Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Tak, jest świetnym chłopakiem pod każdym względem. Ale to nie mój człowiek Znowu mama przyszła ze swoim partnerem – i jeszcze z jakimś facetem. Wszyscy już podpici… Irina schowała się w kącie za szafką. – I nawet nie mam gdzie uciec, na dworze już śnieg. Mam tego wszystkiego dość. Latem skończę dziewięć klas i pojadę do miasta. Zdam do pedagogicznego i zostanę nauczycielką. Choć do miasta jest zaledwie dziesięć kilometrów, będę mieszkać w internacie. Mama z gośćmi rozgościli się w kuchni. Słychać było bulgotanie, jak nalewali wódkę do szklanek, zapach kiełbasy rozszedł się po całym mieszkaniu. Dziewczyna mimowolnie przełknęła ślinę. – Poczekaj, ty! – zawołała mama. – Po co się krygujesz? – Przecież was dwóch… – Jakbyś pierwszy raz była z dwoma – odezwał się Michał, partner mamy. Zabrzęczały rozsypane naczynia. Szura, chrapanie. Irina mocniej się wtuliła w kąt. Hałas nagle ucichł. – Słuchaj, Nikita, ona śpi – powiedział cicho partner mamy. – Sam mówiłeś, że niezła dziewczyna, a coś mnie do niej… – Uważaj, ona ma córkę… – Jaką córkę? – Irka, jest już duża. Chyba schowała się w pokoju. – Przyprowadź ją tutaj! – rozległ się radosny głos Nikity. – Irka, gdzie jesteś? – do pokoju wszedł partner mamy, zobaczył Irinę i uśmiechnął się nieprzyjemnie. – Chodź, posiedź z nami! – Chyba tu mi dobrze! – Czemu się wstydzisz? – Michał próbował objąć dziewczynę. Irina złapała wazę stojącą na szafce i z całej siły uderzyła w głowę partnera mamy. Zabrzęczało szkło. Wyrwała się i wybiegła z pokoju. – Łap ją! – krzyknął Michał. Ale dziewczyna była już przy drzwiach wyjściowych. Nie miała czasu zakładać butów – wybiegła w samych skarpetkach, starych szortach i koszulce na zaśnieżoną ulicę. Za nią ruszyli mężczyźni. Wieczorem w mieście, w śniegu – dokąd biec? Słychać było wrzaski z tyłu. W dużym domu, obok którego przebiegała, odezwał się szczekanie psa. Potem czyjś głos, który uciszył zwierzaka. Irina rzuciła się do bramy i zaczęła pukać. Drzwi otworzył około czterdziestoletni pan. – Proszę, pomóż mi… – szepnęła Irina z błagalnym spojrzeniem. – Wchodź! – pociągnął ją do środka i zamknął drzwi. – Olek, kto tam? – zapytała żona na ganku. – Oto ona – wskazał na dziewczynę. – Gonią ją jacyś facet. – Szybko do domu! – kobieta chwyciła Irinę za rękę. – Wszystko opowiesz. – Irka, wyjdź dobrowolnie! – krzyknął Michał. – Olek, nie wchodź w to! – zawołała pani domu. – Wracaj do środka! Z ulicy docierały krzyki, ze dworu szczekał pies. – Trzeba zadzwonić na policję – kobieta wyciągnęła komórkę. – Polina, poczekaj! Zaraz pogadam z nimi. Najpewniej są stąd, miejscowi. – Jak zamierzasz się z nimi dogadać? – Po ludzku. Ty uspokój dziewczynę! Gospodarz wziął torbę, podszedł do lodówki. Włożył tam butelkę i kawałek kiełbasy. Na podwórku pogłaskał psa i razem wyszli na ulicę. Do Olka podbiegł Michał: – Daj Irkę! – Masz – i znikaj! – Co tam masz? – spojrzał do torby, uśmiech pojawił się na twarzy, kiwnął koledze głową. – Ruszamy, Nikita! *** – Tak! Mam na imię Polina Serhijewna – kobieta nastawiła czajnik. – Siadaj, opowiedz, kim jesteś i co się stało. – Jestem Iriną – wybełkotała dziewczyna, trzęsąc się. – Mieszkam na tej ulicy, tylko na samym końcu. – Jesteś córką Kiry? – Tak. – My tu mieszkamy od niedawna, ale już o twojej matce słyszeliśmy. Irinie poleciały łzy. – Dobrze, już nie płacz! Polina delikatnie przytuliła ją do piersi. Ten gest był dla Iriny czymś niesamowitym. Objęła kobietę i rozpłakała się jeszcze mocniej. – Spokojnie, już… Zaraz napijemy się herbaty. Wracając do kuchni wszedł gospodarz. – Po sprawie. Wyprawiłem ich. – A co z naszą pięknisią? – uśmiechnęła się Polina wskazując na Irinę. – Pomówimy jutro! Najpierw herbata i kąpiel dla niej. – Jesteś głodna? – Polina postawiła kubek herbaty przed gościem. – Widzę, że tak. Na stole pojawiły się kanapki i resztki tortu. – Jedz, jedz! – dodał gospodarz z uśmiechem, obserwując zachwyt dziewczyny. Iriny dalej nie wypytywano. Starali się nie zwracać uwagi, widząc jej skrępowanie. Po kolacji Polina zaprowadziła gościa do łazienki: – Umyj się, załóż ten szlafrok! *** Irina marzyła tylko o jednym: żeby jej dziś nie wyrzucili na śnieg. Jak przyjemnie leżeć w ciepłej kąpieli… Ale trzeba wychodzić, gospodarze czekają. Wyszła. Gospodarze siedzieli na kanapie. Dziewczyna uśmiechnęła się nieśmiało: – Dziękuję! – Irino, – zaczęła gospodyni. – Widzę, że nikt cię szczególnie nie szuka. A ty nie chcesz wracać. Irina spuściła głowę. – Jutro rano musimy wyjechać… – Rozumiem – Irina pochyliła się jeszcze bardziej. – Zostaniesz sama. Nikomu drzwi nie otwieraj! Na podwórku nasz Jack nikogo obcego nie wpuści. Zapamiętaj? – Tak! – wykrzyknęła dziewczyna entuzjastycznie. – Możesz ugotować nam barszcz na powrót – szelmowsko uśmiechnął się Olek Romanowicz. – Potrafisz? – Potrafię, dobrze gotuję! Posprzątam też. – Sprzątnij na dole, jeśli możesz – zgodziła się Polina Serhijewna. *** Obudziła się z gospodarzami. Udała, że śpi, wciąż bojąc się, że ją wyrzucą. Z podwórka