Wstyd w marszrutce
Zofia Nowakowska śpieszyła do przystanku, przyciskając do piersi małą torebkę. Deszcz właśnie ustał, a asfalt lśnił mokrymi plamami pod szarym październikowym niebem. W torebce miała dwadzieścia złotych wszystko, co udało się uzbierać na leki dla męża. Andrzej znów narzekał na bóle pleców, a lekarz wypisał tak drogie tabletki, że emerytury nie starczało nawet na połowę opakowania.
Marszrutka podjechała do przystanku z charakterystycznym skrzypieniem hamulców. Zofia weszła po schodkach i podała kierowcy pięciozłotówkę.
Siedem złotych burknął, nawet na nią nie patrząc.
Jak to siedem? Wczoraj było pięć wyszeptała zmieszana.
Dziś siedem. Ceny poszły w górę warknął, niecierpliwie stukając palcami po kierownicy.
Zofia zawahała się. Siedem złotych oznaczało, że zostanie jej jeszcze mniej na lekarstwa. Może iść pieszo? Ale do apteki było trzy kilometry, a w domu czekał Andrzej, cierpiący…
Proszę pani, może pani przejdzie? rozległ się głos z głębi autobusu. Ludzie czekają.
Twarz Zofii zarumieniła się. Siegnęła do torebki, wyjęła jeszcze dwa złote i wcisnęła je kierowcy.
Dziękuję mruknął, nawet nie sprawdzając reszty.
Przeszła w głąb pojazdu, rozejrzała się. Wolnych miejsc nie było. Młody chłopak w słuchawkach wpatrywał się w telefon, obok niego dziewczyna coś zawzięcie pisała, nie odrywając wzroku od ekranu. W środku kobieta z małym dzieckiem na rękach kołysała je, nucąc cicho kołysankę. Dziecko marudziło, a ona wyglądała na wyczerpaną.
Niech pani siada powiedziała nagle, wskazując na swoje miejsce. I tak muszę stać, bo on nie da się odłożyć.
Co pani, dziękuję, postoję zaprotestowała Zofia.
Proszę siadać nalegała młoda matka. Widać, że pani zmęczona.
Zofia usiadła z wdzięcznością. Maluch spojrzał na nią dużymi, ciekawskimi oczami i nagle się uśmiechnął.
Jaki śliczny ucieszyła się mimowolnie. Ile ma miesięcy?
Osiem. Ząbki wychodzą, dlatego tak marudzi odpowiedziała zmęczonym głosem. Jedziemy do lekarza, może coś przepisze.
Ja też do apteki, mężowi leki na plecy. Strasznie go bolą.
Rozumiem. Moja teściowa też cierpi, ma artretyzm.
Marszrutka zahamowała na kolejnym przystanku. Wsiadła starsza pani z laską, powoli, ostrożnie wchodząc po schodach. Kierowca niecierpliwie zerkał w lusterko.
Szybciej, babciu, czas to pieniądz!
Kobieta z laską rozglądała się bezradnie. Wszystkie miejsca były zajęte. Chłopak w słuchawkach nawet nie podniósł głowy, wciąż wgapiony w telefon.
Młody człowieku zwróciła się do niego Zofia może ustąpi pan miejsce?
Wyjął niechętnie jeden słuchawk.
Co?
Starszej pani powtórzyła, wskazując głową na babcię.
A, no tak wstał, nie odrywając wzroku od ekranu.
Starsza kobieta skinęła z wdzięcznością i ostrożnie usiadła.
Dziękuję, moja droga powiedziała do Zofii. Jeszcze są dobrzy ludzie.
Zofii zrobiło się głupio sama też nie od razu zauważyła wsiadającą staruszkę, zagadana z młodą matką.
Marszrutka gwałtownie zahamowała na światłach. Pasażerowie pochylili się do przodu. Dziecko rozpłakało się.
Ostrożniej! oburzyła się matka. Dziecko jest!
Drogi takie, że jak nie chcesz, to trzęsie odciął się kierowca. Nie podoba się, to zamów taksówkę.
Nie każdego stać na taksówki cicho powiedziała starsza pani. Ja muszę dojechać do przychodni, a pieszo już nie dam rady.
Wszyscy teraz oszczędzamy przytaknęła Zofia. Ceny rosną, a emerytury te same.
No właśnie kiwnęła głową młoda matka. Ja na macierzyńskim, mąż sam pracuje. Każdą złotówkę liczymy.
W autobusie zapanowała cisza, pełna porozumienia. Pasażerowie wymieniali spojrzenia, potakiwali sobie. Każdy rozumiał, że inni też mają pod górkę, też muszą oszczędzać na każdym groszu.
Pamiętam, kiedyś w autobusach byli konduktorzy westchnęła starsza pani. Wszystko kulturalnie, bilet wydadzą, resztę podadzą
To były czasy zgodziła się Zofia. I ceny nie zmieniały się co dzień.
Co tam ceny włączyła się kobieta koło czterdziestki, siedząca przy oknie. Ludzie byli dla siebie milsi. Więcej szacunku.
Chłopak w słuchawkach uniósł głowę, zaczął przysłuchiwać się rozmowie.
Może to my staliśmy się obojętni? odezwał się niespodziewanie. Każdy żyje w swoim telefonie, nikogo nie widzi.
Zofia spojrzała na niego zaskoczona. Nie spodziewała się takich słów.
Mądrze mówisz skinęła starsza pani. Mój wnuk taki sam, ciągle w komputerze. A ze mną pogadać nie ma czasu.
Proszę opowiedzieć coś ciekawego zaproponował chłopak, chowając telefon. O dawnych czasach.
Starsza kobieta ożywiła się.
No co wam opowiem Ale może o tym, jak poznałam dziadka? Też w transporcie było.
Prosimy! odezwało się kilka głosów.
Jeździłam tramwajem, był rok pięćdziesiąty siódmy. A on stał obok, przystojny, w mundurze wojskowym. Nagle tramwaj zahamował, ja się potknęłam, a on mnie złapał. Tak się poznaliśmy.
Romansowo uśmiechnęła się młoda matka, kołysząc dziecko.
Romansowo potwierdziła z nostalgią. Przeżyliśmy razem sześćdziesiąt lat, aż do jego śmierci.
W autobusie zrobiło się cicho. Każdy pogrążył się w swoich myślach.
A ja z mężem poznałam się w kolejce po chleb wtrąciła Zofia. Stał przede mną, odwracał się, uśmiechał. Potem zaproponował, że mnie odprowadzi.
Dobrze, gdy jest z kim życie dzielić cicho powiedziała kobieta przy oknie. A ja zostałam sama, dzieci daleko.
Niech się



