Samochód pędził przez nocne miasto. W środku siedzieli mężczyzna i kobieta. Dla postronnego obserwatora mogli wyglądać jak małżeństwo spieszące do domu, do pozostawionych tam dzieci.
– Możesz jechać szybciej? – nerwowo poprosiła kobieta.
– Niebezpiecznie tak szaleć. Miasto tylko wydaje się puste. Kiedy w końcu mu powiesz o nas? Ile jeszcze będziemy się spotykać po kryjomu, bać się wpadki? Dlaczego zwlekasz? Powiedz mu, wszystkim będzie lżej – powiedział mężczyzna.
– Lżej? Komu? Nam może, a Zosi? Kocha ojca. On też ją kocha. Co z nimi będzie, gdy się dowiedzą? To okrutne – broniła się kobieta.
– A oszukiwać go tak długo to nie okrucieństwo? Myślisz, że się nie domyśla? Mam dość dzielenia cię z nim. Chcesz, żebym sam mu powiedział, po męsku?
– Nie rób tego, proszę. Ja to zrobię. Daj mi czas. – Kobieta złapała dłoń kierowcy i mocno ją ścisnęła. – Też cię bardzo kocham. Ale nie naganiaj mnie. Obiecuję, że niedługo porozmawiam z mężem.
Mężczyzna odwrócił głowę, spotkał jej wzrok i pocałował ją.
Zza zakrętu wypadł czarny SUV, niosąc ze sobą śmierć. Krzyk kobiety zginął w huku i zgrzytaniu metalu…
***
Dźwięk telefonu przebił się przez sen. Dominik przez chwilę wisiał między jawą a snem, aż w końcu otworzył oczy.
Kasia zadzwoniła o ósmej wieczorem, mówiąc, że się spóźni. Jakaś przyjaciółka ma problemy, nie może jej zostawić w takim stanie. Obiecała wszystko wyjaśnić później. Nie zdążył zapytać, o którą przyjaciółkę chodzi i co to za „stan”. Mógłby oczywiście obdzwonić te, których numery miał w telefonie, ale uznał to za upokarzające – dla siebie i dla żony.
Podejrzenia zaczęły się dwa miesiące temu. Kasia coraz częściej zostawała po godzinach, a w weekendy nagle gdzieś znikała. Nagle miała mnóstwo przyjaciółek w „nagłych sytuacjach” wymagających jej obecności.
Sięgnął po telefon na szafce nocnej. Nieznany numer. Serce ścisnęło się złym przeczuciem.
– Słucham? – ochrypłym od snu głodem odezwał się Dominik.
– Kapitan Nowak. Czy to pan, mąż Katarzyny Nowickiej?
– Tak.
– Pańska żona miała wypadek… Jest w ciężkim stanie, trafiła do szpitala na ulicy Szpitalnej…
– Żyje? – zapytał drżącym głosem.
– Tak, ale…
– Tato, to mama? – W drzwiach stała dziesięcioletnia Zosia, patrząc na ojca przestraszonym wzrokiem.
Dominik przełknął ślinę.
– Nie. To… Mama jest w szpitalu. Miała wypadek.
– Umarła?
– Nie, co ty. Żyje – pospieszył się Dominik.
– Ale pytałeś… Tato – Zosia rzuciła mu się na szyję, ściskając tak mocno, że nie mógł złapać tchu. – Jedźmy do niej. Boję się.
Dominik odsunął ją delikatnie i posadził na łóżku.
– Nie, szpital jest zamknięty, nie wpuszczą nas. Rano pojedziemy. A teraz spać, bo przyjedziemy zmęczeni, a co mama powie? – Przymusił się do uśmiechu.
Zosia skinęła głową i wyszła. Położył się z powrotem. Za oknem wschodził już świt. Spojrzał na zegarek w telefonie przed odebraniem – wpół do trzeciej.
Musiał się uspokoić. Przyłożył dłoń do klatki piersiowej – serce waliło jak szalone.
***
Rano pojechali do szpitala. Zostawił Zosię na korytarzu i wszedł do gabinetu lekarskiego.
– Pan mąż? – zapytał lekarz w jego wieku.
– Tak. Co z moją żoną?
– Operowaliśmy ją. Poważny uraz głowy, złamania… Jest w śpiączce.
– Jak do tego doszło? Ona nie prowadzi.
Lekarz rozłożył ręce.
– Wiem tylko, że w samochód, w którym jechała pańska żona, uderzył SUV. Obaj kierowcy zginęli na miejscu. Pańskiej żonie się poszczęściło. Nie ukrywam – stan jest krytyczny. Robimy, co możemy. Organizm młody, ma szansę.
– Mogę ją zobaczyć? Jest ze mną córka.
– To pana decyzja. Wygląda… nie najlepiej. Ale obecność bliskich czasem czyni cuda. Chodźmy.
– A kto był z nią w samochodzie? – zapytał Dominik, idąc za lekarzem.
– To już policja. Krótko tylko – otworzył drzwi.
Dominik nie poznał Kasi. Głowa w bandażach, twarz w siniakach. Obca. Na kołdrze leżała dłoń z obrączką. Jej dłoń.
– Mamo! – Zosia podeszła do łóżka, pogłaskała jej rękę. – Śpi?
– Tak. Operowali ją. Mogliśmy tylko na nią spojrzeć.
***
Do domu jechali w milczeniu. Zadzwonił do teściowej, prosząc, by zajęła się Zosią – musiał pojechać do pracy.
Barbara Wójcik weszła do mieszkania, ocierając łzy chusteczką.
– Może zabiorę Zosię do siebie? Teraz nie jesteś w stanie się nią zająć. – Zwróciła się do dziewczynki: – Pojedziesz do babci?
Zosia przytaknęła.
– Mówiłam jej… Ale czy ona kogoś słucha? – Barbara zanosiła się płaczem, aż nagle urwała, widząc pytające spojrzenie Dominika.
– O czym pani mówiła Kasi?
Zakręciła głową, wysmarkała się.
– Mów pani. I tak się dowiem.
– Przepraszam, Dominiku… Mówiłam, że to się źle skończy. – Machnęła ręką z chusteczką. – Powtarzała tylko: „Kocham go, nie mogę bez niego żyć…” Oszalała. Ojej, przepraszam, że tak… Lepiej by było, gdyby…
Dominik znów poczuł ból w klatce. Wiedział, zauważał zmiany, ale udawał, że nic się nie dzieje.
– Kto to?
– Tomek Zieliński. Zakochany w Kasi od szkoły. Potem wyjechał za granicę, a gdy wrócił…
Zieliński. Widział go raz. Czasem podwoził Kasię po pracy, czekał na parkingu. Biegła do niego jak do prezentu.
Dwa miesiące temu też po nią przyjechał. Zobaczył ją z jakimś mężczyzną. Patrzyli na siebie jak zahipnotyzowani. Od razu było widać, że łączy ich więcej niż znajomość.
Wysiadł. Kasia zbladła, potem udawała niewiniątko: „Dominiku, to Tomek, kolega ze szkoły!”. Przedstawili się, ale nie podali sobie rąk. Od pierwszDominik wziął głęboki oddech, ścisnął dłoń Kasi, która teraz już na zawsze będzie tylko jego, i ruszył w drogę do domu, gdzie czekało na nich nowe życie, razem.



