Zamąż pójdę, ale tylko nie za tego przystojniaka. Tak, to porządny chłopak, można powiedzieć idealny. Ale nie dla mnie.
Znowu mama wróciła z konkubentem i jeszcze z jakimś obcym facetem. Już lekko wstawieni, siadłam w kącie za szafką.
Nie ma gdzie się schować. Na dworze już śnieg. Mam dosyć tego wszystkiego. W czerwcu skończę dziewięć klas i pojadę do miasta. Dostanę się do pedagogicznego na nauczycielkę. Miasto niby blisko, tylko dziesięć kilometrów, ale i tak będę mieszkać w internacie.
Na kuchni zrobiło się gwarno. Coś bulgotało przy nalewaniu do szklanek, zapach kiełbasy wypełnił mieszkanie. Przełknęłam ślinę niechcący.
Poczekaj, Klaudia! odezwała się mama.
Co się zgrywasz?
Przecież jesteście we dwóch
Nie pierwszy raz we dwóch rzucił Marek, konkubent mamy.
Usłyszałam brzęk tłuczonego szkła i szuranie. Bartosz wtuliłam się mocniej w kąt. Nagle wszystko ucichło.
Słuchaj, Paweł, ona chyba śpi powiedział Marek.
Mówiłeś, fajna dziewczyna, a mi coś do niej nie ciągnie
Przecież ona ma córkę
Jaką córkę?
Klaudia, już dorosła. Pewnie w pokoju się schowała.
Przynieś ją tutaj zaśmiał się radośnie Paweł.
Klaudia, gdzie jesteś? wszedł Marek do pokoju, spojrzał na mnie z nieprzyjemnym uśmiechem. Chodź, posiedzisz z nami!
Dobrze mi tu.
Czego się wstydzisz? próbował objąć mnie Marek.
Chwyciłam wazon ze szafki i z rozmachem walnęłam go w głowę konkubenta mamy. Zabrzęczało szkło, wyrwałam się i wybiegłam z pokoju.
Łap ją! wrzasnął Marek.
Byłam już przy drzwiach wejściowych, nie miałam czasu nawet się ubrać w samych skarpetkach, starych spodenkach i koszulce wybiegłam na zewnątrz.
Za mną pobiegli mężczyźni. Ulica w wiosce pusta, wieczorem i śnieg. Gdzie biec? Za mną tylko wrzaski. Obok dużego domu, przed którym przebiegałam, nagle rozległo się szczekanie psa. Później czyjś głos uciszający psa.
Podbiegłam do bramki i mocno zapukałam. Drzwi otworzył mężczyzna, około czterdziestki.
Pomóż mi! wyszeptałam błagalnie patrząc mu w oczy.
Wchodź! chwycił mnie za rękę, wciągnął do środka.
Kuba, kto tam? wyszła kobieta do przedpokoju.
Tu dziewczyna, skinął na mnie głową. Jacyś mężczyźni ją gonią.
Szybko, do środka! kobieta złapała mnie za rękę. Opowiesz wszystko później.
Klaudia, wyjdź, albo będzie źle! krzyknął Marek z podwórka.
Kuba, nie mieszaj się w to! wrzasnęła gospodyni. Zamykaj drzwi!
Na zewnątrz słychać było krzyki i szczekanie psa.
Trzeba zadzwonić na policję kobieta wyciągnęła telefon.
Paulina, daj spokój. Zaraz ich sam pogonię. To pewnie miejscowi.
I jak chcesz ich pogonić?
Po dobroci. Uspokój dziewczynę!
Gospodarz podszedł do lodówki, wziął torbę, włożył tam butelkę i kawałek kiełbasy.
Na podwórku pogładził psa i razem wyszli przed dom. Marek rzucił się do niego:
Oddawaj Klaudię!
Masz, weź to i zmywaj się stąd!
Paweł zerknął do torby, uśmiechnął się. Pokiwał głową do kolegi Poszli, Marek!
***
Tak, nazywam się Paulina Kowalska postawiła czajnik na kuchence. Siadaj, opowiadaj, kim jesteś i co się stało.
Jestem Klaudia zaczęłam cicho, zęby szczękały mi z zimna. Mieszkam na tej ulicy, ale na jej końcu.
Córka Kingi?
Tak.
Dopiero się tu przeprowadziliśmy, ale o twojej mamie już słyszeliśmy.
Opadłam z sił i rozpłakałam się.
Dobra, nie płacz już!
Paulina objęła mnie lekko, przytuliła do piersi. Ten gest był dla mnie czymś bardzo niezwykłym, objęłam ją mocniej, rozpłakałam się jeszcze bardziej.
