Wredna sąsiadka – Nie ruszaj moich soczewek! – wrzasnęła była przyjaciółka. – Patrz lepiej na swoje oczy! Myślisz, że nie widzę, na kogo się gapisz? – To co, zazdrosna jesteś? – zdziwiła się Tamara Borowikowa. – No, no, do kogo te usta rozdziawiasz! Już wiem, co ci dam na Gwiazdkę: maszynkę do zwijania warg! – Lepiej zatrzymaj ją dla siebie! – nie była dłużna Luda. – Albo twoich ust to już żadna maszyna nie ogarnie? Myślisz, że nie widzę? Babcia Tamara zsunęła nogi ze starego tapczanu i podeszła do domowego ołtarzyka pomodlić się rano. Nie była szczególnie religijna: coś tam z pewnością istniało gdzieś daleko – ktoś przecież nad tym wszystkim czuwał! Ale kto? Pytanie pozostawało otwarte. Głównej nazwie tej siły dawano wiele imion: kosmos, początek wszystkiego, no i oczywiście Pan Bóg! Tak, dobry dziadek z białą brodą i aureolą, siedzący sobie na chmurce i myślący o ludziach na Ziemi. Zresztą, wiek babci Tomy już dawno przekroczył połowę siedemdziesiątki. A w tym wieku lepiej już nie zadzierać z Najwyższym: jeśli Go nie ma – wierzący i tak niczego nie tracą. A jak jest, to niewierzący tracą wszystko. Pod koniec porannej modlitwy babcia Toma dorzuciła jeszcze kilka słów od siebie – jakżeby inaczej! Rytuał spełniony, duszy lżej – można zaczynać nowy dzień. W życiu Tamary Borowikowej były dwie wielkie udręki. I wcale to nie dziurawe drogi i pijacy, jak to zwykle mówią – to już oklepane! To była sąsiadka Luda i jej, Tomy, wnuki. Z wnukami wszystko jasne: młode pokolenie, nic im się nie chce. Ale mają własnych rodziców – niech się oni z nimi męczą! A co z Ludą, to nie wiadomo: zaczęła sąsiadce dopiekać po mistrzowsku! A w końcu to tylko w filmach przekomarzania się między Stecią i Jurkiewiczową wyglądają zabawnie i uroczo! W życiu – wygląda to zupełnie inaczej. Zwłaszcza, jak ktoś się czepia zupełnie bez powodu. A babcia Toma miała jeszcze serdecznego przyjaciela, “Pietrka na motorynce”. Pełne nazwisko – Piotr Efimowicz Koźmiński – taka rodzinna pisownia! O originie ksywki łatwo się było domyślić – w młodości Koźmiński Pietrek, a jakże, lubił śmigać motorynką. Dokładniej – motorynką, jak śmieszek nastolatek wołał na swój pojazd. Z czasem wszystko się uprościło – został po prostu „motorynka”. Motorynka od dawna zardzewiała w szopie, ale ksywka przylgnęła na dobre: wieś – to wieś! Kiedyś przyjaźnili się rodzinami – Pietrek z żoną Niną i Toma ze swoim mężem. Ale ich drugie połówki już od dawna spoczywały na miejscowym cmentarzu. Toma z przyzwyczajenia dalej przyjaźniła się z Pietrkiem – znali się od podstawówki, a on był porządnym kumplem. W szkole trzymali się we troje: ona, Pietrek i Luda – wtedy ta paczka świetnie się sprawdzała. To była zwyczajna przyjaźń – żadnego flirtu ze strony chłopaka. Chodzili wszędzie razem: rosły kawaler w środku, szczupłe panie po bokach pod rękę – jak filiżanka z dwoma uszkami. W sam raz, żeby się nie wyślizgnęła z ręki! Różnie bywa… Z biegiem lat przyjaźń się zmieniła. A właściwie – zanikła, przeradzając się w niechęć ze strony Ludmiły Władysławowny, a potem – w jawną nienawiść. Jak w bajce: coraz częściej mam wrażenie, że ktoś mnie podmienił… Ludę jakby podmienili! Stało