Wszystko stało się jasne już w szóstej klasie Karolina Nowak zostanie wspaniałym lekarzem. Pamiętam, kiedy sąsiad, mały Wojtek, spadł z huśtawki i potłukł się okrutnie kolano rozbite do krwi i głowa nielepiej. Widok nie dla wszystkich, ale nasza dwunastoletnia wtedy Karolina nie straciła zimnej krwi.
Zosiu, przynieś wodę, bandaż i wodę utlenioną! zawołała do przyjaciółki z klatki naprzeciwko. Bez szemrania dziewczyna pobiegła do domu.
Kiedy zdyszana pani Lucyna, mama Wojtka, już wiedziała co się stało i wpadła na plac zabaw, Karolina już wyczyściła i opatrzyła rany. Pani Lucyna oniemiała, że pomoc okazała właśnie dziewczynka. Uściskała Karolinę i stwierdziła:
Lekarką będziesz. I to nie byle jaką. Niektórzy lekarze nie zrobią połowy tego, co ty. Zuch dziewczyna!
W harcerskich wyjazdach Karolina była nieoceniona. Nikt nie chciał się zranić, ale przy Karolinie Nowak nie było tak strasznie.
Potem przyszło liceum, studia medyczne w Warszawie, specjalizacja, staż, kursy doszkalające. Pracując już jako lekarz, zdarzyło się Karolinie teraz już Karolinie Zielińskiej zastępować ordynatora oddziału diagnostyki.
W pracy Karolina cieszyła się szacunkiem koleżanek i kolegów. Zespół był świetny z jednym wyjątkiem. Dr Edward Januszewski, zastępca dyrektora ds. medycznych, starszy mężczyzna, lubił się upierać i wywoływać spory. Tylko czekał, żeby komuś prztykać. Karolina starała się nie dawać się prowokować, choć kosztowało ją to sporo nerwów.
Pocieszało ją tylko to, że spotykali się rzadko raz w tygodniu na komisji lekarskiej, gdzie omawiano diagnozy nowych pacjentów. Na tych spotkaniach nie było miło. Januszewski często spierał się z Karoliną, lubił wtrącać złośliwości, a to najwyraźniej sprawiało mu przyjemność.
Niemożliwy człowiek wzdychałem wieczorem przy kolacji do żony. Staram się zachować spokój, ale on jakby specjalnie mnie zaczepia.
Wygrasz z nim, zobaczysz uśmiechała się Ania. Masz w sobie taką dyplomatyczną cierpliwość, o jakiej wielu może marzyć!
Mama, to prawda potwierdził nasz 13-letni syn, Kuba. Gdybyś się znudziła lekarską robotą, idź do dyplomacji. Więcej płacą.
Dzięki, pomyślę zaśmiała się Karolina.
Zawsze była opanowana, ale przecież nie jest robotem. I miała przeczucie, że prędzej czy później emocje wezmą górę.
Na kolejnej komisji wszystko szło rutynowo, do czasu aż Karolina, jako lekarz prowadząca, zdawała relację o stanie pani około sześćdziesiątki.
Standardowo po prezentacji pacjent wychodził, a potem ordynator, lekarz prowadzący i dyrektor analizowali przypadek. Jednak tym razem pacjentka zdążyła jeszcze zapytać drżącym głosem:
Czy to bardzo poważne? Wyzdrowieję? Muszę wychować wnuczkę, jestem jedyną jej opiekunką…
I właśnie wtedy, zanim Karolina zdążyła ją pocieszyć, Januszewski huknął:
Z takim rozpoznaniem?! Ma pani chorobę tak zaniedbaną, że nikt przy zdrowych zmysłach niczego nie obieca. Dlaczego tak długo pani zwlekała?
Pacjentka pobladła, zadrżała jej broda, a Januszewski nakręcał się dalej:
Zawsze tak jest! Najpierw się leczycie na własną rękę, a dopiero jak jest źle, przychodzicie do lekarza! My cudotwórcami nie jesteśmy!
