Wróciłem do domu wcześniej
Jesteś już na przystanku? głos mojego męża, Jurka, podskoczył na wysoką nutę. Teraz? Dlaczego nic nie mówiłaś? Przecież umawialiśmy się na czwartek!
Chciałam zrobić niespodziankę nastroszyła się Dorota. Jurek, nie cieszysz się? Jestem padnięta jak pies. Wyjdź po mnie!
Poczekaj! nieoczekiwanie wrzasnął. Nie podchodź! Tzn., podejdź, ale… Dorotka, u nas w domu pustki, jak w sklepie w stanie wojennym. Wczoraj wszystko zjadłem.
Zróbmy tak: wpadnij teraz do Żabki, tej za rogiem. Kup mięsa, najlepiej wołowiny.
Torebka odbiła mi ramię tak mocno, że aż jęknąłem.
Ból w krzyżu, z którym żyłem już dwa miesiące, znów przeszył mnie aż do kości ogonowej.
Ostrożnie postawiłem torby na popękanym chodniku przystanku.
Dorota westchnęła, dociskając dłoń do brzucha.
Maluch w brzuchu poruszył się z irytacją. Szósty miesiąc to nie żarty, zwłaszcza gdy wpadasz na pomysł zrobienia niespodzianki i wracasz znad Wisły do Warszawy trzy dni szybciej.
Tak się za Jurkiem stęskniła, że ostatnie sto kilometrów liczyła słupy z okna autobusu.
Ciekawe, co robi Jurek? Chyba nawet nie przeczuwa, że już jestem tak blisko zaledwie dziesięć minut od mieszkania na Pradze.
Droga do klatki wydawała się nie mieć końca.
Torby wypchane przez mamę słoiki z konfiturą, domowy smalec, wielkie jabłka ważyły chyba z tonę.
Po przejściu pięćdziesięciu metrów Dorota zrozumiała: nie da rady donieść.
Zadzwoniłem do męża.
Jurku, to ja wyszeptałem do słuchawki, gdy odebrał.
Dorota? Co się stało? przeraził się.
Nic się nie stało, głuptasie. Wróciłam! Stoję na naszym przystanku. Wyjdź mi naprzeciw.
Torby są strasznie ciężkie, mama znów przesadziła…
W słuchawce zapadła dziwna cisza. Zerknąłem, czy się nie rozłączyło.
Jesteś na przystanku? Jurek prawie zapiszczał. Teraz? Czemu nie dałaś znać? Przecież umawialiśmy się na czwartek!
To miał być prezent, Dorota zmarszczyła brwi. Jurku, nie cieszysz się? Padam na twarz, wyjdź do mnie!
Zaczekaj! wrzasnął. Nie wchodź jeszcze. Słuchaj, nie mamy nic w domu do jedzenia. Dziś miałem iść na wolne, zrobić porządny obiad na powitanie, ale wszystko wyszło.
Proszę, wstąp do tej całodobowej, za zakrętem. Kup dobrej wołowiny.
Jakie mięso, Jurek? zaniemówiła Dorota. Słyszysz mnie? Jestem w szóstym miesiącu ciąży, stoję na środku ulicy z dwiema wielkimi torbami!
Bolą mnie plecy! Mamy ziemniaki, mamy jajka, po co ci mięso? Wyjdź do mnie, chcę tylko zjeść i się położyć.
Nie rozumiesz, zaczął szybko tłumaczyć, przerywając jej. Chcę, żeby wszystko było idealnie. To tylko dwa kroki do sklepu. Kup mięso, weź też ziemniaki, bo nasze już zwiędły.
Może poprosisz kogoś, żeby ci pomógł dźwigać, albo doniesiesz po troszku…
Proszę cię! To dla nas. Ja tutaj wszystko szykuję.
Dorota patrzyła na swoje pokrwawione palce, przecięte rączkami toreb. Fala goryczy podniosła się w piersi.
Jurku, ty normalny jesteś? jej głos zadrżał. Chcesz, żebym, będąc w ciąży, szła do sklepu, bo masz ochotę gotować mięso?
Nie możesz zejść po mnie sam?
Już zacząłem… eee… przygotowania! Jak teraz wyjdę, to wszystko pójdzie na marne.