ruszył samochód, wszystko ucichło. Wstała. Umyła się. Na kuchni gorący czajnik, na stole chleb, kiełbasa, ser. Na blacie – żeberka. Zjadła śniadanie, sprzątnęła. Wszystko przetarła, umyła podłogi. W korytarzu wypatrzyła odkurzacz, zaczęła odkurzać. Kiedy skończyła… – I co to ma znaczyć? – odezwał się głos za plecami. Odwróciła się wystraszona. Przystojny chłopak, około 18 lat, ciekawość w oczach. – Sprzątam – wybąkała Irina. – Kim jesteś? – No proszę… – pokręcił głową i sięgnął po telefon: – Mamo, jestem w domu. Kim jest ta dziewczyna? – Synku, ona trochę u nas pomieszka. – Dla mnie to żaden problem. Schował telefon, zmierzył Irinę wzrokiem i poszedł do kuchni. – Zrobić wam herbatę? – zapytała nieśmiało dziewczyna. – Sam sobie poradzę. *** Irina schowała odkurzacz. Zaczęła wycierać kurz, nasłuchując każdego szmeru z kuchni. Chłopak zjadł śniadanie, wszedł do łazienki. Po kąpieli pachniał wodą kolońską. – Ej, gospodarzu, daj jeszcze jedną flaszkę! – ktoś krzyknął na ulicy. – Co się dzieje? – chłopak podszedł do okna. – Nie otwieraj im! – przestraszona Irina zawołała. Popatrzył na nią z ciekawością, uśmiechnął się i podszedł do wyjścia. Irina rzuciła się do okna. Przy płocie stali partner mamy i jego kolega, wykrzykując coś. Irinie zrobiło się strasznie. Syn gospodarzy wyszedł do nich. Nagle… obaj mężczyźni runęli w śnieg. Chłopak pochylił się nad nimi, powiedział coś. Obaj wstali i ze smutnymi minami poszli w stronę domu mamy. Chłopak wrócił. Zatrzymał się przy zastygłej dziewczynie, podszedł: – Wystraszyłaś się? Nie panując nad sobą, wtuliła się w jego pierś i rozpłakała. – Jak masz na imię? – zapytał niespodziewanie. – Irina. – Ja – Ruslan. Nie płacz. Oni już nie wrócą. *** Ruslan poszedł na górę, już nie wychodził do wieczora. Irina ugotowała barszcz, usiadła w kuchni i rozmyślała. Chciałaby tu zostać, z tymi dobrymi ludźmi, ale rozumiała, że to nieprzyzwoite. Gospodarze wrócili. Polina Serhijewna z uznaniem patrzyła na porządek, Olek Romanowicz docenił barszcz. – Chyba wracam do domu – stwierdziła Irina. – Dziękuję za wszystko! – Irino, zostań u nas jeszcze kilka dni! – Dziękuję, Polino Serhijewno. Ja wracam do siebie – powtórzyła nieśmiało. Zrobiła krok w stronę drzwi i zastygła. Cały dzień chodziła w cudzym szlafroku i kapciach. – Chodź – gospodyni zabrała ją do szafy. Długo coś szukała. W końcu dała Irinie jeansy, sweter i ciepłą kurtkę sportową. – Zakładaj! Jesteśmy prawie tego samego wzrostu. – Nie trzeba, naprawdę… – Nie wyjdziesz przecież goła! Zakładaj! Nie zbiednieję. Irina przebrała się. Ukradkiem spojrzała w lustro. Takich ładnych rzeczy nigdy nie miała. W korytarzu jeszcze czapka i zimowe buty. – Irino, nos na zdrowie! – Dziękuję, Polino Serhijewno! *** Życie wróciło na stare ścieżki, chociaż już nie te same. Mama znalazła pracę na fermie, jej partner zniknął z kolegą. Nastała wiosna. Pewnego dnia Irina siedziała nad lekcjami, gdy ktoś zapukał do furtki. Spojrzała przez okno i nie wierzyła: przy płocie stał Ruslan. Skinął głową, zapraszając ją. Wybiegła. – Cześć! – uśmiechnął się Ruslan. – Hej! – Mama coś cię chciała. I znów Irina weszła do domu, w którym spędziła ten szczęśliwy dzień. – Witaj, Irino! – gospodyni przywitała ją w progu i uściskała. – Dziękuję, Polino Serhijewno! – Chodź, wypijemy herbatę! Gospodyni nalała Irinie herbaty. Sama usiadła przy stole. – Mam do ciebie sprawę. Lecimy z mężem na miesiąc do Turcji – pojawił się uśmiech na jej twarzy. – Syn rzadko bywa w domu. Czy możesz popilnować domu? Jacka trzeba karmić, kota też. Kwiaty podlewać. Mam ich pełno. – Oczywiście, Polino Serhijewno! – Świetnie! – podała Irinie pieniądze. – Masz tu dwadzieścia tysięcy. – Polino Serhijewno, naprawdę nie trzeba… – Weź! Nie zbankrutujemy. Chodź, wszystko ci pokażę! Irina starała się zapamiętać, gdzie stoją doniczki, gdzie pasza dla kota i mięso dla psa. Potem Polina zawołała: – Ruslan! – syn gospodarzy wyszedł od razu z pokoju. – Poznaj Irinę z Jackiem! – Chodź – chłopak lekko położył rękę na ramieniu Iriny. Wyszli na podwórko, odpięli Jacka i poszli na spacer. Po drodze Ruslan opowiadał o studiach, karate, rodzinnym biznesie. A Irina myślała tylko o jednym. Zrozumiała, że między nią a Ruslanem jest taka przepaść, jak między jej mamą a rodzicami Ruslana. Tak, to dobrzy ludzie, ale to nie bajka o Kopciuszku, tylko samo życie. Za dwa miesiące zdam egzaminy do college’u, na pewno zdam. Będę się uczyć, pracować, walczyć – zostanę porządnym człowiekiem. Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Tak, jest fantastyczny pod każdym względem. Ale nie dla mnie! Jestem wdzięczna Polinie Serhijewnej za ubrania i te dwadzieścia tysięcy. Dzięki temu przetrwam pierwszy czas w mieście. I tak, Irina poczuła, że właśnie tym razem kończy się jej trudne dzieciństwo. I zaczyna dorosłe życie – nie łatwiejsze, ale takie, gdzie wszystko zależy tylko od niej. Dotarli do domu. Irina pogłaskała Jacka po szyi, uśmiechnęła się do Ruslana i wróciła do siebie. Jutro zaczyna się jej praca w tym domu. Tylko praca – i nic więcej!

Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Tak, jest cudownym chłopakiem pod każdym względem. Ale nie jest mój.

Znowu mama przyszła ze swoim partnerem i jeszcze z jakimś facetem. Już byli podpici. Agata usiadła w kącie za szafką.

I nie ma dokąd się schować, na dworze już śnieg leży. Mam tego wszystkiego szczerze dosyć. Latem skończę dziewiątą klasę i wyjadę do miasta. Zdam do pedagogicznego kolegium, zostanę nauczycielką. Miasto blisko, dziesięć kilometrów, ale będę mieszkać w internacie.

Mama i jej goście rozsiadli się w kuchni. Usłyszała bulgotanie, gdy nalewali wódkę do szklanki. Zapach kiełbasy dotarł do Agaty, mimowolnie przełknęła ślinę.

Poczekaj chwileczkę! rozległ się głos mamy.

Co się tak krygujesz?

Was dwóch

Przecież nie pierwszy raz tak, odezwał się Wojtek, partner mamy.

Zadźwięczały talerze, słychać było szuranie i ciężkie oddechy. Agata jeszcze mocniej wciskała się w kąt. Hałas niespodziewanie ucichł.

Słuchaj, Piotr, ona chyba śpi, rzucił Wojtek.

Sam mówiłeś, fajna dziewczyna, ale coś nie mogę się do niej

Przecież to jej córka!

Jaka córka?

Agata, już prawie dorosła. Pewnie w swoim pokoju się schowała.

Przyprowadź ją tutaj, ucieszył się Piotr.

Agata, gdzie ty jesteś? do pokoju wszedł Wojtek, zobaczył ją, uśmiechnął się paskudnie. Chodź, posiedzisz z nami!

Mi tu dobrze.

Co się tak krygujesz? Wojtek próbował objąć dziewczynę.

Agata chwyciła za wazon stojący na szafce i z całej siły uderzyła go w głowę partnera mamy.

