Wygoniłam szwagra od świątecznego stołu po jego chamskich żartach

Dziennik Elżbiety

15 lutego

Od samego rana cała w nerwach dziś piętnasta rocznica ślubu. Kryształowa. Chcę, żeby wszystko było idealnie, więc uwijam się w kuchni jak w ukropie. Pieczona kaczka z jabłkami już w piekarniku, na palniku dogrzewam jarzynki do obiadu, a w lodówce aż się nie domyka od sałatek, które kroiłam pół nocy.

Witek, wyjąłeś już serwis? Ten od mamy, z pozłacaną obwódką. Tylko nie myl ze zwykłym! I popatrz, czy serwetki porządnie nakrochmalone chcę by sztywno stały, restauracyjne miały być powtarzam, poprawiając kosmyk, który wysunął mi się spod spinki.

Witek, mój mąż, posłusznie wdrapuje się na krzesło i wyciąga pudełko z porcelaną ze Śląska.

Ela, a po co ten cały cyrk? Przecież to swoi będą westchnął. Leszek, mama, ciotka Zośka. Im to wszystko jedno, choćby z aluminiowych misek jedli, byle na czas kieliszek postawić.

Nie narzekaj. Mamy rocznicę. Chcę, byś czuł się dumny. I przecież znasz swojego brata mruczę, podnosząc pokrywkę z garnka. Jak wystawię zwykłe talerze, powie, że zbiednieliśmy. Wystawię z rysą że jesteśmy flejami. Przynajmniej dziś nie dam mu powodu do głupich uwag.

Witek ciężko się spuścił z krzesła. Wiedział, że mam rację. Jego starszy brat Leszek skomplikowany człowiek, delikatnie mówiąc. Gdybym była szczera, tak jak gadam z Renatą, nazwałabym go wzorem chama. A on z tej swojskości dumny.

Proszę Cię, nie reaguj dziś na niego powiedział Witek, wycierając talerze ręcznikiem. Ciężki czas ma. Wywalili go z pracy, żona też zostawiła. Wściekły jak pies.

Witek, on ciężki czas ma od czterdziestu lat. A żona uciekła przez instynkt samozachowawczy burknęłam ostro. Będę znosić, ile wychowanie pozwoli. Ale ostrzegam: jeśli znowu palnie o mojej figurze albo twojej biednej pensji, kończę zabawę.

Dzwonek zadźwięczał punkt piąta. Pierwsza przyszła teściowa, Irena, kobieta cicha, swoich synów kochająca bezgranicznie zwłaszcza nieudacznika Leszka. Zaraz potem wpadła ciotka Zośka z mężem. Leszek, jak zwykle, spóźnił się czterdzieści minut siedzieliśmy przy stole, patrząc na stygnące przystawki.

Wpadł z hałasem i zapachem taniego papierosa i mrozu.

Jestem! Nie czekaliście, a tu proszę, wparadowałem! darł się i śmiał, jakby go wszystko cieszyło. Co tam, Witek, nie myśl, że prezentu nie mam. Masz!

Wręczył mu zawiniątko w gazetę.

Co to? Witek patrzył skołowany.

Narzędzia! Komplet śrubokrętów z Pepco. Przydadzą się, bo dwie lewe ręce masz śmiał się Leszek.

Ja, wychodząc na powitanie, zebrałam się do sztucznego uśmiechu.

Witaj, Leszku. Myj ręce, wszyscy czekamy.

Zmroził mnie wzrokiem, aż zrobiło mi się zimno.

O! Ela! Czemu tak się wyfiokowałaś? Nowa kiecka? Świeci się jak papierek od krówki. Chyba żeby od nóg odwracać uwagę? Żartuję, żartuję! Taka nasza Ela jeszcze całkiem, hmm, w sam raz. W porządku.

Witek odkaszlnął, próbował żart rozładować.

Leszku, siadaj do stołu, kaczka stygnie.

Leszek już przy stole lał sobie wódkę, nie czekając nawet na toast, i wciągnął śledzia.

No to z okazji jubileuszu. Piętnaście lat Jak wy się jeszcze nie pozabijaliście? Ja z Jolą ledwo pięć przeżyłem i nie nadążałem w aptece po Persen. Baby to pijawki, tylko ciągną i ciągną Chociaż twoja nieźle gotuje, Witek. Chociaż skrzywił się po śledziu soli za dużo. Ela, zakochałaś się na nowo, czy ręka drży od wieku?

Teściowa odsłoniła szeroki uśmiech.

Leszku, przestań. Ela świetnie gotuje. Spróbuj sałatki. Z ozorkiem, bardzo delikatna.

Z ozorkiem? rozkrzyczał się Leszek. Fajnie! Ela język ma długi, przyda się. Ale serio, mamo, nie broń jej. Krytyka dobra rzecz. Ja zawsze prawdę powiem, za to mnie ludzie cenią!

