Wróciła wcześniej do domu
Jesteś już na przystanku? głos męża, Pawła, zabrzmiał dziwnie wysoko, jakby coś miało pęknąć. Teraz? A czemu nie powiedziałaś? Umawialiśmy się na czwartek!
Chciałam zrobić niespodziankę Basia zmarszczyła brwi. Pawle, nie cieszysz się? Jestem zmęczona jak pies. Wyjdź po mnie!
Zaczekaj! wrzasnął niespodziewanie. Nie idź tu. To znaczy idź, ale Basia, u nas w domu echo niesie, wszystko wczoraj zjadłem.
Wiesz co? Zajdź do całodobówki, tej za rogiem. Kup mięso, najlepiej porządną wołowinę.
Torba ciążyła na ramieniu tak mocno, że Basia aż jęknęła.
Ostry ból w krzyżu, już znajomy przez ostatnie dwa miesiące, przeszył ją aż do samego końca kręgosłupa.
Ostrożnie opuściła wypchane siatki na wyszczerbiony chodnik.
Westchnęła, przyciskając dłoń do brzucha.
Maluch w niej wiercił się niecierpliwie. Szósty miesiąc, nie żarty, zwłaszcza gdy wpadasz na pomysł zrobienia mężowi niespodzianki i wracasz od rodziców trzy dni przed czasem.
Tak się stęskniła, że ostatnie sto kilometrów w autobusie liczyła słupy przy drodze.
Ciekawe, co Paweł teraz robi? Pewnie nawet nie podejrzewa, że już jest tak blisko, dziesięć minut wolnym krokiem.
Droga do klatki wydawała się nieskończona.
Siatki wypchane domowymi darami słoiki z powidłami, domowy smalec, ciężkie jabłka wydawały się ważyć tonę.
Po pięćdziesięciu metrach Basia wiedziała już, że nie da rady. Krzyż bolał niesamowicie.
Wyjęła telefon, zadzwoniła.
Pawełku szepnęła, gdy w końcu odebrał.
Basia? Co się stało? przestraszył się.
Nic się nie stało, głuptasie. Przyjechałam! Stoję na przystanku pod domem. Możesz wyjść?
Siatki są nie do podniesienia, mama tyle rzeczy włożyła…
Zapanowała dziwna cisza, aż spojrzała na ekran: może się rozłączył?
Ty jesteś na przystanku? znowu wysokim głosem. Teraz?! Dlaczego nie uprzedziłaś? Przecież miał być czwartek!
Niespodziankę chciałam zrobić mruknęła. Pawle, nie cieszysz się? Padam na twarz. Wychodź!
Czekaj! znów krzyknął. Nie przychodź tu, to znaczy… słuchaj, w domu nic nie ma, wszystko zjadłem wczoraj.
Załatwmy to tak: leć teraz do tego całodobowego za rogiem, kup wołowinę, dobrze?
Uwaga, ciężko z oddechem.
Dziś wolne wziąłem w pracy, chciałem zrobić normalny obiad, powitać cię jak należy.
Jakie mięso, Paweł? Basia zgłupiała. Słyszysz mnie? Jestem w ciąży, w szóstym miesiącu, z dwoma ogromnymi torbami stoję na środku ulicy!
Kręgosłup mi odpada! Jakie mięso? W domu jest ziemniaki, jajka też się znajdą.
Przyjdź po mnie, muszę coś zjeść, muszę się położyć.
Nie rozumiesz, Basiu zaczął szybko nawijać, przerywając jej. Chcę, żeby wszystko było perfekcyjnie. No co ci szkodzi?
Sklep jest zaraz obok. Kup mięso, świeże ziemniaki, bo nasze już zgniły.
Poproś kogoś o pomoc z torbami, albo powoli, po troszku
Dla nas to wszystko! Ja jeszcze tu przygotuję w międzyczasie.
Patrzyła na czerwone pręgi na dłoniach wyżłobione od rączek. Coś gorącego, bolesnego wezbrało w piersi.