Dorotko, proszę cię. Tak czekałem na ciebie.
Kup osiemset gram wołowiny i małą siatkę ziemniaków.
Dobra, czekam!
Rozłączył się. Dorota patrzyła na wygaszony wyświetlacz.
Nie mogłem tego pojąć. Chciało mi się płakać pod tym samotnym przystankiem, oświetlonym blaskiem lampy sodowej.
Zamiast objęć i ciepłego łóżka wyprawa do mięsa.
Może on coś genialnego planuje? przemknęło przez głowę.
Westchnąłem, podniosłem torby i kuśtykając ruszyłem do sklepu.
***
Dorota pchała swój wózek między półkami, łapiąc współczujące spojrzenie zaspanej kasjerki.
Wołowina ciążyła, a siatka ziemniaków wydawała się ważyć tonę.
Gdy wyszedłem ze sklepu, ręce miałem jak z gumy. Palce zamieniły się w sztywne haki.
Telefon znów zadzwonił.
Kupiłaś? zapytał ochoczo Jurek.
Tak, już jestem pod klatką, otwieraj wycedziła przez zęby Dorota.
STOP! Jurek wrzasknął. Nie wchodź! Usiądź na ławeczce. Daj mi dziesięć minut!
Kpisz sobie? wydarłem się, ignorując przechodniów. Jurek, ja tu zaraz urodzę ze złości! Jakie dziesięć minut? Nogi mi puchną, nie dam rady stać!
Niespodzianka jeszcze niegotowa! upierał się. Usiądź na ławeczce, odetchnij, pięć minut, przysięgam! Rozłączam się, bo nie zdążę!
Opadłem na drewnianą ławkę pod klatką. Torby z łoskotem walnęły o ziemię.
Miałem ochotę rzucić ten nieszczęsny pakunek mięsa przez okno na trzecim piętrze.
Minęło dziesięć minut. Potem dwadzieścia. Dorota siedziała, obejmując brzuch, w środku kipiała złością.
Wyobrażała sobie, co ją czeka po wejściu: morze kwiatów? Śniadanie przy świecach? Skrzypek w salonie?
Nic z tych rzeczy nie tłumaczyłoby tego, że musiała, w swoim stanie, marznąć na dworze po bezsennej nocy.
Po trzydziestu pięciu minutach skrzypnęły drzwi.
Wypadł Jurek zupełnie rozczochrany, koszulka tył na przód, spocony, jakby przebiegł maraton.
O, siedzisz! wymusił uśmiech, chwytając torby. Dlaczego jesteś taka zła? Spójrz, jaka pogoda! No tak, chodź już!
Skąd u ciebie taki zapach detergentu? Dorota zmrużyła oczy, z trudem podnosząc się i wspierając na poręczy.
Zaraz zobaczysz! podskoczył podekscytowany.
Wjechali windą. Jurek otworzył uroczyście drzwi, czekając na owacje.
Dorota wparowała do przedpokoju, od progu uderzył ją ostry zapach chloru i taniego odświeżacza o zapachu morskiej bryzy.
Zajrzała do pokoju, potem do kuchni i łazienki.
Mieszkanie lśniło czystością, a przy tym sprawiało dziwne wrażenie pustki.
Rzeczy, które zwykle walały się na krzesłach, zniknęły. Dywan został właśnie odkurzony (tu i ówdzie jeszcze mokry), kurze starte z półek.
A jej porcelanki stały stłoczone z boku.
No? Jurek świecił zadowolony jak nowy grosz. I jak? Niespodzianka!
Dorota obróciła się do niego powoli.
I to wszystko? zapytała cicho.
Jak to wszystko? Jurek aż przysiadł z oburzenia. Dorota, popatrz! Trzy godziny tu orłem latałem!
Poodkurzałem wszędzie, nawet pod wersalką!
Naczynia umyłem, kibelek błyszczy jak nowy!
Chciałem, żebyś wróciła do porządku, żebyś nic nie musiała robić.
Biegałem tu jak głupi, kiedy ty… byłaś w sklepie.
Poczułem, jak gula rośnie mi w gardle.
Ty dla tej czystości… zacząłem cicho przez łzy kazałeś mi iść do sklepu?
