Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Owszem, to świetny chłopak pod każdym względem. Ale nie mój.
Znowu mama z konkubentem przyszła i jeszcze z jakimś typem. Już podchmieleni, pomyślała Irmina, wciskając się w kąt za szafką.
I schować się nie ma gdzie, śniegu napadało. Mam już tego wszystkiego po dziurki w nosie. Latem skończę podstawówkę i jadę do miasta. Pójdę do pedagogicznego i zostanę nauczycielką. Miasto niby blisko, tylko dziesięć kilometrów, ale zamieszkam w akademiku.
Mama z gośćmi rozlokowali się w kuchni. Zachlupało, kiedy rozlewali płyny do szklanek zapach kiełbasy rozszedł się po całym domu. Irmina odruchowo przełknęła ślinę.
Poczekaj no! zabrzmiał głos mamy.
Co ty się taka niedostępna robisz?
Was dwóch
Jakby to pierwszy raz z dwoma rzucił Witek, partner mamy.
Stłukło się coś szklanego, poszło chrupnięcie i parę nieprzyjemnych dźwięków. Irmina mocniej przywarła do ściany. Nagle wszystko ucichło.
Słuchaj, Grzegorz, ona śpi powiedział Witek.
Sam mówiłeś, ładna dziewczyna, a mnie coś do niej
Ale przecież to jej córka!
Jaka córka?
Irmina już dorosła. Pewnie siedzi w pokoju.
Przyciągnij ją tu! rozległa się radosna zachęta Grzegorza.
Irmina, gdzie się schowałaś? Witek wszedł do pokoju, uśmiechnął się odpychająco. Chodź, posiedzisz z nami!
Dobrze mi tutaj.
Co się tak wstydzisz? Witek próbował objąć Irminę.
Irmina złapała za wazon stojący na szafce i łupnęła nim Witka w głowę.
Szkło rozprysło się dźwięcznie. Dziewczyna wyrwała się i ruszyła biegiem przez korytarz.
Łap ją! zawył Grzegorz.
Ale Irmina była już przy drzwiach wejściowych. Na zakładanie butów nie było czasu, więc wybiegła na mróz w samych skarpetach i starych spodenkach.
Za nią wybiegli mężczyźni. Ulica w wiosce była pusta. Gdzie tu biec wieczorem po śniegu? Z tyłu krzyki dramat. W wielkim domu, obok którego przebiegała, ujadał pies. Ktoś jeszcze krzyknął na psa.
Irmina podbiegła do furtki i zaczęła pukać. Drzwi otworzył mężczyzna około czterdziestki.
Pomocy wyszeptała z błagalnym spojrzeniem.
Wejdź! pociągnął ją za rękę i zamknął drzwi.
Olek, kto to? na ganek wyszła kobieta.
O, wskazał na dziewczynę. Jacyś mężczyźni ją gonią.
Szybko do domu! chwyciła Irminę, Wszystko mi potem opowiesz.
Irmina, wyjdź po dobroci! wrzasnął Witek zza okna.
Olek, nie wdawaj się! krzyknęła gospodyni. Chodź do domu!
Za płotem krzyki, od podwórza jazgot psa.
Trzeba zadzwonić na policję powiedziała kobieta, wyciągając komórkę.
Pola, nie trzeba. Sam to załatwię. To miejscowi.
Jak niby?
Po dobroci. Ty uspokój dziewczynę.
Olek wziął reklamówkę, podszedł do lodówki wrzucił tam butelkę czystej i kawałek kiełbasy.
Na podwórzu pogłaskał psa, wyszli razem na drogę.
Do niego podbiegł Witek:
Oddaj Irminę!
Masz, bierz i wynocha!
Co tam masz? otworzył reklamówkę, pojawił się uśmiech. Chodź, Grzesiek!
***
Tak! Pola Siergiejewna, powiedziała gospodyni, nastawiła czajnik na herbatę. Siadaj, siadaj! Opowiedz, kim jesteś i co się stało.
Jestem Irmina powiedziała dziewczyna, zgrzytając zębami. Mieszkam na tej ulicy, tylko na końcu.
Jesteś córką Kiry?
Tak.
Choć mieszkamy tu niedawno, o twojej mamie już słyszeliśmy.
Irmina spuściła głowę i zaczęła płakać.
Oj, nie płacz już! Pola podeszła i lekko przytuliła. Ten gest wydał się dziewczynie czymś całkiem nowym. Objęła ją mocniej i popłakała jeszcze głośniej.