Ty się dobrze czujesz, Paweł? głos jej zadrżał. Proponujesz żonie w ciąży, żebym teraz szła po mięso, bo chcesz obiad zrobić?
Nie możesz zejść i sam się przejść?
Ale już zacząłem przygotowania! Jak wyjdę, coś popsuję.
No proszę, Basiu. Tak bardzo czekałem. Wołowiny osiemset gram, i mały woreczek ziemniaków, z siatki.
No, czekam!
Rozłączył się. Basia stała patrząc na wygaszony ekran, czując że wszystko jest na opak.
Chciało jej się płakać tu i teraz, na pustym przystanku, pod mdłym światłem latarni.
Zamiast objęć i łóżka rajd do mięsnego.
Może naprawdę szykuje coś niesamowitego? przemknęło jej przez myśl.
Westchnęła, pochwyciła siatki i utykając, ruszyła do sklepu.
***
Basia pchała wózek między regałami, łapiąc współczujące spojrzenia zaspanej kasjerki.
Wołowina była ciężka, a worek ziemniaków kompletnie nie do udźwignięcia.
Wychodząc już nie czuła rąk, palce zamieniły się w sztywne haki.
Telefon zawibrował znowu.
Kupiłaś? ożywiony Paweł.
Kupiłam cedziła przez zęby. Już stoję pod klatką. Otwórz drzwi.
Zaczekaj! prawie zapiszczał. Nie wchodź! Siądź na ławce tylko dziesięć minut.
Żartujesz, prawda? Basia wrzasnęła, nie zważając na przechodniów. Paweł, ja tu urodzę ze złości! Jakie dziesięć minut, mam spuchnięte nogi, nie mogę ustać!
Niespodzianka jeszcze nie gotowa! powtarzał uparcie. Jak teraz wejdziesz wszystko pójdzie na marne. Usiądź, pooddychaj.
Pięć minut, Basia przysięgam! Muszę kończyć!
Chluśnięcie toreb na ziemię obok ławki zabrzmiało jak zamknięcie jakiegoś etapu.
Chciałoby się cisnąć nieszczęsny pakunek mięsa przez okno na trzecim piętrze.
Minęło dziesięć minut. Potem dwadzieścia. Basia siedziała, obejmując brzuch, w środku aż bulgotało.
Wyobrażała sobie, co ją zastanie morze kwiatów? Śniadanie przy świecach? Skrzypek w kącie?
Nic z tego nie warte było stania tu, po nieprzespanej nocy.
W trzydziestej piątej minucie drzwi skrzypnęły.
Wyskoczył Paweł. Wyglądał dziko i dziwacznie: t-shirt na lewą stronę, pot na czole, włosy w nieładzie.
O, siedzisz! sztucznie się uśmiechnął, chwytając torby. Czemu taka zła? Popatrz, pogoda no tak, chodź już!
Czemu jesteś taki spocony? Basia zmrużyła oczy, z trudem wstając, łapiąc się barierki. I czemu od ciebie ciągnie chemią jak z marketu?
Zobaczysz! wskoczył do windy, niemal podskakując.
Weszli. Paweł z impetem otworzył drzwi i stanął jak aktor na scenie, czekając na brawa.
Basia weszła w przedpokój, uderzył ją zapach chloru i taniego odświeżacza o woni “Bałtycki wiatr”.
Przeszła do pokoju. Kuchnia. Łazienka?
Mieszkanie było czyste. Nienaturalnie puste.
Rzeczy, które zwykle walały się wszędzie, zniknęły. Dywan odkurzony (gdzieniegdzie wilgotne ślady), kurz z półek zniknął.
Jej figurki stłoczyły się nieśmiało w kącie.
No i? Paweł promieniał dumą. Niespodzianka!
Odwróciła się powoli.
I to wszystko? zapytała cicho.
Ależ wszystko? Paweł aż przysiadł z oburzenia. Basia, spójrz! Pół dnia sprzątałem!
Podłogi wszędzie, nawet pod kanapą! Całą hałdę naczyń umyłem! Kibelek lśni jak nowy.