Już dobrze, już! Zaraz napijemy się herbaty.
Gospodarz wrócił do domu:
Wypędziłem ich.
I co z tą uroczą dziewczyną robimy? Paulina spojrzała z uśmiechem na mnie.
Pogadamy jutro! Teraz herbata i do wanny z nią.
Głodna? Paulina podała mi kubek herbaty. Uśmiechnęła się. Widzę przecież, że tak.
Na stole pojawiły się kanapki i resztki tortu.
Jedz, jedz! uśmiechnął się Kuba, patrząc jak pożeram jedzenie.
Już nikt mnie nie wypytywał. I mało kto zwracał na mnie uwagę, widzieli że się krępuję.
Po kolacji Paulina zaprowadziła mnie do łazienki:
Umyj się, weź ten szlafrok!
***
Chciałam tylko, żeby nie wyrzucili mnie tej nocy na ulicę. Jak miło leżeć w ciepłej wannie Teraz na zewnątrz tak zimno. Ale czas wyjść, gospodarze czekają.
Wyszedłam. Kuba z Pauliną siedzieli w salonie. Spojrzałam nieśmiało:
Dziękuję
Słuchaj, Klaudio zaczęła Paulina Nikt cię raczej szukać nie będzie. Do domu wracać nie chcesz.
Spuściłam głowę.
Jutro rano jedziemy do pracy…
Rozumiem schyliłam głowę jeszcze niżej.
Zostaniesz sama. Żadnych obcych nie wpuszczaj! Na podwórko nasz Bazyl nikogo nie wpuści. Wiesz?
Tak! niemal wykrzyknęłam.
Możesz zrobić barszcz na obiad uśmiechnął się Kuba. Potrafisz?
Potrafię! powiedziałam szybko, żeby nie pomyśleli, że mnie wyrzucą. Dobrze gotuję. I posprzątać też mogę.
Wiesz co, posprzątaj na dole jak możesz zgodziła się Paulina.
***
Obudziłam się razem z gospodarzami. Udawałam, że śpię, bałam się że mnie wyrzucą. Po chwili wrzawa w podwórzu ucichła, ruszyli do pracy.
Wstałam, umyłam się. W kuchni czajnik, na stole chleb, kiełbasa, ser. Na blacie wieprzowe żeberka.
Zjadłam, posprzątałam talerze. Przetarłam wszystko. Umyłam podłogę.
W korytarzu zobaczyłam odkurzacz. Włączyłam go i zaczęłam odkurzać.
Ledwo skończyłam…
Co tu się wyprawia? usłyszałam głos za plecami.
Szybko się obróciłam. Wysoki, przystojny chłopak, osiemnaście lat, w ciemnych oczach zainteresowanie.
Sprzątam, wymamrotałam. A pan kto?
No proszę, pokręcił głową, wyjął telefon z kieszeni.
Mamo, już jestem. A kto tu jest?
Synku, niech ta dziewczyna zostanie u nas trochę.
Jak wolisz.
Schował telefon, spojrzał na mnie z góry na dół i poszedł do kuchni.
Zrobić panu herbatę? spytałam.
Sam sobie zrobię.
***
Odłożyłam odkurzacz. Zabrałam się za ścieranie kurzu, nasłuchując każdego dźwięku z kuchni.
Chłopak zjadł śniadanie, poszedł do łazienki.
Wyszedł ogolony, pachnący wodą po goleniu.
Ej, gospodarz, daj jeszcze jedną flaszkę! krzyczał ktoś z podwórka.
Co to za jedni? podszedł do okna.
Nie otwieraj im! wykrztusiłam przerażona.
Spojrzał na mnie z zaciekawieniem, uśmiechnął się nie wiadomo czemu, podszedł do drzwi.
Podbiegłam do okna. Pod płotem stał Marek z kolegą i wrzeszczeli coś. Przestraszyłam się jeszcze bardziej.
Chłopak wyszedł. Oni się na niego rzucili. I nagle… padli w śnieg. Wydało mi się, że obaj jednocześnie. Chłopak coś do nich powiedział, wstali i z opuszczonymi głowami odeszli w stronę domu mamy.
***
Chłopak wrócił do domu, spojrzał na mnie, podszedł:
Co, przestraszyłaś się?
Nie myśląc, wtuliłam się w jego klatkę i rozpłakałam się.
Jak ci na imię? zapytał.
Klaudia.
Ja jestem Damian. Nie płacz, nie wrócą już.
