Wstyd, mówię wam wszyscy dookoła już dawno wykopali ziemniaki, tylko u nas pole jak wyrzut sumienia. Sami byśmy dali radę, ale mnie reumatyzm dopadł, a matkę krzyż boli jak diabli.
Zenek, przyszedłem do ciebie nie bez powodu ojciec kręcił czapkę w rękach może pomoglibyście z matką wykopać te ziemniaki? Wstyd, mówię ci, wszyscy już porządek zrobili, tylko u nas bałagan. Sam bym poszedł, ale kolana nie dają już spokoju, a matkę całkiem skręciło w krzyżu.
Zenek, wciągając chodak na nogę, tylko mruknął pod nosem:
Po co wam tyle sadzić? Przecież nie głodujecie. Dziś, tato, nie mogę, jadę do miasta sprawunki załatwić.
Ojciec już chciał coś dosadnie powiedzieć, ale machnął ręką i wyszedł. Na podwórku złapał widły i kulejąc, ruszył na pole.
Jadwiga, opatuliwszy bolący kręgosłup wełnianą chustą, poszła za nim.
I co, Józku, dzieci przyjdą?
Zawył tylko:
A gdzie tam Bierz wiadro i zbieraj ziemniaki. Pięcioro wychowaliśmy, a żadnemu nie po drodze do rodziców pomóc. Brawo starsza, ruszaj się, może do wieczora choć trochę zdążymy.
W tym samym czasie Barbara, żona Zenka, robiła mu wyrzuty:
Co wy za ludzie jesteście, zawsze tylko dla siebie, każdemu żal pomagać. Wstyd straszny! Jakby moi rodzice żyli, to na skrzydłach bym poleciała, nawet się nie zastanawiała.
Zenek objął żonę ramieniem:
Masz rację, głupio wyszło. Przecież mieszkają obok, a odwiedzamy ich rzadko. Zrobimy tak wezmę dzień wolny w pracy, a ty dzwoń po resztę rodzeństwa.
Basia usiadła do telefonu, otworzyła notes z numerami.
Co? Nie możecie? Praca? Każdy pracuje, praca nigdy się nie kończy. Weźcie urlop, nie wstyd wam, że starzy się męczą, a wy nie możecie pomóc? Nie macie gdzie dzieci zostawić? Zabierzcie ze sobą! Na polu zdrowo, lepiej niż z tabletem przed telewizorem. Czekamy!
Raz prośbą, raz groźbą, Barbara przekonała wszystkich.
A tymczasem stary Józef przysiadł na chwilę.
No cóż, Jadwiga, tak to chyba doczekamy śniegu z tym kopaniem. Po cośmy tyle posadzili? Ty zawsze swoje: “a jak dzieciom nie wystarczy”. A gdzie te twoje dzieci? Palcem nie kiwną! Ile razy dawniej, pamiętasz? Całą rodziną się zebraliśmy, do południa wszystko było załatwione. Ehh, były czasy
Jadwiga nastawiła ucha:
Słyszysz? Jakby ktoś podjechał. Idź zobacz, kto to.
Józek powlecze się w stronę bramy… A tam śmiech, gwar. Jadwiga, trzymając się za plecy, też doczłapała.
Boże jedyny, ile ludzi! I dzieci nasze, i wnuki! Radość w domu.
No, tato, gdzie masz łopaty, widły i wiadra? wywołał Zenek.
Ojciec, przygłuszając łzy wzruszenia, po swojemu zagrzmiał:
Tam gdzie zawsze! Chyba już zapomniałeś?
I się zaczęło. Ktoś kopie, ktoś zbiera, ktoś nosi ziemniaki pod wiatę. Jadwigę skierowano do domu.
Synowe zakasywały rękawy, by wszystkich później dobrze nakarmić, ale Jadwiga nie usiedzi. Tu pokaże, tam podpowie. Jak dom na chwilę bez gospodyni zostawić?
Na polu śmiech, zabawa.
Pamiętasz, Zenek, jak mi w dzieciństwie ziemniaka w czoło rzuciłeś? Masz za swoje! śmiał się Staszek.
Dziadek żartobliwie pomrukiwał:
To wam się jeszcze chce zabawy? Zaraz po czterdziestce, a zachowują się jak dzieciaki.
Hurra! Pole wykopane, zielsko w porządną kupę złożone, ziemniaki pod wiatą. Czas coś przekąsić.
Rozłożyli wielki stół na podwórku. Wesoło, śmiechy, wspominają dawne dzieciństwo.
Jadwiga ukradkiem ociera łzę. Dobre dzieci. Sąsiedzi przechodzą, kłaniają się, chwalą. Ktoś z żalem o swoich dawno nie widzianych dzieciach opowiada.
Basia cicho spytała Zenka:
Co powiedziałeś w pracy?
Objął ją za ramiona:
Powiedziałem prawdę: rodzicom trzeba pomóc. Od razu mnie puścili. Mówią, że dla rodziców pomoc to rzecz święta.
W codziennym życiu nie wolno nam zapominać o rodzicach. Często wstydzą się prosić o pomoc, ale zawsze są szczęśliwi, gdy jesteśmy blisko. To nauczyłem się na nowo tego dnia.


