Wszystko przez ciebie…
Lipcowy upał był nie do wytrzymania. Powietrze gęste, ciężkie od wilgoci i kurzu. Marta oddychała ciężko, rozdymając nozdrza. Serce waliło w piersi jak zmęczone młotem, błagając o odpoczynek i chłód.
U teściowej w sobotę urodziny – z mężem pojadą na działkę. Marta bardzo tęskniła za synkiem, ale na wsi było mu lepiej niż w zatłoczonym mieście. Wyobrażała sobie, jak będzie siedzieć w cieniu rozłożystych jabłoni, pić zimną wodę ze źródła, oddychać czystym powietrzem… Ale do soboty trzeba było jeszcze dotrwać. A upał jakby się z niej naigrawał, nie zamierzając ustąpić. Czekaliście na lato? Marzyliście o słońcu? Proszę bardzo, tylko nie narzekajcie później.
Autobusy w godzinach szczytu wypchane były spoconymi, klejącymi się ciałami, a duszna przestrzeń nad głowami przypominała niewybuch – wystarczyła iskra, by napięcie eksplodowało. Iść pieszo też nie było lekko, ale po drodze można było wchodzić do sklepów, ochładzać się pod klimatyzacją i zbierać siły na kolejny etap marszu do domu.
Przed sobą zobaczyła budynek centrum handlowego i przyspieszyła kroku, tak bardzo chciała znaleźć się w zasięgu chłodnego powietrza. Wreszcie weszła, wdychając pełną piersią orzeźwienie. Serce odwdzięczyło się spokojniejszym rytmem.
Marta powoli szła między sklepikami, czasem wchodząc do któregoś, przyglądając się towarom i szukając prezentu dla teściowej. Ta oczywiście zawsze mówiła, że ma wszystko, że nie trzeba wydawać pieniędzy na podarunki, bo liczy się tylko uwaga. Ale Marta widziała ten błysk zadowolenia w jej oczach, gdy dostała coś niezwykłego.
Nie wybrawszy nic, skierowała się ku wyjściu. Po drodze natknęła się na mały otwarty stragan z różnościami – od długopisów i spinek po złotą biżuterię. Zatrzymała się, by przedłużyć przyjemność chłodu, zanim znów wyjdzie na rozgrzaną słońcem ulicę. Jej wzrok prześlizgnął się po półkach z błyskotkami i zatrzymał na nietypowej wazie z wąską szyjką, zdobionej jakby mozaiką z kolorowych kamieni. Nigdy czegoś takiego nie widziała.
– Proszę pokazać – poprosiła młodą sprzedawczynię.
Waza okazała się ciężka, wykonana z metalu. Po powierzchni biegła gruba, metalowa nić, dzieląc ją na nierówne komórki wypełnione emalią – nie jaskrawą, ale jakby przyprószoną pyłem. Wyglądała jak starożytny artefakt. Pośród barwnego drobiazgu prezentowała się obco, dostojnie i efektownie.
– Ile kosztuje? – zapytała Marta.
Podana cena sprawiła, że jej oczy się zaokrągliły.
– Ręczna robota. Więcej takich nie ma – z dumą odparła dziewczyna.
– To część jakiejś kolekcji? Skąd pochodzi?
– Robi to jeden niepełnosprawny. Piękne rzeczy, ale rzadko kto kupuje – za drogie.
– Wezmę – powiedziała Marta, ulegając nagłemu impulsowi.
Pomyślała, że róża na długiej łodydze będzie w niej wyglądać cudownie. Ozdobi każde wnętrze. Teściowa na pewno doceni – zawsze lubiła rzeczy niebanalne.
– Czy można ją jakoś ładnie zapakować? – poprosiła.
– Spróbuję coś znaleźć – odparła sprzedawczyni, schylając się pod ladą.
Czekając na zapakowanie prezentu, Marta przyglądała się drobiazgom na wystawie. Do stoiska podeszła młoda kobieta o wymęczonej, bladej twarzy – zresztą w tym upale wielu tak wyglądało.
– Cześć, Kasia. Widzę, waza się sprzedała?
– Tak. – Dziewczyna wyprostowała się i spojrzała z ukosa na Martę. Kobieta tego nie zauważyła lub nie chciała zauważyć. – Przeleję pieniądze, jak tylko będę mogła – powiedziała sprzedawczyni.
– Dobrze, w takim razie jutro przyniosę coś jeszcze – pożegnała się kobieta i odeszła.
Marta nie mogła sobie przypomnieć, skąd ją zna. Nie tylko gdzieś widziała, ale właśnie *znała*. Patrzyła za nią. Coś drażniło pamięć. Danuta… To Danuta!
– Podoba się? – spytała sprzedawczyni, kładąc przed Martą eleganckie zawiniątko z bujną, czerwoną kokardą. – Dopłaci pani dwieście złotych.
Marta przyłożyła kartę do terminala, wzięła prezent i, nie czekając na paragon, ruszyła za kobietą.
Danuta szła powoli, nie rozglądając się, z głową pochyloną, jakby rozwiązywała w myślach trudne równanie.
– Danuta! – zawołała Marta.
Kobieta zatrzymała się i odwróciła. Przez chwilę wpatrywały się w siebie.
– Nie poznałaś mnie? Jestem Marta.
– Owszem, poznałam – odparła Danuta bez cienia radości. – Prawie się nie zmieniłaś, w przeciwieństwie do mnie – uśmiechnęła się kwaśno. – Kupiłaś tę wazę? – Skinęła głową w stronę zawiniątka w rękach Marty.
– Tak. Jest przepiękna. W sobotę urodziny u teściowej, postanowiłam jej podarować. Dziewczyna powiedziała, że robi to jakiś niepełnosprawny.
– Mój mąż – odpowiedziała Danuta.
Szły powoli w stronę wyjścia. Marta dostosowała krok do jej tempa.
– Myślałam, że to starożytna rzecz. Twój mąż jest artystą? – dopytywała się Marta.
– I artystą też. Tylko nie mów, że nic nie wiesz. Spadłaś z Księżyca? Zresztą, zawsze żyłaś w swoim świecie. To Tomek to robi.
– Tomek? Ale dziewczyna powiedziała, że robi niepełnosprawny.
– No i właśnie on jest niepełnosprawny. Po wypadku nie chodzi i już nigdy chodzić nie będzie. Przynajmniej zarobi na kawałek chleba. Trzeba jakoś żyć. Wejdźmy do kawiarni, posiedzimy. Na zewnątrz nie ma ochoty wychodzić.
Weszły do kawiarni na lewo od wyjścia i usiadły przy jedynym wolnym stoliku, tuż przy drzwiach. Chętnych do odpoczynku w chłodzie przed dalszą drogą do domu czy załatwieniem spraw nie brakowało. Kelnerka podeszła, kładąc przed każdą z nich menu.
– Proszę nam przynieść zielonej herbaty i lody śmietankowe na dwie – poprosiła Danuta.
Kelnerka skinęła głową, zabrała menu i odeszła.
– Dziwne, właśnie o tobie myślałam. W ogóle ostatnio często cię wspominam. A tu nagle widzę, jak kupujesz wazę Tomka –Wróciwszy do domu, Marta długo patrzyła na zakupioną wazę, jakby w jej barwnych wzorach ukryta była odpowiedź na pytanie, czy los dałby się oszukać, gdyby przed laty wybrała inaczej.