***
Damian poszedł na górę do swojego pokoju i do wieczora nie wychodził. Ugotowałam barszcz. Usiadłam przy stole w kuchni, zadumałam się.
Och, jak chciałoby się zostać z tymi cudownymi ludźmi, ale wiedziałam, że już i tak przekroczyłam granicę przyzwoitości.
Wrócili gospodarze. Paulina była zdziwiona porządkiem. Kuba pochwalił barszcz.
Chyba już pójdę do domu powiedziałam zrezygnowana. Dziękuję wam za wszystko!
Klaudia, zostań u nas parę dni.
Dziękuję, Paulino! Ale muszę iść do domu powtórzyłam.
Zrobiłam krok do drzwi i zatrzymałam się. Od wczoraj chodziłam w cudzym szlafroku i kapciach.
Chodź! Paulina wzięła mnie za ramię, poprowadziła do garderoby.
Otworzyła szafę, długo przeglądała ubrania. Wyciągnęła dżinsy, sweter, ciepłą kurtkę sportową.
Przymierz! Jesteśmy w podobnym rozmiarze.
Ale to niepotrzebne…
Nie będziesz wracać goła. Przebieraj się, nie zbiednieję!
Założyłam wszystko. Ukradkiem zerknęłam w lustro. Takich ładnych ciuchów jeszcze nie miałam.
W korytarzu dostałam czapkę i zimowe buty.
Klaudia, noś w zdrowiu!
Dziękuję serdecznie, Paulino!
***
Życie wróciło na stare tory. Chociaż trochę inne. Mama znalazła pracę w gospodarstwie. Jej konkubent zniknął z kolegą.
Nadeszła wiosna. Siedziałam w domu przy lekcjach. Ktoś zapukał do furtki. Spojrzałam przez okno i nie uwierzyłam: przed płotem stał Damian. Kiwnął głową: wyjdź!
Nie wyszłam… Wyskoczyłam!
Cześć! uśmiechnął się Damian.
Witaj!
Mama chciała cię zaprosić.
***
Weszłam do domu, gdzie spędziłam tak szczęśliwy dzień.
Witaj, Klaudio! Paulina przywitała mnie na progu, objęła.
Witam, Paulino!
Chodź, napijemy się herbaty!
Usadziła mnie, nalała herbaty. Przysiadła się.
Słuchaj, mam sprawę. Lecimy z mężem do Turcji na miesiąc rozmarzyła się lekko. Syn rzadko bywa w domu. Może zostałabyś, żeby doglądać domu? Bazyla musisz karmić, kota też. Podlewać kwiaty. Mam ich mnóstwo.
Oczywiście, Paulina!
No i świetnie wyciągnęła portfel. Tu masz dwa tysiące złotych.
Ale Paulino, nie trzeba!
Bierz! Przeżyjemy bez tego. Zaraz ci pokażę, co i gdzie.
Uważnie zapamiętywałam wszystko gdzie są kwiaty, gdzie karma dla kota, gdzie mięso dla psa. Paulina zawołała:
Damian! syn zaraz przyszedł z pokoju. Pokaż Klaudii Bazyla!
Chodź! lekko położył mi rękę na ramieniu.
Wyszliśmy na podwórko, odpięliśmy Bazyla i poszliśmy na spacer.
Damian cały czas opowiadał o studiach, karate, rodzinnym interesie.
Ja myślałam o czymś innym. Zrozumiałam jasno, że między mną i Damianem jest taka przepaść, jak między moją mamą a jego rodzicami. Są dobrzy i mili, ale to nie bajka o Kopciuszku, tylko życie.
Za dwa miesiące zdaję egzaminy do szkoły, zdam na pewno. Chcę się uczyć, pracować, starać, żeby stać się kimś. Wyjdę za mąż, ale tylko nie za tego przystojniaka. Tak, Damian jest świetny w każdym calu. Ale to nie moja bajka!
Dziękuję Paulinie za ubrania i te dwa tysiące złotych. Przynajmniej przetrwam pierwszy czas w mieście.
Miałam takie niejasne przeczucie, że właśnie w tej chwili skończyło się moje trudne dzieciństwo. Teraz zacznie się dorosłe życie może niełatwiejsze, ale wszystko zależeć będzie ode mnie.
Doszliśmy do domu. Pogłaskałam Bazyla, uśmiechnęłam się do Damiana i ruszyłam do siebie. Jutro zaczynam pracę w tym domu. Po prostu pracę i tyle.
Dziś wiem, że trzeba ufać sobie i iść swoją drogą, nie oglądając się na innych.