Rozstawiając gorące danie czułam coraz większą frustrację. Spojrzałam na Witka. Udawał przykucie zainteresowaniem do haftów na obrusie, jakby istnienie brata go nie dotyczyło. Bał się go, bał się kłótni.

Myślę sobie: Dobra, Ela, wytrzymaj. To tylko jeden wieczór. Dla Witka. Dla jego mamy”.

Leszku, jak tam z twoją pracą? próbowałam zmienić temat. Mówiłeś, że miałeś rozmowę w zeszłym tygodniu.

Daj spokój. Sami idioci. Przyszedłem na rozmowę, młody siedzi, dwadzieścia pięć lat, pyta o komputer Mówię mu: Gnojku, ja pracowałem, jak ty pod stołem chodziłeś!” A on, że nie pasuję. Olałem ich. Może otworzę własny biznes, tylko muszę uzbierać… Apropos, Witek pięć stówek pożyczysz do pierwszego? Bo rury przeciekają, hydraulika trzeba.

Zamarłam z salaterką w ręce.

Leszek, nie oddałeś jeszcze poprzednich dwóch tysięcy za naprawę auta powiedziałam spokojnie.

Leszek zarumienił się, przeszedł do ataku.

O, księgowa się odezwała! Witek, patrz jak cię trzyma. Krok w lewo strzał w łeb. Ja brata proszę, nie ją! Faceci mają swoją sprawę. Tak zdominowany jesteś pod pantoflem, że nawet bratu nie pomożesz?

Witek spojrzał raz na mnie, raz na brata.

Leszek, serio, nie mamy teraz luźnej gotówki. Ostatnio kredyt dom zamknęliśmy…

No jasne, patrzcie na ten stół! wtrącił się Leszek, wskazując kaczkę. Jak u hrabiów. Kawiorek, łosoś A bratu szkoda. Cała Ela sknera. Wszystko dla siebie, w dupie rodzina!

Leszku, zjedz może pierożka… próbowała ratować atmosfera teściowa.

Tak, już widzę jak się stara… Przed szefem pewnie jeszcze bardziej? Leszek puścił oko do Witka, aż mi dech zaparło. Słyszałem, Ela, że awans dostałaś? Zastępcą kierownika jesteś? To za co? Za oczy, czy za wieczory w pracy?

Zamilkli wszyscy. Nawet ciotka Zośka przestała mlaskać.

Leszek, co ty wygadujesz? Witek podniósł głos.

Prawdę! Tą, o której wszyscy myślą! Leszek był już kompletnie odhamowany. Szarpiesz się za byle grosz, a twoja baba karierę robi! Myślisz, że cię kocha? Z litości z tobą żyje! Jesteś pantofel i tyle!

I wtedy coś we mnie pękło.

Milcz powiedziałam stanowczo, choć dłoń mi drżała.

Ależ się rozkazała! roześmiał się Leszek. Cóż, prawda w oczy kole? Zawsze się zastanawiałem, czemu Witek z tobą jest. Ani piękna, ani łatwa w obyciu. Moja Jola przynajmniej atrakcyjna była, a ty… cicha mysz, której się wydaje, że jest królową.

Spojrzałam na Witka. Czekałam… A on wciąż jakby wtopiony w krzesło, biały od napięcia.

Jeśli nie ty, to ja.

Wstałam. Otrzepałam sukienkę. Lód w głosie:

Wstań i wyjdź.

Leszek aż parsknął śmiechem.

Co? Masz gorączkę?

Powiedziałam: wyjdź teraz z naszego mieszkania.

Przecież to mieszkanie także mojego brata! Słyszysz, Witek? Wygania mnie! Oponuj!

Witek spojrzał na mnie, na moje zacięte usta I zrozumiał, że jak się nie opowie, wszystko się rozsypie.

Leszek, wyjdź powiedział już mąż, cicho, ale bezdyskusyjnie.

Leszek otworzył usta. Spodziewał się płaczu, darcia szat. Ale nie jedności.

Zgłupieliście oboje?! Mamo, widzisz?! Rodzona krew, a mnie wyganiają! Z powodu żartu!

To nie był żart, Leszek powtórzyłam, wskazując drzwi. Oplułeś mnie, upokorzyłeś brata u jego stołu. Jesz moje jedzenie, pijesz nasze wino, a wyzywasz nas. Moja cierpliwość się skończyła. Piętnaście lat milczałam dla zgody. Ale nie pozwolę, żeby moje mieszkanie stało się śmietnikiem twojego chamstwa!

Idźcie wy do diabła! Leszek zerwał się, przewracając kieliszek czerwone wino rozlało się po obrusie jak rana. Siedźcie tu, wy, pseudointeligencja! Więcej mnie tu nie będzie!