się tak po śmierci jej męża: do tego wszystko było jako tako. Wiadomo, człowiek z wiekiem się zmienia: trochę skąpy robi się sknerą. Gadatliwy zamienia się w plotkarza. A zawistnego zżera zawiść do cna. Nie wykluczone, że właśnie to dopadło i sąsiadkę Tomy: baby takie są. Zresztą, chłopy nie lepsze. A było czego zazdrościć. Po pierwsze, Tomka mimo lat pozostała szczupła. A Luda – zamieniła się w “pieńka”: pani, gdzie tu robimy talię? Wyraźnie przegrywała na tle sąsiadki. Po drugie, wspólny przyjaciel z dzieciństwa ostatnio okazywał szybkiej Tamarkowi więcej zainteresowania niż Ludzie: często podśmiewali się z czegoś swojego, niemal dotykając siwymi głowami. A do niej ograniczał się do krótkich, suchych zdań. I odwiedzał Tomę częściej, a Ludę musiała go specjalnie zaciągać… No cóż: może nie była tak sprytna jak uparta Tomka. I zero poczucia humoru! A Pietrek zawsze umiał się pośmiać. W polskim języku jest dobre słowo – zrzędzić: bardzo lubił je nasz Jerzy Pilch. I właśnie zrzędzić zaczęła ostatnio Luda, czepiając się o byle co. Na początek okazało się, że klozet u Tomki stoi nie tam i śmierdzi! – Od twojej latryny wali! – wypaliła babcia Luda. – Ty to masz nowiny! Ona tam stoi od stu lat, dopiero zauważyłaś? – zdziwiła się sąsiadka i nie pozostała dłużna: – O, a twoje soczewki to przecież refundowane były! Darmowe rzeczy nigdy nie są dobre! – Nie ruszaj moich soczewek! – wrzasnęła była przyjaciółka. – Patrz lepiej na swoje oczy! Myślisz, że nie widzę, na kogo się gapisz? – To co, zazdrosna jesteś? – zdziwiła się Tamara Borowikowa. – No, no, do kogo te usta rozdziawiasz! Już wiem, co ci dam na Gwiazdkę: maszynkę do zwijania warg! – Lepiej zatrzymaj ją dla siebie! – nie była dłużna Luda. – Albo twoich ust to już żadna maszyna nie ogarnie? Myślisz, że nie widzę? A widziała, ile się dało, psiamać… I to nie raz, nie dwa. Nawet Pietrek, któremu poskarżyła się znajoma, doradził: zasyp ten kibel! Zrób w domu. I syn z córką zrobili mamie toaletę w domu. A szambo zasypał osobiście Piotr Efimowicz – ot, odpoczywaj, Luda! Zmieniaj tematy – wąchaj zapachy! Ale gdzie tam! Zaraz wyszło, że wnuki sąsiadki oberwały gruszę należącą do Ludmiły: gałęzie drzewa rozciągały się aż na działkę Tamary. – Pewnie myśleli, że to nasza grusza – próbowała tłumaczyć Tamara. Choć według niej nikt nie ruszał gruszy – jak wisiało, tak wisi! – Twoje kury z kolei buszują na moich grządkach i nic nie mówię! – Kura to głupie stworzenie! Kurczak czy nioska, co za różnica! – zirytowała się sąsiadka. – A wnuków trzeba wychowywać, babciu! A nie chichrać się z zalotnikami od rana do wieczora! I tak dalej. Znów wszystko schodziło na Pietrka… Wnuki dostały burę. Sezon na gruszki minął: odpocznij, Luda! A tu w międzyczasie – ktoś uszkodził zwisające gałęzie! – Gdzie? Pokaż! – domagała się Tamara: żadnych uszkodzeń nie było! – Tu i tu! – pokazywała krzywym palcem babcia Luda: zresztą i ręce Tomki były ładniejsze – długie, proste palce. Kobieta i ręce – to styl! Wieś wsią, ale styl to styl! Więc motorynka zaproponował: zetnijmy te gałęzie! Są po twojej stronie? Są! U siebie możesz robić, co chcesz! – Zacznie krzyczeć! – obawiała się