Pani wybuchła płaczem i wyszła z gabinetu. Karolina potem sama sobie wyrzucała, że nie zareagowała, ale zamurowało ją kompletnie. Krzyczeć na starszą, schorowaną osobę? Ordynator oddziału pokręciła głową z dezaprobatą.
Obie wiedziały, że Januszewski ma częściowo rację, ale przecież mógł się wyrazić znacznie łagodniej, z szacunkiem do swojego zawodu i wieku chorej.
Zerwała się w końcu z buzią do Januszewskiego.
Panie doktorze, jak pan może tak traktować ludzi?
Co złego powiedziałem? Nie jesteśmy czarodziejami! Chorobę najlepiej leczyć od początku, dobrze pani o tym wie.
Karolina widząc triumf na twarzy Januszewskiego, stwierdziła, że nie da mu satysfakcji.
Oczywiście, że w wielu przypadkach to jedyna możliwość. Ale nie wie pan, ile mnie kosztowało przekonanie tej kobiety, by podjęła leczenie. Uwierzła, że się uda. A pan w jednej chwili zburzył całą jej nadzieję.
Wzruszyła ramionami i poczuła, że nie chce już nawet z nim rozmawiać. Po chwili oddziałowa wyszła, a Karolina, zostając sama z Januszewskim, poczuła wręcz duszność. Wbiła wzrok w kąt i zajęła się papierami, na ile pozwalały jej emocje.
Wtem usłyszała za sobą nieśmiałe:
Pani Karolino…
Podniosła wzrok to był Januszewski. W ręce miał buteleczkę waleriany, a twarz miał blado spiętą.
Proszę… Niech pani wypije… I… przepraszam. Może pani ma rację…
Panie doktorze, i pan ma swoje racje już spokojniej odpowiedziała Karolina. Ale jeśli zabieramy ludziom nadzieję, odbieramy im też siłę do walki. Nieraz to ona decyduje o sukcesie leczenia.
Tak, tak, oczywiście… mruknął Januszewski.
Karolina wiedziała, że czas postawić sprawę jasno.
Panie Edwardzie, nie pozwolę nikomu, nawet panu, podważać mojej wiedzy ani podnosić głosu przy pacjentach. Nieważne, czy chodzi o salową, czy o ministra zdrowia.
Rozumiem, pani Karolino, słowo daję przytaknął.
Dobrze, jeśli zrozumiał pomyślała, zerkając na zegarek.
Za godzinę była już w sali tej starszej pacjentki pani Weroniki Kaczmarek. Przy łóżku stał bukiet tulipanów, a kobieta się uśmiechnęła.
Wyobrazi sobie pani? Przyszedł do mnie dyrektor… Kwiaty mi przyniósł, przeprosił. Powiedział, że zrobią wszystko, aby mnie postawić na nogi!
Bardzo dobrze, pani Weroniko! pogłaskała jej dłoń Karolina. Jeszcze pani cudów narobi, proszę wierzyć! Dziewczyna niejedna by się zawstydziła!
Ale z pani żartownisia! zaśmiała się pacjentka.
Po miesiącu pani Weronika wróciła do zdrowia. Na pożegnanie Januszewski wręczył jej bombonierkę Wedla.
Dla wnuczki powiedział lekko zmieszany.
Dziękuję! odparła kobieta.
A to dla pani wręczył jej bukiet róż.
Cudne kwiaty! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz dostałam kwiaty. Wielkie dzięki za wszystko!
Aż chce się rzec: Zapraszamy ponownie, ale niech pani lepiej przychodzi do nas tylko w odwiedziny! zażartował Januszewski.
Wszyscy obecni przecierali oczy ze zdumienia czy to ten sam surowy doktor Januszewski?
Z czasem Karolina z Edwardem Januszewskim wypracowali może nie przyjaźń, ale bardzo dobrą relację. Coraz częściej pili kawę razem po posiedzeniu komisji, czasem spotykali się w kawiarni za szpitalem.
Nie ma szczęścia w życiu… Może dlatego mam taki trudny charakter zwierzył się raz Januszewski. Przeżyłem już swoje, a tak naprawdę niewiele zdążyłem…
Jak to? Przecież jest pan szanowanym lekarzem!