Rozległo się tłuczenie szkła. Agata wyrwała się i wybiegała z pokoju.

Łap ją! wrzasnął Wojtek.
Ale dziewczyna była już przy drzwiach wejściowych. Nie miała czasu na zakładanie butów, więc wybiegła na dwór w samych skarpetkach, starych spodenkach i podkoszulku.

Za nią pobiegli mężczyźni. Wiejska ulica była zupełnie pusta. Wieczór, śnieg wszędzie gdzie uciec? Za plecami słychać było krzyki. W dużym domu, obok którego biegła, zaszczekał pies. Ktoś zawołał zwierzaka.

Agata rzuciła się do bramy i zaczęła walić w drzwi. Otworzył jej mężczyzna, może czterdziestoletni.

Proszę, pomóż mi! wychrypiała dziewczyna, błagalnie patrząc mu w oczy.

Chodź, szybko! niemal wciągnął Agatę do środka i zamknął drzwi.

Janek, kto tam? na ganek wyszła kobieta.

Dziewczyna, skinął głową gospodarz. Jacyś faceci ją gonią.

Szybko do domu! kobieta złapała ją za rękę. Opowiesz wszystko.

Agata, wyjdź grzecznie! dobiegło z podwórka.

Janek, nie mieszaj się, rzuciła żona. Wchodź do domu!

Z podwórka wciąż słychać było wrzaski, pies ujadał groźnie.

Musimy zadzwonić na policję, kobieta wyciągnęła telefon.

Sylwia, poczekaj, sam się z nimi rozmówię. Wyglądają na miejscowych.

I jak zamierzasz to załatwić?

Po prostu. Ty uspokój dziewczynę!
Gospodarz sięgnął po reklamówkę, podszedł do lodówki. Włożył tam butelkę i kawałek kiełbasy.

Na dworze pogłaskał psa, razem wyszli przed bramę. Do niego podszedł Wojtek:
Oddaj Agatę!

Tu, bierz to i zmywajcie się!

Otworzył pakunek, uśmiechnął się, wskazał drugiemu wyjście. Chodź, Piotr!
***
Tak, mam na imię Sylwia, kobieta postawiła czajnik na kuchence. Usiądź i powiedz, kim jesteś i co się stało.

Jestem Agata. Mieszkam na tej ulicy, na samym końcu.

Córka Kingi?

Tak.

Nie mieszkamy tu długo, ale o twojej mamie już słyszeliśmy.
Agata opuściła głowę i rozszlochała się.

Spokojnie, już dobrze!
Sylwia objęła ją lekko, przytuliła. Dla Agaty ten gest był czymś niespotykanym. Objawiła kobietę i łzy popłynęły jeszcze mocniej.

Już, już. Zaraz się napijemy herbaty.
Wszedł gospodarz domu:

Załatwione. Pozbyłem się ich.

A co z tą piękną dziewczyną robimy? Sylwia spojrzała na Agatę i uśmiechnęła się ciepło.

Pogadamy jutro! Teraz napij się herbaty i wykąp się.

Chcesz jeść? Sylwia postawiła przed gościem kubek herbaty. Uśmiechnęła się. Widzę, że chcesz.

Na stole pojawiły się kanapki. Trochę ciasta.

Jedz! uśmiechnął się Janek, patrząc jak dziewczyna łakomie spogląda na jedzenie.

Nie wypytywali jej już o nic. Starali się nie zwracać zbytniej uwagi, wiedzieli że się obawia.

Po kolacji Sylwia poprowadziła Agatę do łazienki:

Wymyj się, załóż ten szlafrok!
***
Agata pragnęła tylko jednego nie być dziś wyrzuconą na ulicę. Jak przyjemnie było leżeć w ciepłej kąpieli, podczas gdy na dworze mróz. Ale czas wychodzić, gospodarze czekają.

Wyszła. Para siedziała w salonie na sofie. Dziewczyna uśmiechnęła się nieśmiało:
Dziękuję!

Spójrz, Agato, zaczęła Sylwia. Chyba nikt cię szczególnie nie szuka. Nie chcesz wracać do domu?

Dziewczyna opuściła głowę.
Jutro rano musimy wyjechać

Rozumiem, Agata spuściła głowę jeszcze bardziej.

Zostaniesz sama. Nikomu nie otwieraj! Do ogrodu nikt nie wejdzie, Maks będzie pilnował. Rozumiesz?

Tak! wybuchnęła dziewczyna, nie kryjąc uczuć.

Możesz ugotować barszcz na jutro, mrugnął Janek. Potrafisz?

Potrafię, potrafię! Agata się rozpogodziła, tak bardzo bała się, że ją wyrzucą. Dobrze gotuję i mogę posprzątać dom.

Sprzątnij na dole, zgodziła się Sylwia.
***
Obudziła się wraz z gospodarzami. Leżała bezgłośnie w łóżku, bojąc się, że ją wyproszą. Samochód zadudnił na podjeździe. Po chwili wszystko ucichło.