babcia. – Założysz się – nie zacznie? Nie ośmieli się – ja cię przypilnuję! – zapewnił Pietrek. I faktycznie: Luda widziała, jak Pietrek tnie gałęzie, ale nie pisnęła słowa! Drzewo załatwione. Ale teraz to babcia Toma zaczęła mieć pretensje o kury sąsiadki – faktycznie demolowały jej grządki. W tym roku Ludmiła Władysławowna zakupiła nową rasę: wcześniej tak nie było. A kura – wiadomo: głupota w stanie czystym! W kółko ryje i ryje – wszystko wydrapane. Na prośby, żeby trzymała swoje kury na własnym terenie, sąsiadka tylko się szyderczo uśmiechała: i co mi zrobisz? Można by było upolować parę kur i demonstracyjnie usmażyć, ale dobra babcia Toma woli unikać afer. I wtedy sprytny przyjaciel wymyślił numer podpatrzony w internecie – nocą rozłożyć na grządkach jajka. Rano zebrać demonstracyjnie – niby że kury zniosły. Był obyty z siecią – internet był u nich od lat. I wiecie, zadziałało! Dzięki, światowy necie – przynajmniej tyle! Zaskoczona Luda patrzyła na Tomę z pełną miską jajek i zaniemówiła. Kury więcej na cudze grządki nie wlazły. No to co – może się pogodzimy, Luda? Nie ma się o co boczyć! Gdzie tam! Teraz zaczęło jej przeszkadzać palenie i zapach z letniej kuchni, w której babcia gotowała do późnej jesieni. Jasne, nagle wczoraj nie przeszkadzało, dzisiaj przeszkadza! Może mnie irytuje zapach smażonego mięsa! Może jestem wegetarianką! Zresztą, Sejm już dawno uchwalił zakaz grillowania! – Gdzie ty tu widzisz grilla? – próbowała przemówić do rozumu była przyjaciółka Tamara. – Przetrzyj okulary czasem, nasza “czyścioszka”! Tamara Borowikowa była osobą kulturalną i cierpliwą, ale powoli tracila nerwy. Bo sąsiadka naprawdę się zapętliła – też dobre słowo! U Ludy nie było już w ogóle spokoju… – Może oddać ją na eksperymenty medyczne? – żartowała Tamara Borowikowa, kiedy piła herbatę z Pietrkiem. – Przecież ona mnie zje żywcem! Babcia Toma rzeczywiście schudła i opadła z sił – codzienna wojna wykańczała. – Zadławi się! I nie pozwolę na to! – obiecał przyjaciel. – Mam na nią lepszy sposób! Za parę dni, pewnego pięknego ranka, Tamara usłyszała śpiew: – Toma, Toma – wychodź z doma! Przed drzwiami stał uradowany Pietrek: przyjechał na samodzielnie naprawionej starej motorynce – Pietrek na motorynce! – Wiesz, dlaczego wcześniej byłem markotny? – zaczął Piotr Efimowicz. – Bo motorynka była niesprawna! No i co – jedziemy, piękna, powspominać młodość? Wskakuj – ruszamy w nową drogę! I babcia Toma wskoczyła! Bo przecież starości już oficjalnie nie ma – uchwalili w Sejmie: wszyscy jesteśmy aktywni seniorzy 65+! I ruszyła – dosłownie i w przenośni – w nowe życie. Już wkrótce została Panią Koźmińską: Piotr Efimowicz oświadczył się! Puzzle się ułożyły, a babcia Toma wprowadziła się do męża. Luda została sama – gruba i zgorzkniała. No czyż to nie powód do nowej zazdrości? Na domiar złego nie miała już z kim się kłócić – cała żółć zostawała w środku, a gdzieś trzeba ją przecież wyrzucić… Trzymaj się więc, Tomo, i nie wychodź z domu! Bo to dopiero początek, oj, będzie się działo! Po prostu nie życie, a kabaret. A czego się spodziewałaś na polskiej wsi? A z tym wychodkiem to był błąd, mogłaś się nie szarpać…

