależeć będzie ode mnie.

Doszliśmy do domu. Pogłaskałam Bazyla, uśmiechnęłam się do Damiana i ruszyłam do siebie. Jutro zaczynam pracę w tym domu. Po prostu pracę i tyle.

Dziś wiem, że trzeba ufać sobie i iść swoją drogą, nie oglądając się na innych.

Rate article
Fajna Tajna
Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Tak, jest wspaniałym chłopakiem pod każdym względem, ale to nie mój „Znowu mama przyszła z konkubentem, a jeszcze z jakimś facetem. Już podchmieleni – Irina usiadła w kącie za szafką. – I nie ma gdzie się schować, na dworze już śnieg leży. Mam już tego wszystkiego dosyć. Latem skończę dziewięć klas i wyjadę do miasta. Pójdę do pedagogicznego kolegium i zostanę nauczycielką. Choć do miasta tylko dziesięć kilometrów, to i tak będę mieszkać w akademiku”. Mama z gośćmi zasiedli w kuchni. Słychać bulgotanie przy nalewaniu alkoholu, rozszedł się zapach kiełbasy. Dziewczyna mimowolnie przełknęła ślinę. – Poczekaj, ty! – rozległ się głos matki. – Co się krygujesz? – Was dwóch… – Jakbyś pierwszy raz była z dwoma – zachichotał Michał, konkubent matki. Zabrzęczało stłuczone naczynie. Szuranie, sapanie. Irina mocniej wcisnęła się w kąt. Hałas ucichł niespodziewanie. – Słuchaj, Nikita, ona śpi – odezwał się konkubent. – Sam mówiłeś, fajna dziewczyna, a coś mnie do niej ciągnie… – Przecież ona ma córkę… – Jaką córkę? – Irkę, już wyrosła. Pewnie schowała się w pokoju. – Przyciągnij ją tu! – rozległ się radosny głos Nikity. – Irka, gdzie jesteś? – wszedł do pokoju konkubent, zobaczył Irinę, uśmiechnął się nieprzyjemnie. – Chodź, posiedź z nami! – Tutaj mi dobrze. – Co się wstydzisz? – Michał próbował ją objąć. Irina złapała wazon stojący na szafce i zamaszyście uderzyła nim konkubenta matki w głowę. Zabrzęczało szkło. Irina wyrwała się i wybiegła z pokoju. – Łap ją! – krzyknął Michał. Ale dziewczyna była już przy drzwiach. Na zakładanie butów nie było czasu, więc wybiegła w samych skarpetkach, w starych szortach i koszulce na śnieg. Za nią wybiegli mężczyźni. Wieczorna ulica w miasteczku była pusta. Gdzie biec nocą po śniegu? Słychać było pogonię z tyłu. Przy wielkim domu, obok którego przebiegała, zawarczał pies. Potem czyjś głos go uciszył. Irina podbiegła do bramy i zaczęła pukać. Drzwi otworzył mężczyzna około czterdziestki. – Pomóżcie mi! – powiedziała cicho, błagalnie patrząc na mężczyznę. – Wchodź! – pociągnął ją za rękę i zamknął drzwi. – Olek, kto tam? – na ganek wyszła kobieta. – No i widzisz – kiwnął w stronę dziewczyny. – Gonią ją jacyś mężczyźni. – Szybko do domu! – kobieta złapała Irinę za rękę. – Wszystko opowiesz. – Irka, wyjdź łagodnie! – rozległ się głos Michała. – Olek, daj spokój! – krzyknęła gospodyni. – Wejdź do środka! Z ulicy dobiegały krzyki, na podwórku szczekał pies. – Trzeba zadzwonić na policję – kobieta wyjęła telefon. – Polinka, nie trzeba. Sam się zajmę. Wygląda na miejscowych. – Jak chcesz się nimi zająć? – Po swojemu. Uspokój dziewczynę! Gospodarz wziął torbę, wyjął z lodówki butelkę i kawałek kiełbasy. Na podwórku pogłaskał psa, razem wyszli na ulicę. Do niego podbiegł Michał: – Oddawaj Irkę! – Masz, bierz i idź stąd! – Co tam jest? – spojrzał w torbę, uśmiechnął się, skinął głową koledze. – Chodź już, Nikita! *** – Tak! Mam na imię Polina Serhijówna – kobieta nastawiła wodę na herbatę. – Siadaj! Opowiedz, kim jesteś i co się stało. – Irina się nazywam – zaczęła dziewczyna, szczękając zębami. – Mieszkam na tej ulicy, ale na samym końcu. – Jesteś córką Kiry? – Tak. – Niedawno tu mieszkamy, ale o twojej matce