Wstała. Umyła się. W kuchni czekał gorący czajnik, na stole chleb, kiełbasa, ser. Na blacie wieprzowe żeberka.

Zjadła śniadanie, posprzątała. Przetarła wszystko, umyła podłogę.

W korytarzu znalazła odkurzacz. Włączyła i zaczęła sprzątać.

Ledwo skończyła

Co to wszystko ma znaczyć? za plecami rozległ się głos.

Odwróciła się gwałtownie. Wysoki, przystojny chłopak, z piwnymi oczami, może osiemnaście lat spoglądał ciekawie.

Sprzątam, wyszeptała Agata. A pan to kto?

No proszę pokręcił głową, wyciągnął telefon z kieszeni:

Mamo, wróciłem. A kto to jest?

Synku, ta dziewczyna trochę u nas pomieszka.

Niech będzie.
Schował telefon, spojrzał na Agatę od góry do dołu i poszedł do kuchni.

Zrobić herbatę? spytała nieśmiało.

Poradzę sobie.
***
Agata schowała odkurzacz. Zaczęła wycierać kurze, nasłuchując odgłosów z kuchni.

Chłopak zjadł śniadanie, poszedł do łazienki.
Wyszedł stamtąd ogolony i pachnący wodą kolońską.

Ej, gospodarz, dawaj jeszcze jedną flaszkę! zakrzyczano na zewnątrz.

Co to ma być? chłopak podszedł do okna.

Nie otwieraj im! wykrzyczała przerażona Agata.

Spojrzał na nią ciekawie, uśmiechnął się nagle i ruszył do wyjścia.
Agata zajrzała do okna. Przy płocie stali Wojtek i Piotr, coś krzyczeli. Przestraszyła się.

Syn gospodarzy wyszedł na podwórko. Mężczyźni ruszyli w jego stronę. I nagle padli na śnieg. Agacie wydawało się, że obaj runęli naraz.

Chłopak pochylił się nad nimi, coś powiedział. Podnieśli się i ze spuszczonymi głowami pomaszerowali w stronę domu Kingi.

Chłopak wrócił. Zatrzymał się przy Agacie. Podszedł bliżej:
Przestraszyłaś się?

Nie mogąc się powstrzymać, wtuliła się w jego klatkę piersiową i popłakała.

Jak masz na imię? zapytał nagle.

Agata.

A ja jestem Marek. Już nie płacz. Oni już nie przyjdą.
***
Marek poszedł na górę do swojego pokoju i nie wychodził do wieczora. Agata ugotowała barszcz. Usiadła przy kuchennym stole, pogrążona w myślach.

Chciała tu zostać, wśród tych dobrych ludzi, ale wiedziała, że to nie jej dom, że przekracza granice.

Gospodarze wrócili. Sylwia patrzyła z uznaniem na porządek. Janek pochwalił barszcz.

Chyba już pójdę do domu, powiedziała cicho Agata. Dziękuję za wszystko.

Agata, zostań jeszcze kilka dni!

Dziękuję, Sylwio! Pójdę, powtórzyła i zawahała się przy drzwiach. Od wczoraj chodziła po domu w pożyczonym szlafroku i cudzych kapciach.

Chodź! Sylwia poprowadziła ją do pokoju.

Otworzyła szafę, długo wybierała ubrania. Wyjęła dżinsy, sweter, ciepłą kurtkę sportową.

Zakładaj! Rozmiar prawie taki sam.

Ale nie trzeba

Masz przecież jakieś ubranie na sobie do domu wracać? Zakładaj, proszę! Nie zbiednieję.

Agata ubrała się. Zerknęła ukradkiem w lustro. Nigdy nie miała tak ładnych rzeczy.
W przedpokoju Sylwia jeszcze nałożyła jej czapkę i zimowe buty.

Agata, noś zdrowo!

Dziękuję wam, Sylwio!
***
Życie wróciło do starego rytmu. Ale już nie takiego samego. Mama zatrudniła się w gospodarstwie, jej partner zniknął z kolegą.

Nadeszła wiosna. Tego dnia Agata siedziała nad lekcjami, gdy ktoś zapukał do furtki. Spojrzała przez okno przy płocie stał Marek. Skinął głową, żeby wyszła.

Nie wyszła wybiegła.

Cześć! uśmiechnął się Marek.

Witaj!

Mama czegoś od ciebie chce.
***
Znowu stanęła w progu tego domu, w którym spędziła tak szczęśliwy dzień.

Cześć, Agata! powitała ją Sylwia, przytuliła z czułością.

Dzień dobry, Sylwio!

Chodź, napijemy się herbaty!
Sylwia posadziła ją, nalała herbaty, sama usiadła obok.

Mam do ciebie sprawę. Lecimy z Jankiem na miesiąc do Turcji, na jej twarzy pojawił się błogi uśmiech. Syn rzadko bywa w domu. Mogłabyś popilnować domu? Maksa trzeba nakarmić i kota też. Kwiaty podlać, mam ich mnóstwo.

Oczywiście, Sylwio!