Dobra, dobra, już! Za chwilę herbatka.
Wszedł Olek:
Załatwione. Pozbyłem się ich.
A z tą pięknością co robimy? Pola uśmiechnęła się, wskazując na Irminę.
Porozmawiamy jutro! Teraz herbatka i kąpiel!
Głodna jesteś? Pola postawiła przed gościnią kubek herbaty. Uśmiechnęła się znowu. Widzę, że jesteś.
Na stole pojawiły się kanapki i resztka ciasta.
Jedz, jedz! uśmiechnął się też Olek, widząc jak Irmina spogląda na jedzenie z nadzieją.
Pytaniami już jej nie męczyli. Nawet specjalnie nie zwracali uwagi wiedzieli, że jest skrępowana.
Po kolacji Pola zaprowadziła Irminę do łazienki:
Umyj się, załóż ten mój szlafrok!
***
Irmina miała tylko jedno marzenie: byleby jej dziś nikt nie wyganiał na mróz. Tak dobrze w ciepłej kąpieli, a na dworze wiatr hula. Trzeba jednak wyjść gospodarze czekają.
Wyszła. Wiedzieli, że spała. Siedzieli na kanapie powiedziała:
Dziękuję!
Powiem tak, Irmino zaczęła Pola. Nikt tu szczególnie nie będzie cię szukał. A ty raczej nie masz ochoty wracać do domu?
Dziewczyna opuściła głowę jeszcze niżej.
Jutro rano musimy wyjechać
Rozumiem Irmina jeszcze niżej pochyliła głowę.
Zostaniesz sama. Nikomu nie otwieraj drzwi! Nasz Borys nikogo nie wpuści na podwórko. Zrozumiano?
Tak! nie powstrzymała radości.
Możesz nam do powrotu ugotować barszcz podpuścił Olek Romanowicz. Dasz radę?
Umiem! wystrzeliła Irmina, wciąż z niepewnością. Dobrze gotuję. I posprzątać też mogę!
Jeśli ci nie ciężko, to posprzątaj na dole zgodziła się Pola Siergiejewna.
***
Obudziła się razem z gospodarzami. Leżała cicho w łóżku, bojąc się, że ją zaraz wyrzucą. W podwórzu zagrzmiał samochód po chwili cisza.
Wstała. Umyła się. W kuchni gorący czajnik, chleb, ser, kiełbasa. Na blacie schabowe.
Zjadła śniadanie. Posprzątała, poprzecierała wszystko, umyła podłogę.
W korytarzu zobaczyła odkurzacz włączyła i ruszyła z porządkami.
Ledwo wyłączyła odkurzacz
Co to ma znaczyć? odezwał się głos.
Odwróciła się gwałtownie. Wysoki, przystojny chłopak, osiemnaście lat, brązowe oczy ciekawskie.
Sprzątam mruknęła. Kim pan jest?
No proszę pokiwał głową i wyjął telefon z kieszeni.
Mamo, już wróciłem. A kto to taki?
Słuchaj, niech dziewczyna pomieszka u nas trochę.
Mi tam wszystko jedno.
Schował komórkę, rzucił Irminie kontrolne spojrzenie od stóp do głów, poszedł do kuchni.
Zrobić ci herbaty? zapytała.
Sam sobie zrobię.
***
Irmina schowała odkurzacz. Przetarła kurz, nasłuchując odgłosów z kuchni.
Chłopak zjadł, poszedł do łazienki. Wyszedł ogolony, pachniało wodą po goleniu.
Nagle z ulicy krzyk:
Ej, gospodarzu, jeszcze jedna butelka!
Co to ma być? podszedł do okna chłopak.
Nic im nie otwieraj! krzyknęła Irmina ze strachem.
Spojrzał na nią z zaciekawieniem, uśmiechnął się i ruszył do drzwi.
Dziewczyna podeszła do okna. Za płotem stali Witek i Grzegorz, wrzeszcząc.
Rusłan wyszedł. Podbiegli do niego. I nagle pach! Obaj wylądowali na śniegu. Chłopak pochylił się nad nimi, coś powiedział, a oni podnieśli się i ze spuszczonymi głowami poszli w stronę domu Irminy.
***
Chłopak wrócił. Wzrok zawiesił na skamieniałej dziewczynie.
Podszedł:
Wystraszyłaś się?
Nie kontrolując się, wtuliła się w jego klatkę piersiową i zaczęła płakać.
Jak masz na imię? zagadnął.
Irmina.
Ja jestem Rusłan. Już spokojnie, nie wrócą.