Nie przyszedłeś po mnie, bo pastowałeś podłogę?
No tak! rozłożył ręce. Zawsze narzekasz, że nic nie robię w domu.
Chciałem się wykazać.
Przyjechałaś szybciej i musiałem cię zatrzymać, żeby zdążyć!
A ty zamiast podziękować, masz minę jakbyś zupę soliła moim potem.
Ty idioto… głos Doroty zamienił się niemal w histeryczny krzyk. Mam gdzieś twoją podłogę!
Bolą mnie plecy, torby ważyły tonę!
Jestem w ciąży, Jurek! Wiesz, co to znaczy? C-i-ą-ża!
Potrzebowałam, żebyś mnie po prostu przytulił i sprowadził na górę, a nie żebyś szalał ze ścierką!
Jurek spąsowiał. Rzucił szmatę, którą cały czas trzymał w dłoni, do zlewu.
O nie, znowu to samo! wrzasnął. Tego się nie da dogodzić! Od 5 rano tu się pocę, wszystko sprzątam, a ty wyjesz!
Widzisz, jaki tu porządek? Tak czysto to nawet w dniu ślubu nie było!
Tyle że nie chcę takiego porządku za taką cenę! Dorota aż dusiła się z żalu. Kazałeś mi czekać na ławce pół godziny!
Zmarzłam, nogi mam do niczego!
Kupiłam mięso i ziemniaki, kiedy ledwo się trzymałam na nogach! Jurek, to nie niespodzianka, tylko kpina!
Kpina, tak? Jurek latał po kuchni, wymachując rękami. Przepraszam, że nie jestem jak z reklamy! Inna by się cieszyła: mąż wziął się za mieszkanie. Ale nie ty…
Tylko o sobie potrafisz myśleć! Brzuch mnie boli, plecy mnie bolą.
A ja? Może też byłem zmęczony! Całą noc nie spałem, czekałem na ciebie, chciałem zrobić dobrze!
Dorota zakryła twarz dłońmi.
Ty w ogóle nic nie rozumiesz… wyszlochała. Zamieniłeś moje samopoczucie na czysty próg.
Gdzie tu wycieraczka! znów wrzasnął, waląc pięścią w stół. Przecież przyjechałaś za wcześnie! Ty zepsułaś niespodziankę!
Gdybyś była w czwartek, wszystko byłoby gotowe, wszedłabyś do czystego domu i tyle.
Ale nie, musiałaś przyjechać po nocy! Jeszcze mnie obwiniasz.
Jesteś po prostu niewdzięczna, Dorota.
Wybiegł z kuchni, trzasnął drzwiami do sypialni.
Brzuch znów się poruszył. Dorota opadła na krzesło, patrząc na pakunek mięsa, który Jurek nie schował do lodówki.
Czułem się tragicznie, mdłości ściskały mi gardło.
Po dziesięciu minutach drzwi uchyliły się.
To mięso zrobić? mruknął. Czy już nic nie zjesz, żeby mi dopiec?
Nie gotuj, Jurek powiedziała cicho Dorota, nie podnosząc wzroku. Daj mi spokój. Chcę spać.
Bardzo proszę! znowu zatrzasnął drzwi.
Dorota wstała i powłóczyła się do łazienki.
Patrzyła w lustro: blada, z podkrążonymi oczami, włosy w nieładzie.
Przypomniała sobie, jak jechała autobusem, marząc, że Jurek zarzuci jej ręce na szyję i szepnie: Najważniejsze, że jesteś w domu.
No tak. Objął…
Gdy Dorota umyła się i wyszła, awantura rozgorzała na nowo.
Mąż znowu na nią nakrzyczał, a potem rzucił w nią kawałkiem mięsa.
Wyszła wtedy z domu, jak stała dobrze, że nie zdążyła się przebrać.
Znów wróciła do rodziców.
***
Od rozwodu próbowali ją odwieść wszyscy: teściowie, szwagierka, nawet ciotki z Suwałk.
Jurek regularnie dzwonił i błagał, by wróciła.
Dorota jednak podjęła decyzję: takiego męża nie potrzebuje, rozwód jest nieunikniony.
Po co jej ktoś, kto sprzątanie stawia wyżej niż zdrowie ich dziecka?