Złośliwa sąsiadka

Moich soczewek nie dotykaj! wrzasnęła była przyjaciółka. Lepiej patrz, co z własnymi oczami wyprawiasz! Myślisz, że nie widzę, na kogo się gapisz?

To co, zazdrościsz? zdziwiła się Tamara Borowska. Zobacz, na kogo się czaisz! Już wiem, co ci kupię pod choinkę: maszynkę do zwijania warg!

Zostaw ją sobie, jak taka przydatna! odbiła piłeczkę Lidia. Czyżby twoje już żadna maszyna nie ogarniała? Myślisz, że nie widzę?

Babcia Tamara zwiesiła nogi ze starej wersalki i powędrowała pod domowy ołtarzyk pomodlić się porannie.

Nie, żeby była specjalnie religijna: coś tam musiało być w tej dalekiej górze przecież ktoś tym wszystkim kieruje! Ale kto? To zawsze pozostawało otwarte.

Tę najwyższą siłę nazywało się rozmaicie: los, przeznaczenie, a czasem Pan Bóg. Ot, taki dobrotliwy dziadek z siwą brodą i aureolą, co siedzi sobie na chmurce i rozmyśla o wszystkich ludziach na świecie.

Zresztą, babcia Tamara od dawna miała już dobrze ponad sześćdziesiątkę i siedemdziesiątka czaiła się za rogiem.

W tym wieku lepiej było z Najwyższym nie zadzierać: jeśli Go nie ma, wierzący nic nie tracą. A jeśli jest, niewierzący tracą wszystko.

Pod koniec pacierza babcia Tamara dorzuciła kilka słów od siebie: a jakże! Rytuał spełniony, dusza lżejsza można zaczynać dzień.

W życiu Tamary Borowskiej były dwa największe zmartwienia. I nie, nie chodzi o durnych kierowców czy polskie drogi to za banalne! To była sąsiadka Lidia i własne wnuki.

Z wnukami sprawa była prosta: młode pokolenie, które niczego nie chce. Ale od czego są rodzice? Niech się z nimi siłują!

Ale co robić z Lidią nie wiedziała: ona sąsiadce mieszała we krwi doskonale!

To tylko w polskich kabaretach przekomarzania Młynarskiej z Pietrzakiem wyglądają zabawnie i z dystansem!

A w życiu skądże znowu. Zwłaszcza, gdy ktoś wbija szpileczki na okrągło.

Babcia Tamara miała jeszcze przyjaciela, o ksywie Piotrek Motor pełne nazwisko: Piotr Józefowicz Koziorowski.

Skąd przezwisko? W młodości Piotrek Koziorowski jaki tandem! uwielbiał szaleć na motorynce, jak sam mawiał.

Z czasem zostało tylko Motor. Stara motorynka dawno rdzewiała w szopce, a przezwisko zostało taki już klimat wsi.

Kiedyś przyjaźnili się rodzinnie: Motor z żoną Niną i Tamara z mężem. Drugie połówki już dawno spoczywały w miejscowym grobie.

Tamara z rozpędu dalej utrzymywała kontakt z Motorem: znali się ze szkoły, a Piotr był dobrym kumplem.

W szkole chodzili wszędzie we trójkę: ona, Piotrek i Lidia wtedy świetnie się rozumieli. Czysta przyjaźń, żadnych flirtów ze strony chłopaka.

Przemierzali całą wieś razem Piotrek po środku, dziewczyny pod ręce z obu stron. Wyglądali jak kubek z dwoma uszkami. Tyle, by się nie wymsknął z rąk!

Lata przyniosły zmiany. Przyjaźń zakończyła się, zamieniła w niechęć, a potem w otwartą niechęć ze strony Lidii.

Jak w bajce: czy mnie kto podmienił?

Lidia naprawdę się zmieniła! Stało się to po śmierci jej męża wcześniej bywało nawet znośnie.

Wiadomo, z wiekiem człowiek się zmienia: sknera robi się chciwy, gaduła plotkarą, a zazdrośnikowi zazdrość rozdziera duszę na kawałki.

Pewnie tak było z sąsiadką Tamary: kobiety potrafią być nie gorsze od chłopów.

A było czego zazdrościć.

Po pierwsze: Tamka, mimo wieku, pozostała szczupła, kiedy Lidia zrobiła się pączkiem w maśle. Wśród ludzi przegrywała porównanie.

Po drugie: ich wspólny szkolny kolega ostatnio więcej uwagi poświęcał energicznej Tamarze niż Lidii często szeptali, śmiali się swoim żartom, z siwymi głowami niemal stykającymi się.

A z Lidią tylko krótkie, suche zdania.

I coraz częściej Piotr wpadał do Tamary, a Lidia musiała go zapraszać…

No tak: może i nie jest taka wygadana jak Tamara. I z humorem u niej krucho! A Piotruś zawsze był skory do żartów.

Jest takie polskie słowo paplać: tego właśnie zaczęła używać Lidia, czepiając się o byle pretekst.

Najpierw wyszło, że klozet Tamary stoi nie tam, gdzie trzeba, i że brzydko śmierdzi!

Stamtąd śmierdzi! wypaliła babcia Lidia.

O rety! Przecież od lat w tym samym miejscu, dopiero teraz zauważyłaś? odparła sąsiadka i nie została dłużna: A twoje soczewki za darmo dostałaś na NFZ! Za darmo dobre nie będzie!