To dobrze, podała jej pieniądze. Tu masz dwadzieścia tysięcy złotych.

Ale Sylwio, po co

Weź, nie zbiedniejemy od tego. Chodź, pokażę ci dom!

Agata skrupulatnie zapamiętywała, gdzie stoją liczne doniczki i kwiaty. Gdzie znajdzie karmę dla kota i mięso dla psa. Potem Sylwia zawołała:

Marek! syn zaraz wyszedł ze swojego pokoju. Zapoznaj Agatę z Maksem!

Chodź, Marek lekko ujął ją za ramię.

Wyszli do ogrodu, odpięli Maksa i poszli na spacer.
Po drodze Marek opowiadał o studiach na politechnice, karate, rodzinnej firmie.

A Agata rozmyślała zupełnie o czymś innym. Wiedziała, że dzieli ich przepaść taką samą, jak między jej matką a rodzicami Marka. Oni są dobrzy, ale to nie bajka o Kopciuszku, to życie.

Za dwa miesiące zdaję egzaminy w kolegium, zdam na pewno. Będę się uczyć, pracować, dam sobie radę, zostanę kimś. Wyjdę za mąż, ale nie za tego przystojniaka. Tak, jest cudowny w każdym względzie. Ale nie jest mój.

Jestem wdzięczna Sylwii za ubrania i te dwadzieścia tysięcy złotych. Dzięki nim będę mogła utrzymać się na starcie w mieście.

Intuicyjnie ta dziewczyna rozumiała, że właśnie w tej chwili jej trudne dzieciństwo się kończy. Nadchodzi dorosłe życie nie łatwiejsze, ale wszystko będzie zależeć od niej.

Doszli do domu. Agata pogłaskała Maksa, uśmiechnęła się do Marka i ruszyła do siebie. Jutro zacznie pracę w tym domu. Tylko pracę i nic więcej!

