Wiesz, jak to jest… Po pracy Zofia wpadła do sklepu kożuchowskiego Biedronki. Już stała w kolejce do kasy, gdy nagle zobaczyła ciocię Jadzię. Kiedyś pracowały razem z mamą Zofii. Zawsze, gdy się spotykały, Zofia zatrzymywała się na pogawędkę.
Zapłaciła, odeszła od kasy i czekała na ciocię Jadzię przy wyjściu.
– Dzień dobry, ciociu – powiedziała Zofia, gdy starsza kobieta podeszła. – Dawno cię nie widziałam.
– Zosiu, kochanie, chorowałam, nie wychodziłam z domu. Chodź, muszę ci coś powiedzieć.
Zofię zaczęło coś ściskać w żołądku. Bartek ma szesnaście lat, trudny wiek. A trzynastoletnia Hania już zaczyna się stroić. Może coś przeskrobała? Torba z zakupami ciążyła, wbijała się w dłonie. Może powiedzieć, że się śpieszy? Nie zdążyła. Ciocia Jadzia przycisnęła głos, nachylając się do jej ucha:
– Nie myśl, że plotkuję. Widziałam na własne oczy. Ty mi nie jesteś obca, przecież widziałam, jak dorastałaś… Twój Rafał zachodzi do tego domu naprzeciwko, do młodej kobiety. Jak tylko wejdzie, zaraz zasłania firanki.
Zofię najpierw oblał zimny pot, potem gorąco. Nigdy by się nie spodziewała czegoś takiego po Rafale.
– Postanowiłam ci powiedzieć. Samą mnie to męczy. Macie dwoje dzieci. A jeśli tam to coś poważnego? Może bym z nim pogadała, póki jeszcze czas…
– Dobrze… Dziękuję, ciociu – Zofia odsunęła się, ruszyła szybko w stronę domu, próbując uciec od jej współczującego wzroku. Zapomniała nawet, że mieszkają w sąsiednich blokach.
Zdyszana, długo nie mogła trafić kluczem do zamka. W końcu weszła, opadła na pufik, postawiła torbę. Upadła, coś się wysypało. Zofia nawet nie zauważyła, ogłuszona tą wiadomością. Hałas przyciągnął Hankę, która zaczęła zbierać rozsypane produkty.
– Zanieś to do kuchni, ja zaraz przyjdę – powiedziała Zofia, odprawiając córkę.
„Jak on mógł? Widziała ciocia Jadzia, widzieli inni. A dzieci? A ja nic nie zauważyłam…” – myślała, zdejmując płaszcz.
– Mamo, źle wyglądasz… – zaczęła Hania.
– Idź do pokoju. Daj mi chwilę – odparła ostro Zofia.
Hania zawahała się, ale w końcu zostawiła ją samą.
„Dobrze, że Rafała nie ma. Będę miała czas się uspokoić. Inaczej rzuciłabym mu to w twarzą od progu. Emocje to zły doradca.”
Wstała, poszła do kuchni, nalała wody i piła małymi łykami, starając się uspokoić. Zaczęła przygotowywać obiad, ale wszystko wypadało jej z drżących rąk.
Kotlety już się rumieniły, wystarczyło tylko podgrzać ugotowany wcześniej makaron. Co chwila zerkała przez okno, próbując znaleźć okno cioci Jadzi i to drugie, naprzeciwko.
Drgnęła, gdy usłyszała zgrzyt klucza. Odwróciła się do kuchenki. Po chwili poczuła za sobą jego obecność.
– Pachnie przepierniczo – rzucił Rafał.
– Przebierz się i umyj ręce, zaraz jemy – jej głos brzmiał ostro, jak napięta struna.
– Coś się stało? – podszedł, zajrzał jej w oczy.
– Spotkałam ciocię Jadzię – Zofia przełknęła ślI te słowa padły jak grom, a gdy Zofia spojrzała w oczy Rafała, zrozumiała, że ciocia Jadzia mówiła prawdę.



