Sąsiedzi doskonale wiedzieli, że Stanisław to niedołęga. Raz cielak, kiedy indziej osioł, czasem pies. Przezwiska zmieniały się zależnie od winy. Rozmiar jego głupstw bywał różny, gniew żony też miał różną siłę. Halina dla męża była: Zajączkiem, Liską, Słoneczkiem lub Jaskółką. Słysząc jej wrzaski, ludzie myśleli, kiedy ten baran przyłoży zajączkowi, lecz wspomniawszy, że to cielak bez rogów, wnosili: nigdy. Staś potrafił udawać głuchoniemego, milcząc na krzyki i obelgi żony. Właśnie to spokojne obojętne znoszenie jej wściekłości wywoływało u niej długie napady złości. Wykrzyczana, Hala wychodziła z domu. Gulczyca ściskała jej gardło. Twarz pokrywały czerwone plamy, dłonie drżały, głos chrypiał. Pragnęła ryknąć płaczem, lecz łez nie było. A Staś ku odchodzącej cichutko pytał: ,,A gdzie to, Zajączku?”
Pierwsze lata po ślubie płynęły zgodnie, cicho i spokojnie. Gdyby ktoś wówczas rzekł, iż po kilku latach spokój zamieni się w kłótliwy zgiełk – Halina nie uwierzyłaby. Wyszła za ukochanego, za tego, w którym duszę pokładała, a nie za tępego osła. Staś pracował jako spawacz, nie pił, nie palił, był spokojny jak niedźwiedź w gawrze, zawsze pogodny, ze wszystkim zadowolony. Żony pijaków i ladies’ manów stawiały go za wzór, dlatego Hala była dumna. Dzieci postanowili nie mieć od razu. Trzeba było postawić drewutnię, garaż, kupić samochód. Kombinat przydzielił dom i Hala pragnęła go urządzić jak z obrazka.
Stanisław bywał opieszały, może leniwy. Robotę zostawiał sobie na później, śmiejąc się mówił: ,,Robota nie zając, nie ucieknie. Czasem warto odczekać, sama się załatwi. Po co się spieszyć? Ja uważam, że bez ochoty nie warto brać się do niczego. To nie praca, tylko samowyzysk”. A szczególnej chęci do bycia pierwszym w robocie nie miał. Halina brała się za wszystko i szło jej nie gorzej niż Stasiowi: przekopać ogród, pomalować dom, skosić trawę, nałupać drewna na opał. Szczęściem, dom miał wodę w kranie, nie musiała dźwigać wiadra. Sanitariaty były. Szybciej i lepiej zrobiła sama, niżby namówiła męża. Pewnej nocy obudził ich straszny huk z kuchni. Okazało się, że kafelki, które układał Staś, osunęły się z góry na dół. Hala nazwała go niedojdą i nazajutrz sprowadziła fachowca z dobrymi łapami.
Pewnego wieczoru wróciła z roboty i nie poznała swego ogródka: cały był rozbuchtany przez kopyta sąsiedzkiej krowy, kwiaty połamane, bo Stanisław nie zamknął furtki. Z dniem każdym powolność, lenistwo, obojętność męża irytowały Halę coraz bardziej.
Obok ich domu stał pusty dom-sierota. Starzy dawno pomarli, spadkobiercy początkowo kosiły chwasty, lecz w końcu porzucili zagrodę. Lecz pewnego dnia pod dnia podjechał luksusowy samochód. Przyjechał wnuk dziadka Kazimierza, który osiedlił się tu z rodziną na stałe. Długo harował w Katowicach, tam się ożenił, a teraz wrócił w rodzinne strony. Katowice były dla zarobku, lecz dla życia najlepsza była mała ojczyzna. Daniel zaczął remontować stary dom. Wtedy pokazał Halinie, co znaczy tęga robota. Pokazał klasę budowlańca, spawacza, elektryka, a przy nim nigdy nie było jego żony. Ona zajmowała się domem i szkrabem.
Halina, patrząc na sąsiada, czuła narastającą wściekłość na męża. Zmęczyło ją bycie silną, pragnęła być słaba i dbała. Wielokrotnie podpowiadała, kierowała męża na robotę właściwą dla każdego chłopa, ale Staś nie był przywódcą, na drugoplanowej roli żyło mu się wygodnie. Zmęczona Hala częściej się złościła, częściej rzucała obelgi. Ludzie uznali ją za rozwydrzoną babę, jego za nieszczęsnego chłopa. Zaczęła rozmyślać o rozwodzie, nie była w stanie wiecznie wieźć tego wozu w gospodarstwie, coraz częściej stawiała sąsiada za wzór, na co Staś uśmiechał się i odpowiadał: ,,Cudze kozy tłuste i rogate”.
Staś nie łapał aluzji żony o rozwodzie. Takie kobiety męczyły się z pijakami, swawolnikami, a tu? Nie bita, nie przeklinana, kochana i rozwód. Nigdy nie dokuczał, robiła co chciała, chodziła gdzie chciała, pienią
I wszystka złość gdzieś uleciała, gdy Weronika zrozumiała, że spokojne życie z jej niespieszonym Pawłem, jak dobra księga kołysane latami, choć czasem nudnawe, było jednak o wiele cenniejsze niż gonitwa za próżnym blaskiem cudzych podwórek.
I tak siedzieli już w ciszy, słuchając tykającego zegara i własnych myśli, kołysanych latami jak dobra księga.