Moich soczewek nie ruszaj! ryknęła była koleżanka. Własne oczy pilnuj! Myślisz, że nie widzę na kogo patrzysz?

To zazdrosna jesteś? zadrwiła Tamara Borowska. Wiem już, co ci podaruję na gwiazdkę: maszynkę do zwijania warg!

To sobie zostaw, może twoje się jeszcze zmieszczą! odbiła piłeczkę Lidia. Myślisz, że nie wiem?!

No wiesz, matko kochana! To nie był pierwszy raz. Piotr, słysząc żale, doradził: zakop wychodek! Zrób nowy w domu.

I syn z córką Tamary złożyli się i za 1200 złotych sprawili matce porządny klozet w środku. Stary szambo pomógł zasypać wierny Piotr odpocznij sobie, Lidia! Zmień temat!

A gdzie tam! Zaraz wyszło, że wnuki Tamary zniszczyły gałęzie jej gruszy, które wystawały nad działkę Tamary.

Pewnie pomyśleli, że to nasze… próbowała tłumaczyć Tamara, choć jej zdaniem nikt gruszy nie ruszał wszystko wisiało jak dawniej. Twoje kury grzebią u mnie na grządkach i jakoś nie narzekam!

Kura to stworzenie głupie, broiler czy nioska! warknęła sąsiadka. Ale wnuków trzeba wychowywać, babciu! A nie rechotać z kawalerami!

No i znowu od początku była awantura o Piotra…

Wnuki dostały reprymendę, gruszki się skończyły. Odpocznij, Lidia!

A tu niespodzianka ktoś uszkodził wystające gałęzie!

Gdzie niby? dopytywała Tamara: żadnych uszkodzeń nie było, choćby się zmęczył szukanie.

Tu i tu! pokazywała sękatym palcem byle gdzie babcia Lidia: trzeba przyznać, że dłonie Tamary były ładniejsze długie, proste palce.

A dłonie kobiety bywają jej wizytówką! Co z tego, że wieś wygląd też się liczy!

Wtedy Piotr zaproponował: zetnijmy te gałęzie! Skoro są po twojej stronie rób co chcesz!

Będzie krzyczeć! niepewnie rzuciła Tamara.

Założę się, że nie! Będę przy tobie! obiecał Piotr.

I faktycznie: Lidia widziała Piotrka i piłę, ale nawet nie mrugnęła.

Z gruszą skończone, ale zaraz nowe pretensje Tamara miała żal o kury, które regularnie dziobały jej warzywa.

W tym roku Lidia kupiła nową rasę: wcześniej problemu nie było.

A kura to kura grzebie wszędzie, gdzie popadnie. Wszystko przekopane w ogródku.

Tamara poprosiła, by Lidia trzymała kury na własnym terenie, ale sąsiadka tylko się podśmiewała: gadaj zdrów, co mi zrobisz?.

Była, rzecz jasna, opcja: złapać jedną czy dwie i udawać, że właśnie pieczemy! Ale dobroduszna Tamara nie zdecydowała się na takie niebezpieczne eksperymenty.

Wtedy sprytny Piotr doradził internetowy patent położyć jajka na grządkach w nocy, a rano zebrać na oczach sąsiadki, jakby kury je poskładały.

Internet w ich wsi już dawno był, Piotr wszystko sprawdził.

I zadziałało! Dzięki ci, pajęczyno światowa!

Lidia zaniemówiła, widząc Tamarę, która zbiera jajka z warzywnika. Stała jak wryta, gdy sąsiadka zaniosła pełną miskę do kuchni.

Nie trzeba dodawać, że od tamtej pory kury już więcej na obce grządki nie zaglądały.

Może teraz się pogodzimy? Lidia, co ty na to? Przecież nie ma o co się kłócić!

Nic z tego! Teraz przeszkadzał jej dym i zapach z letniej kuchni Tamary, gdzie gotowała do późnej jesieni.

Dziś przeszkadza, a wczoraj nie? Chyba mnie też drażni zapach smażonego mięsa! Może ja jestem wegetarianką! I Sejm uchwalił już ustawę o grillach w ogrodzie!

A widziałaś gdzieś grill? próbowała przemówić do rozsądku Tamara. Przetrzyj okulary, jak taka porządna jesteś!