Rate article
Fajna Tajna
Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Tak, jest świetnym chłopakiem pod każdym względem. Ale to nie mój człowiek Znowu mama przyszła ze swoim partnerem – i jeszcze z jakimś facetem. Wszyscy już podpici… Irina schowała się w kącie za szafką. – I nawet nie mam gdzie uciec, na dworze już śnieg. Mam tego wszystkiego dość. Latem skończę dziewięć klas i pojadę do miasta. Zdam do pedagogicznego i zostanę nauczycielką. Choć do miasta jest zaledwie dziesięć kilometrów, będę mieszkać w internacie. Mama z gośćmi rozgościli się w kuchni. Słychać było bulgotanie, jak nalewali wódkę do szklanek, zapach kiełbasy rozszedł się po całym mieszkaniu. Dziewczyna mimowolnie przełknęła ślinę. – Poczekaj, ty! – zawołała mama. – Po co się krygujesz? – Przecież was dwóch… – Jakbyś pierwszy raz była z dwoma – odezwał się Michał, partner mamy. Zabrzęczały rozsypane naczynia. Szura, chrapanie. Irina mocniej się wtuliła w kąt. Hałas nagle ucichł. – Słuchaj, Nikita, ona śpi – powiedział cicho partner mamy. – Sam mówiłeś, że niezła dziewczyna, a coś mnie do niej… – Uważaj, ona ma córkę… – Jaką córkę? – Irka, jest już duża. Chyba schowała się w pokoju. – Przyprowadź ją tutaj! – rozległ się radosny głos Nikity. – Irka, gdzie jesteś? – do pokoju wszedł partner mamy, zobaczył Irinę i uśmiechnął się nieprzyjemnie. – Chodź, posiedź z nami! – Chyba tu mi dobrze! – Czemu się wstydzisz? – Michał próbował objąć dziewczynę. Irina złapała wazę stojącą na szafce i z całej siły uderzyła w głowę partnera mamy. Zabrzęczało szkło. Wyrwała się i wybiegła z pokoju. – Łap ją! – krzyknął Michał. Ale dziewczyna była już przy drzwiach wyjściowych. Nie miała czasu zakładać butów – wybiegła w samych skarpetkach, starych szortach i koszulce na zaśnieżoną ulicę. Za nią ruszyli mężczyźni. Wieczorem w mieście, w śniegu – dokąd biec? Słychać było wrzaski z tyłu. W dużym domu, obok którego przebiegała, odezwał się szczekanie psa. Potem czyjś głos, który uciszył zwierzaka. Irina rzuciła się do bramy i zaczęła pukać. Drzwi otworzył około czterdziestoletni pan. – Proszę, pomóż mi… – szepnęła Irina z błagalnym spojrzeniem. – Wchodź! – pociągnął ją do środka i zamknął drzwi. – Olek, kto tam? – zapytała żona na ganku. – Oto ona – wskazał na dziewczynę. – Gonią ją jacyś facet. – Szybko do domu! – kobieta chwyciła Irinę za rękę. – Wszystko opowiesz. – Irka, wyjdź dobrowolnie! – krzyknął Michał. – Olek, nie wchodź w to! – zawołała pani domu. – Wracaj do środka! Z ulicy docierały krzyki, ze dworu szczekał pies. – Trzeba zadzwonić na policję – kobieta wyciągnęła komórkę. – Polina, poczekaj! Zaraz pogadam z nimi. Najpewniej są stąd, miejscowi. – Jak zamierzasz się z nimi dogadać? – Po ludzku. Ty uspokój dziewczynę! Gospodarz wziął torbę, podszedł do lodówki. Włożył tam butelkę i kawałek kiełbasy. Na podwórku pogłaskał psa i razem wyszli na ulicę. Do Olka podbiegł Michał: – Daj Irkę! – Masz – i znikaj! – Co tam masz? – spojrzał do torby, uśmiech pojawił się na twarzy, kiwnął koledze głową. – Ruszamy, Nikita! *** – Tak! Mam na imię Polina Serhijewna – kobieta nastawiła czajnik. – Siadaj, opowiedz, kim jesteś i co się stało. – Jestem Iriną – wybełkotała dziewczyna, trzęsąc się. – Mieszkam na tej ulicy, tylko na samym końcu. – Jesteś córką Kiry? – Tak. – My tu mieszkamy od niedawna, ale już o twojej matce słyszeliśmy. Irinie poleciały łzy. – Dobrze, już nie płacz! Polina delikatnie przytuliła ją do piersi. Ten gest był dla Iriny czymś niesamowitym. Objęła kobietę i rozpłakała się jeszcze mocniej. – Spokojnie, już… Zaraz napijemy się herbaty. Wracając do kuchni wszedł gospodarz. – Po sprawie. Wyprawiłem ich. – A co z naszą pięknisią? – uśmiechnęła się Polina wskazując na Irinę. – Pomówimy jutro! Najpierw herbata i kąpiel dla niej. – Jesteś głodna? – Polina postawiła kubek herbaty przed gościem. – Widzę, że tak. Na stole pojawiły się kanapki i resztki tortu. – Jedz, jedz! – dodał gospodarz z uśmiechem, obserwując zachwyt dziewczyny. Iriny dalej nie wypytywano. Starali się nie zwracać uwagi, widząc jej skrępowanie. Po kolacji Polina zaprowadziła gościa do łazienki: – Umyj się, załóż ten szlafrok! *** Irina marzyła tylko o jednym: żeby jej dziś nie wyrzucili na śnieg. Jak przyjemnie leżeć w ciepłej kąpieli… Ale trzeba wychodzić, gospodarze czekają. Wyszła. Gospodarze siedzieli na kanapie. Dziewczyna uśmiechnęła się nieśmiało: – Dziękuję! – Irino, – zaczęła gospodyni. – Widzę, że nikt cię szczególnie nie szuka. A ty nie chcesz wracać. Irina spuściła głowę. – Jutro rano musimy wyjechać… – Rozumiem – Irina pochyliła się jeszcze bardziej. – Zostaniesz sama. Nikomu drzwi nie otwieraj! Na podwórku nasz Jack nikogo obcego nie wpuści. Zapamiętaj? – Tak! – wykrzyknęła dziewczyna entuzjastycznie. – Możesz ugotować nam barszcz na powrót – szelmowsko uśmiechnął się Olek Romanowicz. – Potrafisz? – Potrafię, dobrze gotuję! Posprzątam też. – Sprzątnij na dole, jeśli możesz – zgodziła się Polina Serhijewna. *** Obudziła się z gospodarzami. Udała, że śpi, wciąż bojąc się, że ją wyrzucą. Z