***
Rusłan poszedł do swojego pokoju na górze i nie pokazywał się aż do wieczora. Irmina ugotowała barszcz, usiadła w kuchni i zamyśliła się.
Oczywiście chciała tu zostać, z tymi niewiarygodnymi ludźmi, ale wiedziała, że przekroczyła już wszystkie granice przyzwoitości.
Gospodarze wrócili. Pola Siergiejewna pokręciła głową, podziwiając porządek. Olek Romanowicz uszanował barszcz.
Chyba pójdę do siebie wymamrotała Irmina. Dziękuję za wszystko!
Irmino, zostań z nami jeszcze parę dni!
Dziękuję, Pola. Ale pójdę powtórzyła.
Ruszyła w stronę drzwi, po czym stanęła. Od wczoraj chodziła po domu w czyimś szlafroku i kapciach.
Chodź! Pola objęła ją za ramiona, prowadząc do garderoby.
Otworzyła szafę. Długo coś wybierała, wreszcie podała jeansy, sweter i ciepłą kurteczkę.
Wkładaj! Jesteśmy prawie tego samego wzrostu.
Ale nie trzeba
Nie będziesz przecież szła na bosaka. Wkładaj, wkładaj! Nie zbankrutujemy przez to.
Włożyła. Zerknęła ukradkiem w lustro. Tak ładnych rzeczy nigdy nie miała.
W korytarzu Pola wsunęła jej czapkę i zimowe buty.
Irmina, noś na zdrowie!
Dziękuję wam, Pola!
***
Życie wróciło do starego rytmu. No, nie zupełnie starego. Mama dostała pracę w mleczarni. Jej partner wraz z kolegą zniknęli.
Nadeszła wiosna. Pewnego dnia siedziała w domu nad lekcjami, gdy ktoś zapukał do furtki. Irmina wyjrzała przez okno i oniemiała: Rusłan stał pod płotem. Wskazał głową, sygnalizując: Chodź.
Nie wyszła wybiegła.
Cześć! uśmiechnął się Rusłan.
Hej!
Mama coś od ciebie chciała.
***
I tak, stanęła w tym domu, gdzie wczoraj była najbardziej szczęśliwa.
Irmino! powitała ją Pola w progu, obejmując z radością.
Dzień dobry, Pola Siergiejewna!
Wchodź! Napijemy się herbaty!
Gospodyni usadziła ją, nalała herbaty i siadła obok.
Mam do ciebie sprawę. Lecimy z mężem na miesiąc do Turcji uśmiech marzycielska. Syn rzadko w domu. Czy mogłabyś zaopiekować się domem? Borysa nakarmić, kota też, kwiaty podlać mam ich mnóstwo.
Oczywiście, Pola!
To świetnie wyciągnęła banknoty. Oto dwa tysiące złotych.
Pola, po co tyle?
Przyjmuj! Na pewno nie zbiedniejemy. Chodź, wszystko ci pokażę!
Irmina zapamiętywała, gdzie stoją doniczki, gdzie leży karma dla kota, gdzie mięso dla psa.
Potem Pola zawołała:
Rusłan! syn pojawił się natychmiast. Poznaj Irminę z Borysem!
Chodź! lekko położył jej rękę na ramieniu.
Wyszli na podwórko, odpięli Borysa, poszli na spacer.
Całą drogę Rusłan opowiadał o studiach, karate, interesach taty.
A Irmina myślała o czymś zupełnie innym. Jasno czuła, że między nią a Rusłanem jest taka przepaść, jak między jej mamą a rodzicami Rusłana. Owszem, mili i dobrzy ludzie, ale to nie bajka o Kopciuszku to życie.
Za dwa miesiące egzamin do pedagogicznego, zdam na pewno! Będę się uczyć, pracować, kombinować ale będę kimś. Wyjdę za mąż, ale nie za tego przystojnego. On super chłopak, ale nie mój!
Jestem wdzięczna Poli za ubrania i te dwa tysiące. Przynajmniej pierwszy miesiąc w mieście jakoś przetrwam.
I gdzieś w środku Irmina wiedziała, że właśnie zakończyło się jej trudne dzieciństwo. Teraz zaczyna się dorosłość nie mniej trudna, ale zależy już tylko od niej.
Doskoczyli do domu. Irmina pogłaskała Borysa po karku, uśmiechnęła się do Rusłana i ruszyła w stronę swojego domku. Jutro zaczyna się jej nowa praca w tamtym domu. I tylko praca!