Chciałem, żeby wróciłaś do porządku, a nie do obowiązków.
Biegałem jak szalony, gdy ty byłaś w sklepie.
Basia poczuła, jak coś ją dławi.
Więc dla porządków kazałeś mi dźwigać torby z mięsem? Nie zszedłeś po mnie, bo myłeś podłogę?
No tak! Paweł rozłożył ręce. Chciałem dobrze! Wiecznie narzekasz, że w domu nie pomagam.
Chciałem to udowodnić. Przyjechałaś wcześniej, nie zdążyłem! Musiałem cię zatrzymać, by skończyć.
A ty zamiast “dziękuję” taka mina, jakbyś kisiel dostała w twarz.
Paweł, jesteś niepoważny? wrzasnęła, nie panując nad głosem. Mam to gdzieś! Mnie kręgosłup boli, torby były strasznie ciężkie!
Ja jestem w ciąży, Paweł! Wiesz, co to znaczy? Ciąża!
Potrzebowałam, żebyś szedł ze mną za rękę nie żebyś latał ze ścierą!
Poczerwieniał, cisnął szmatę do zlewu.
Oooj, zaczyna się! wybuchł. I tak ci nie dogodzi! Od piątej rano klęczę, szykuję niespodziankę, a ty z wrzaskiem witasz!
Widziałaś kiedyś taki porządek? Nawet na weselu tak nie było!
Ale po co mi taki porządek? Basię dusiła złość. Kazałeś mi czekać pół godziny na ławce!
Zmarzłam, nogi mi eksplodują!
Dałeś mi te ciężary kupować to nie niespodzianka, to kpina!
Kpina?! Paweł biegał po kuchni, wymachując. Przepraszam, że nie dorastam do ideału!
Inna żona by się cieszyła: mąż sprząta, robi jedzenie.
Ale nie, ty ciągle o sobie: “ojejku, mój brzuch, ojejku, boląca głowa”.
A ja? Może też jestem zmęczony! Nie spałem całą noc, wymyślałem, jak cię ucieszyć!
Basia schowała twarz w dłoniach.
Nawet nie rozumiesz… szlochała. Zamieniłeś mój spokój i swoje dziecko na czysty korytarz.
A co ma do rzeczy korytarz! wrzasnął znowu, bijąc pięścią w stół. To twoja wina! Przez ciebie wszystko się popsuło, bo wróciłaś przed czasem! Miałaś być w czwartek wszystko bym zdążył.
A teraz narzekasz!
Jesteś niewdzięczna, Basiu. Po prostu.
Wypadł z kuchni, trzasnął drzwiami do sypialni.
Dziecko znowu się poruszyło. Basia usiadła na krześle, patrząc na worek z mięsem leżący na szafce, niedotknięty.
Fizycznie źle się czuła, mdłości narastały.
Po dziesięciu minutach drzwi się skrzypnęły.
Zrobić to mięso? burknął Paweł. Czy już nie zjesz, żeby mi zrobić na złość?
Zostaw… odwróciła głowę. Pozwól mi spać, Pawle.
Proszę bardzo! trzasnął drzwiami.
Basia wstała i zataczając się, weszła do łazienki.
Spojrzała w lustro: blada, cienie pod oczami, rozczochrana.
Przypomniała sobie jak jechała autobusem, wyobrażając jak Paweł ją przytuli, powie: Jeszcze dobrze, że już w domu.
Taa… Przytulił…
Gdy wyszła, awantura zaczęła się od nowa.
Krzyczał, rzucił w nią kawałkiem mięsa.
Wtedy po prostu wyszła z domu, jak stała nawet się nie przebrała.
I wróciła do rodziców.
***
Rodzina, teściowie, nawet dalsi krewni wszyscy namawiali: Basia, nie rozwódź się.
Paweł też wydzwaniał, prosił, żeby wróciła.
Basia już jednak podjęła decyzję: taki mąż jej nie jest potrzebny. Rozwód to pewne.
Po co jej ktoś, kto stawia wyżej umyte podłogi od zdrowia ich dziecka?