podwórka ruszył samochód, wszystko ucichło. Wstała. Umyła się. Na kuchni gorący czajnik, na stole chleb, kiełbasa, ser. Na blacie – żeberka. Zjadła śniadanie, sprzątnęła. Wszystko przetarła, umyła podłogi. W korytarzu wypatrzyła odkurzacz, zaczęła odkurzać. Kiedy skończyła… – I co to ma znaczyć? – odezwał się głos za plecami. Odwróciła się wystraszona. Przystojny chłopak, około 18 lat, ciekawość w oczach. – Sprzątam – wybąkała Irina. – Kim jesteś? – No proszę… – pokręcił głową i sięgnął po telefon: – Mamo, jestem w domu. Kim jest ta dziewczyna? – Synku, ona trochę u nas pomieszka. – Dla mnie to żaden problem. Schował telefon, zmierzył Irinę wzrokiem i poszedł do kuchni. – Zrobić wam herbatę? – zapytała nieśmiało dziewczyna. – Sam sobie poradzę. *** Irina schowała odkurzacz. Zaczęła wycierać kurz, nasłuchując każdego szmeru z kuchni. Chłopak zjadł śniadanie, wszedł do łazienki. Po kąpieli pachniał wodą kolońską. – Ej, gospodarzu, daj jeszcze jedną flaszkę! – ktoś krzyknął na ulicy. – Co się dzieje? – chłopak podszedł do okna. – Nie otwieraj im! – przestraszona Irina zawołała. Popatrzył na nią z ciekawością, uśmiechnął się i podszedł do wyjścia. Irina rzuciła się do okna. Przy płocie stali partner mamy i jego kolega, wykrzykując coś. Irinie zrobiło się strasznie. Syn gospodarzy wyszedł do nich. Nagle… obaj mężczyźni runęli w śnieg. Chłopak pochylił się nad nimi, powiedział coś. Obaj wstali i ze smutnymi minami poszli w stronę domu mamy. Chłopak wrócił. Zatrzymał się przy zastygłej dziewczynie, podszedł: – Wystraszyłaś się? Nie panując nad sobą, wtuliła się w jego pierś i rozpłakała. – Jak masz na imię? – zapytał niespodziewanie. – Irina. – Ja – Ruslan. Nie płacz. Oni już nie wrócą. *** Ruslan poszedł na górę, już nie wychodził do wieczora. Irina ugotowała barszcz, usiadła w kuchni i rozmyślała. Chciałaby tu zostać, z tymi dobrymi ludźmi, ale rozumiała, że to nieprzyzwoite. Gospodarze wrócili. Polina Serhijewna z uznaniem patrzyła na porządek, Olek Romanowicz docenił barszcz. – Chyba wracam do domu – stwierdziła Irina. – Dziękuję za wszystko! – Irino, zostań u nas jeszcze kilka dni! – Dziękuję, Polino Serhijewno. Ja wracam do siebie – powtórzyła nieśmiało. Zrobiła krok w stronę drzwi i zastygła. Cały dzień chodziła w cudzym szlafroku i kapciach. – Chodź – gospodyni zabrała ją do szafy. Długo coś szukała. W końcu dała Irinie jeansy, sweter i ciepłą kurtkę sportową. – Zakładaj! Jesteśmy prawie tego samego wzrostu. – Nie trzeba, naprawdę… – Nie wyjdziesz przecież goła! Zakładaj! Nie zbiednieję. Irina przebrała się. Ukradkiem spojrzała w lustro. Takich ładnych rzeczy nigdy nie miała. W korytarzu jeszcze czapka i zimowe buty. – Irino, nos na zdrowie! – Dziękuję, Polino Serhijewno! *** Życie wróciło na stare ścieżki, chociaż już nie te same. Mama znalazła pracę na fermie, jej partner zniknął z kolegą. Nastała wiosna. Pewnego dnia Irina siedziała nad lekcjami, gdy ktoś zapukał do furtki. Spojrzała przez okno i nie wierzyła: przy płocie stał Ruslan. Skinął głową, zapraszając ją. Wybiegła. – Cześć! – uśmiechnął się Ruslan. – Hej! – Mama coś cię chciała. I znów Irina weszła do domu, w którym spędziła ten szczęśliwy dzień. – Witaj, Irino! – gospodyni przywitała ją w progu i uściskała. – Dziękuję, Polino Serhijewno! – Chodź, wypijemy herbatę! Gospodyni nalała Irinie herbaty. Sama usiadła przy stole. – Mam do ciebie sprawę. Lecimy z mężem na miesiąc do Turcji – pojawił się uśmiech na jej twarzy. – Syn rzadko bywa w domu. Czy możesz popilnować domu? Jacka trzeba karmić, kota też. Kwiaty podlewać. Mam ich pełno. – Oczywiście, Polino Serhijewno! – Świetnie! – podała Irinie pieniądze. – Masz tu dwadzieścia tysięcy. – Polino Serhijewno, naprawdę nie trzeba… – Weź! Nie zbankrutujemy. Chodź, wszystko ci pokażę! Irina starała się zapamiętać, gdzie stoją doniczki, gdzie pasza dla kota i mięso dla psa. Potem Polina zawołała: – Ruslan! – syn gospodarzy wyszedł od razu z pokoju. – Poznaj Irinę z Jackiem! – Chodź – chłopak lekko położył rękę na ramieniu Iriny. Wyszli na podwórko, odpięli Jacka i poszli na spacer. Po drodze Ruslan opowiadał o studiach, karate, rodzinnym biznesie. A Irina myślała tylko o jednym. Zrozumiała, że między nią a Ruslanem jest taka przepaść, jak między jej mamą a rodzicami Ruslana. Tak, to dobrzy ludzie, ale to nie bajka o Kopciuszku, tylko samo życie. Za dwa miesiące zdam egzaminy do college’u, na pewno zdam. Będę się uczyć, pracować, walczyć – zostanę porządnym człowiekiem. Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Tak, jest fantastyczny pod każdym względem. Ale nie dla mnie! Jestem wdzięczna Polinie Serhijewnej za ubrania i te dwadzieścia tysięcy. Dzięki temu przetrwam pierwszy czas w mieście. I tak, Irina poczuła, że właśnie tym razem kończy się jej trudne dzieciństwo. I zaczyna dorosłe życie – nie łatwiejsze, ale takie, gdzie wszystko zależy tylko od niej. Dotarli do domu. Irina pogłaskała Jacka po szyi, uśmiechnęła się do Ruslana i wróciła do siebie. Jutro zaczyna się jej praca w tym domu. Tylko praca – i nic więcej!