I bardzo się z tego cieszę odpowiedziałam spokojnie. I pieniędzy więcej nie dostaniesz. Ani teraz, ani nigdy. Chcesz mieć biznes znajdź robotę.

Zgarnął zbrudzoną butelkę wódki spod stołu (Straty nie będzie!, zobaczyłam w jego oczach), zatrzymał się na korytarzu.

Witek, będziesz żałować! Brata zamienił na babę! Pantofel! Tfu!

Drzwi trzasnęły, aż się szklanki zatrzęsły w kredensie.

Zapadła cisza, tylko tykanie zegara i ciężki oddech teściowej. Przyłożyła chustkę do ust, łzy jej się szkliły w oczach.

Ela… jęknęła łamiącym się głosem czemu aż tak? On nie chciał źle. Taki nieopanowany. Wypił…

Odwróciłam się z trudem, ale stanowczo.

Pani Ireno powiedziałam miękko, ale pewnie. Nieopanowany śmieje się za głośno. Kto obraża kobietę i brata, ten łajdak. I nie pozwolę, by dom był rynsztokiem na jego selektywną szczerość. Chce go Pani żałować proszę bardzo, ale nie tutaj.

Milczała. Ciotka Zośka nagle brzdęknęła widelcem.

A kaczka pyszna, Ela! zawołała. Masło w ustach! I dobrze zrobiłaś, że mu się postawiłaś. Już na weselu nadepnął mi na nogę i jeszcze mnie wyśmiał. Witek, zalej mi wina, bo mam nerwy.

Wszystko się rozładowało. Witek, jakby się obudził, łapał butelkę dłoń trochę mu drżała, ale spojrzał na mnie tak dziękczynnie, z szacunkiem, którego dawno nie widziałam.

Przepraszam szepnął, nalewając mi domowej nalewki. Powinienem był sam…

Nic się nie stało dotknęłam go lekko po dłoni. Ważne, że jesteśmy razem. I że jego już tu nie ma.

Reszta wieczoru była zaskakująco przyjemna. Powietrze się rozjaśniło bez Leszka; żarty już były miłe, wspominki rodzinne bez złośliwości. Teściowa, na początku naburmuszona, po szklance nalewki i kawałku tortu Napoleon odpuściła i nawet podśpiewywała z ciotką.

W końcu zostaliśmy z Witkiem sami z górą garów. Opadłam na krzesło, patrząc na ślad wina na obrusie.

Obrus się już nie dopierze westchnęłam. Szkoda. Od mamy.

Objął mnie od tyłu.

Eluś, obrus na śmietnik. Kupi się nowy. Dziesięć nowych. Dzisiaj byłaś nie wiem nawet jak to ująć. Genialna. Głupio mi, że tyle lat dałem mu zatruwać ci życie. Przyzwyczaiłem się starszy, głośniejszy, jemu można wszystko. Mama zawsze: Ustąp Leszkowi, trudny jest. To ustępowałem.

Wiem, Witek. Trudno zerwać stare nawyki. Ale jesteśmy rodziną. Kryształową. Kruchą, ale piękną. I nie pozwolę rozbić jej jakiemuś chamowi i jego śrubokrętom z Pepco!

Zaśmialiśmy się razem. Napięcie zeszło.

A wiesz, co najlepsze? Witek wziął do ręki paczkę od brata. Ten sam zestaw już mam On mi to samo dał na Wigilię trzy lata temu. Chyba wtedy zabrał, a dzisiaj ponownie podarował.

Widzisz uśmiechnęłam się przynajmniej stabilność.

Następnego dnia telefon Witka nie przestawał dzwonić. Leszek. Witek długo patrzył na ekran, popatrzył na mnie z książką i kawą, po czym przyciszył do zera i przewrócił aparat ekranem do dołu.

Nie odbierzesz? spytałam.

Nie. Niech wyśpi się. Może więcej nie odbiorę. Wiesz, podobało mi się to wczorajsze cicho.

Mama będzie się zamartwiać zauważyłam.

Przeżyje. Musi się przyzwyczaić, że my też mamy zęby. Ba, my teraz gang!

Gang zgodziłam się wielbicieli ciszy i kaczki z jabłkami.

Tydzień później dowiedziałam się od teściowej, że Leszek wszędzie rozpowiada, jak własna bratowa bez powodu wyrzuciła go za drzwi, a biedny brat pokornie milczał pod pantoflem. Rodzina kiwa głowami, współczuje, a jednak coraz częściej zaprasza się do nas w gości i wszyscy, o dziwo, są uprzejmi. Widocznie sława, że tu chamstwa się nie toleruje, przydała się lepiej niż alarm.

A obrus się jednak! odprał. Babcinym sposobem: sól i wrzątek. Jak Leszka z naszego życia. Trochę wysiłku, trochę szczypania i znów jest czysto.

Rate article
Fajna Tajna
Wygoniłam szwagra od świątecznego stołu po jego chamskich żartach