już słyszeliśmy. Dziewczyna spuściła głowę i się rozpłakała. – Już, nie płacz! Kobieta podeszła, lekko przytuliła ją do piersi. Ten gest dla Iriny był czymś niezwykłym. Objęła gospodynię i rozpłakała się jeszcze mocniej. – Już, już! Wszystko dobrze! Zaraz napijemy się herbaty. Wszedł gospodarz domu: – Już! Przegoniłem ich. – A co z tą piękną dziewczyną? – zapytała Polina, uśmiechając się do Iriny. – Pogadamy jutro! Teraz herbatka i kąpiel. – Chcesz zjeść? – Polina postawiła przed gościem kubek herbaty i uśmiechnęła się. – Widzę, że chcesz. Na stole pojawiły się kanapki i resztki tortu. – Jedz, jedz! – uśmiechnął się też gospodarz, przyglądając się, jak dziewczyna patrzy na jedzenie. Nie dręczyli jej więcej pytaniami. I nawet nie zwracali uwagi, widząc jej onieśmielenie. Po kolacji Polina zaprowadziła gościa do łazienki: – Umyj się, załóż ten szlafrok! *** Irina chciała tylko jednego – by nie wyganiali jej dziś z domu. Jak przyjemnie leżeć w ciepłej kąpieli, gdy na dworze zimno. Ale należy wyjść – gospodarze czekają. Wyszła. Małżeństwo siedziało na sofie w pokoju. Dziewczyna nieśmiało się uśmiechnęła: – Dziękuję! – Irino – zaczęła gospodyni. – Nikt cię nie szuka. Do domu wracać nie masz ochoty. Irina spuściła głowę. – Jutro rano musimy wyjechać… – Rozumiem – dziewczyna opuściła głowę jeszcze niżej. – Zostaniesz sama. Nikomu nie otwieraj drzwi! Na podwórko nasz Dżek nikogo nie wpuści. Rozumiesz? – Tak! – zawołała Irina. – Możesz na nasz powrót ugotować barszcz – uśmiechnął się Olek Romanowicz. – Umiiesz? – Umieję – szybko odpowiedziała Irina, wciąż bojąc się, że ją wygonią. – Dobrze gotuję. I sprzątać potrafię. – Posprzątaj, jeśli nie ciężko – zgodziła się Polina Serhijówna. *** Obudziła się razem z gospodarzami. Leżała cicho w łóżku, wciąż się bojąc, że ją wygonią. Na podwórzu słychać było samochód, po chwili wszystko ucichło. Wstała. Umyła się. W kuchni gorący czajnik, na stole chleb, kiełbasa, ser, na blacie żeberka wieprzowe. Zjadła śniadanie. Posprzątała. Wszystko wytarła. Umyła podłogę. W korytarzu zobaczyła odkurzacz. Włączyła go i zaczęła sprzątać. Ledwie skończyła… – Co to ma znaczyć? – rozległ się głos zza pleców. Szybko się odwróciła. Przystojny chłopak około osiemnastu lat, w jego oczach ciekawość. – Sprzątam – wymamrotała Irina. – A pan kim jest? – No, no… – chłopak pokiwał głową i sięgnął po telefon. – Mamo, jestem w domu. A kto to jest? – Synku, niech ta dziewczyna trochę u nas pomieszka. – Mi to obojętne. Schował telefon do kieszeni. Oceniająco spojrzał na Irinę i poszedł do kuchni. – Zrobić panu herbatę? – zapytała dziewczyna. – Poradzę sobie. *** Irina schowała odkurzacz. Zaczęła wycierać kurz, wsłuchując się w każdy odgłos z kuchni. Chłopak zjadł śniadanie, poszedł do łazienki. Wyszedł stamtąd ogolony, pachniał wodą toaletową. – Ej, gospodaru, daj jeszcze flaszkę! – krzyki z ulicy. – Co to za hałas? – podszedł do okna chłopak. – Nie otwierajcie im! – przestraszona krzyknęła Irina. Chłopak z zaciekawieniem spojrzał na dziewczynę, uśmiechnął się i poszedł do wyjścia. Dziewczyna rzuciła się do okna. Przy płocie stali konkubent matki z kolegą, coś krzycząc. Irina była przerażona. Wyszli syn gospodarzy. Tamci rzucili się do niego. I nagle… padli w śnieg, obaj naraz. Chłopak coś do nich powiedział. Tamci wstali i, z opuszczonymi głowami, poszli w stronę domu matki. Chłopak wrócił. Spojrzał na zamarłą Irinę. Podszedł: – Przestraszyłaś się? Nie kontrolując się, przytuliła się do niego i zapłakała. – Jak masz na imię? – zapytał nagle. – Irina. – Ja – Ruslan. Nie płacz już. Oni nie wrócą. *** Ruslan poszedł na górę do swojego pokoju i do wieczora już nie wychodził. Irina ugotowała barszcz. Usiadła przy stole w kuchni i zamyśliła się. Chciałaby zostać tu z tymi cudownymi ludźmi, ale wiedziała, że przegięła ztemu gościnnością. Gospodarze wrócili. Polina Serhijówna pokręciła głową, widząc porządek. Olek Romanowicz docenił barszcz. – Ja chyba wrócę do domu – powiedziała Irina. – Dziękuję za wszystko! – Irina, zostań u nas jeszcze parę dni! – Dziękuję, Polino Serhijówno! Ja jednak pójdę do domu – powtórzyła dziewczyna. Zrobiła krok do drzwi i nagle się zawahała. Od wczoraj chodziła po domu w cudzym szlafroku i kapciach. – Chodź! – gospodyni wzięła ją za ramię i zaprowadziła do garderoby. Otworzyła szafę. Przez chwilę przeglądała rzeczy. Wyciągnęła jeansy, sweter, ciepłą kurtkę sportową. – Ubieraj się! Jesteśmy prawie tego samego wzrostu. – Nie trzeba… – Nie pójdziesz przecież do domu w cudzych ubraniach! Ubieraj się i już! Mnie nie zbiednieje. Ubierając się, zerknęła ukradkiem w lustro. Takich porządnych rzeczy nigdy nie miała. W korytarzu gospodyni założyła jej czapkę i zimowe buty. – Irino, noś na zdrowie! – Dziękuję wam, Polino Serhijówno! *** Życie wróciło na stare tory. A raczej, nie do końca stare. Mama znalazła pracę na fermie. Jej konkubent zniknął z kolegą. Nadeszła wiosna. Tego dnia siedziała w domu nad lekcjami, gdy ktoś zapukał do furtki. Irina spojrzała przez okno – nie wierzyła własnym oczom: przy płocie stał Ruslan. Przywołał ją gestem. Nie wyszła – wybiegła. – Cześć! – uśmiechnął się Ruslan. – Witam! – Mama cię wołała. *** Weszła do domu, w którym spędziła najszczęśliwszy dzień. – Cześć, Irino! – przywitała ją Polina i przytuliła. – Dzień dobry, Polino Serhijówno! – Chodź! Napijemy się herbaty! Gospodyni usadziła ją, nalała herbaty. Usiadła naprzeciwko. – Mam do ciebie sprawę. Z mężem lecimy na miesiąc do Turcji – przemknął jej cień marzenia na twarzy. – Syn rzadko bywa w domu. Mogłabyś popilnować domu? Trzeba karmić Dżeka i kota. Podlewać kwiaty. Mam ich mnóstwo. – Oczywiście, Polino Serhijówno! – Świetnie – podała jej pieniądze – Dwadzieścia tysięcy. – Po co? – Bierz! My nie zbiedniejemy. Chodź, wszystko ci pokażę! Irina dokładnie zapamiętała, gdzie stoją doniczki i skrzynki z kwiatami, gdzie jest karma dla kota i mięso dla psa. Wtedy Polina zawołała: – Ruslan! – syn natychmiast wyszedł ze swojego pokoju. – Poznaj Irinę z Dżekiem! – Chodź! – chłopak delikatnie położył rękę na jej ramieniu. Wyszli na podwórko, odpięli Dżeka i poszli na spacer. Całą drogę Ruslan opowiadał o studiach, o karate, o rodzinnym biznesie. A Irina myślała o czymś innym. Wiedziała, że między nią a Ruslanem jest taka sama przepaść, jak między jej mamą a rodzicami Ruslana. Są dobrzy i mili, ale życie bliżej do prawdy niż do bajki o Kopciuszku. „Za dwa miesiące zdam egzaminy do kolegium, na pewno zdam. Będę się uczyć, pracować, walczyć, ale zostanę człowiekiem. Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Może i jest wspaniały w każdym względzie, ale to nie mój! Jestem wdzięczna Polinie Serhijównie za ubrania i te dwadzieścia tysięcy. Przynajmniej na początek w mieście starczy”. Gdzieś głęboko Irina poczuła: właśnie teraz, w tej chwili, kończy się jej trudne dzieciństwo. I zaczyna dorosłe życie – nie mniej trudne, ale już zależne tylko od niej. Doszła do domu. Pogłaskała Dżeka po szyi, uśmiechnęła się do Ruslana i poszła do siebie. Jutro zacznie się jej praca w tym domu. Tylko praca – i nic więcej!