Dzisiaj czuję się tak, jakby czas się zatrzymał. Piszę to, by uporządkować myśli.
Od pierwszego dnia na uczelni dwie dziewczyny zwróciły na siebie uwagę. Obie ładne, trochę do siebie podobne. Od tamtej pory zawsze były razem.
Marta wierzyła, że zasługuje na coś więcej niż życie w małym miasteczku, jak jej rodzice. Mama pracowała w sklepie, ojciec był murarzem, no i oczywiście pił. Po maturze oznajmiła, że wyjeżdża do Warszawy.
Rodzice wzdychali, ale nie protestowali. Uznali, że może jej się powiedzie lepiej niż starszej córce, która kiepsko wyszła za mąż i teraz sama wychowywała dwoje dzieci. Nie mogli przysyłać wiele pieniędzy, ale warzywa z ogródka i przetwory wysyłali z okazją. Sąsiadka pracowała jako konduktorka w pociągach na trasie do Warszawy.
Gdy dotarła do stolicy, Marta postanowiła, że zrobi wszystko, by nie wracać. Z Kasią się zaprzyjaźniła głównie dlatego, że ta była rodowitą warszawianką. Jej ojciec był lekarzem, matka – ekonomistką. Porządna, inteligencka rodzina.
Kasia współczuła Marcie, a ta to wykorzystywała. Narzekała, że buty się rozpadają, a na nowe nie ma pieniędzy. Kasia od razu pożyczała swoje. Nie ma w czym iść na imprezę? Kasia oddawała nową sukienkę, na szczęście miały podobną figurę. Marta często zostawała u koleżanki na noc, zwłaszcza w czasie sesji. W akademiku nie dało się uczyć.
Marta nienawidziła nauki, ale wkuwała, choć marzyła o klubach. Nic, skończy studia, zaczepi się w Warszawie – wtedy się wyszaleje.
Kasi wszystko przychodziło łatwo. Marta jej zazdrościła, choć tego nie okazywała. Jak to często bywa, obie zakochały się w tym samym chłopaku – przystojnym, wysportowanym. Przyjechał do Warszawy z wojskowego miasteczka, gdzie służył jego ojciec. Wkrótce stworzyli trójkę, wszędzie chodzili razem.
„Dawid, to ty z nimi po kolei czy razem? Podziel się jedną” – żartowali koledzy.
Nawet wykładowcy pytali, w kim się zakochał.
Dawid ignorował docinki. Wolał spokojną, łagodną Kasię, ale bał się to pokazać, by nie myśleli, że wybrał ją przez warszawskie korzenie.
Na wykładach „przypadkiem” dotykał jej kolanem, pochylał się, jakby chciał coś powiedzieć. To, czego nie widzieli innTymczasem Marta, stojąc w cieniu drzewa, przyglądała się im przez okno, zaciskając pięści, aż paznokcie wbiły się w dłonie.