To prawda, ale szczęścia jednak brakuje. Kiedyś je miałem… ale odeszło.
Karolina coraz częściej łapała się na tym, że go lubi. Ich relacja nie umknęła uwadze innych.
Co ty mu zrobiłaś? zapytała raz siostra oddziałowa Halina przy tradycyjnym piątkowym podwieczorku. Nawet zaczął się uśmiechać. Nieczęsto, ale jednak!
Na naszych szpitalnych podwieczorkach kobiety pielęgniarki, salowe, lekarze zawsze piekły ciasta czy smażyły naleśniki. Siedząc przy stołach, wszyscy delektowali się konfiturą śliwkową cioci Oli.
Teraz patrzyli na Karolinę z oczekiwaniem wielkiej tajemnicy.
Naprawdę nic szczególnego machnęła ręką. To proste. Wszystko zależy od nas samych. Najważniejsze to pewność siebie i szacunek do siebie. Bez tego ani rusz.
Łatwo pani mówić burknęła młoda salowa Zuza. Ale ja, jak widzę doktora Januszewskiego, to mnie cała paraliżuje.
Tak nie można myśleć odpowiedziała Karolina. Każdy zasługuje na szacunek do siebie, czy jest lekarzem, czy sprzątaczką.
No właśnie, szczególnie w kontakcie z takim wampirem energetycznym jak Edward dodała psychiatra pani Maria. Gdy taka osoba czuje, że ktoś ma pewność siebie, odpada z walki.
Myślę, że Januszewski jest po prostu samotnym człowiekiem zamyśliła się kucharka Agata.
Wszyscy się zgodzili, Karolina już na pewno.
Wpadła jak bomba intendentka Kasia.
Dziewczyny, słyszałyście? Januszewski się żeni!
Niemożliwe!
A na kim?
Słyszałam, że na jednej z pacjentek…
Kto by się tego spodziewał? Karolina uśmiechała się w duchu chyba wiedziała, kim jest przyszła żona Edwarda Januszewskiego.
Dziewczyny, czy taka wiadomość nie zasługuje na coś mocniejszego niż herbata?
Wszyscy zgodnie przyklasnęli kieliszek czerwonego wina za zdrowie i szczęście surowego dyrektora. Może będzie odtąd nieco łagodniejszy?
Następnego dnia, kiedy Karolina piła kawę po obchodzie, wszedł do niej rozpromieniony Januszewski.
Wygląda pan świetnie, panie doktorze! zagadnęła Karolina.
Tak, tak, humor doskonały. Biorę ślub, pani Karolino.
Proszę?! zagrała zaskoczoną. Z kim? Mam nadzieję, że dobra kobieta?
Najlepsza. Weronika. Ta sama, za którą się wtedy pokłóciliśmy. Polubiłem ją bardzo. Poszedłem do niej z akcją opieki nad pacjentem, a wyszło… coś więcej.
A z pana to dopiero intrygant! roześmiała się Karolina. No, gratuluję wyboru!
Chcę zaprosić panią z rodziną na wesele. Bo dzięki pani odważyłem się zrobić krok naprzód. Powinna pani być dyplomatką!
Ach, przestańmy, panie doktorze! Jak ludzie mają się spotkać, to się spotkają.
Na weselu garnitur leżał na Edwardzie jak ulał, panna młoda promieniała. Trudno było uwierzyć, że ta zmartwiona pacjentka z jeszcze niedawna i ta kobieta u boku Edwarda to ta sama osoba. Pani Weronika ścięła włosy na modną fryzurę, pofarbowała je na kasztan i wyglądała młodziej o dekadę. Bez końca dziękowała Karolinie.
Z tego wszystkiego najwięcej wyniosłem osobiście pewność, że warto bronić swojego zdania, ale nie można przy tym gubić człowieczeństwa nawet, a może szczególnie wtedy, gdy przychodzi nam pracować z trudnymi ludźmi. W życiu, tam gdzie kończy się zwykła ludzka życzliwość, kończy się i sens bycia lekarzem.