Tamara była uprzejma i cierpliwa, ale tym razem już nie wytrzymała. Bo sąsiadka zajechała za skórę dobre polskie wyrażenie! Nie było na nią sposobu…

Może oddać ją na eksperymenty? zasugerowała Tamara przy herbacie z Piotrem. Wykończy mnie!

Babcia Tamara naprawdę schudła i zbladła codzienne kłopoty dały jej się we znaki.

Udławi się tobą! obiecał Piotr. Nie dopuszczę do tego! Ale mam inny pomysł!

Po kilku dniach, pewnego pięknego ranka, Tamara usłyszała melodię: Tamaro, Tamaro, wyjdź z domu!

Pod drzwiami czekał roześmiany Piotr: przyjechał na odremontowanej własnoręcznie motorynce tak, Motor wrócił!

Wiesz, czemu dawniej byłem taki ponury? zagadnął Piotr Koziorowski Bo motorynka była zepsuta!

No co, jedziemy na przejażdżkę, piękna? Dawaj, przypomnimy młodość!

Tamara wskoczyła bez namysłu! Przecież teraz starość w polskim parlamencie oficjalnie zniesiono: wszyscy seniorzy 65+ to aktywni ludzie!

I ruszyła dosłownie i w przenośni w nowe życie.

Wkrótce została prawdziwą panią Koziorowską: Piotr się jej oświadczył!

Wszystko się ułożyło, a Tamara przeprowadziła się do męża.

A Lidia została sama gruba, zgorzkniała, nieszczęśliwa. Czy to nie powód do nowej zazdrości?

Odtąd nie miała już z kim się kłócić cały swój jad musiała trzymać w środku. A toksyny trzeba jakoś uwalniać…

Dlatego, trzymaj się Tamaro, i tak nie wychodź z domu! No i takie to życie na polskiej wsi.

I po co tyle zachodu było z tym wychodkiem

W życiu warto pamiętać, że zazdrość i złość najbardziej krzywdzą nas samych. Życzliwość i otwartość pomagają znaleźć szczęście nawet tam, gdzie nikt się go nie spodziewa.

Rate article
Fajna Tajna
Wredna sąsiadka – Nie ruszaj moich soczewek! – wrzasnęła była przyjaciółka. – Patrz lepiej na swoje oczy! Myślisz, że nie widzę, na kogo się gapisz? – To co, zazdrosna jesteś? – zdziwiła się Tamara Borowikowa. – No, no, do kogo te usta rozdziawiasz! Już wiem, co ci dam na Gwiazdkę: maszynkę do zwijania warg! – Lepiej zatrzymaj ją dla siebie! – nie była dłużna Luda. – Albo twoich ust to już żadna maszyna nie ogarnie? Myślisz, że nie widzę? Babcia Tamara zsunęła nogi ze starego tapczanu i podeszła do domowego ołtarzyka pomodlić się rano. Nie była szczególnie religijna: coś tam z pewnością istniało gdzieś daleko – ktoś przecież nad tym wszystkim czuwał! Ale kto? Pytanie pozostawało otwarte. Głównej nazwie tej siły dawano wiele imion: kosmos, początek wszystkiego, no i oczywiście Pan Bóg! Tak, dobry dziadek z białą brodą i aureolą, siedzący sobie na chmurce i myślący o ludziach na Ziemi. Zresztą, wiek babci Tomy już dawno przekroczył połowę siedemdziesiątki. A w tym wieku lepiej już nie zadzierać z Najwyższym: jeśli Go nie ma – wierzący i tak niczego nie tracą. A jak jest, to niewierzący tracą wszystko. Pod koniec porannej modlitwy babcia Toma dorzuciła jeszcze kilka słów od siebie – jakżeby inaczej! Rytuał spełniony, duszy lżej – można zaczynać nowy dzień. W życiu Tamary Borowikowej były dwie wielkie udręki. I wcale to nie dziurawe drogi i pijacy, jak to zwykle mówią – to już oklepane! To była sąsiadka Luda i jej, Tomy, wnuki. Z wnukami wszystko jasne: młode pokolenie, nic im się nie chce. Ale mają własnych rodziców – niech się oni z nimi męczą! A co z Ludą, to nie wiadomo: zaczęła sąsiadce dopiekać po mistrzowsku! A w końcu to tylko w filmach przekomarzania się między Stecią i Jurkiewiczową wyglądają zabawnie i uroczo! W życiu – wygląda to zupełnie inaczej. Zwłaszcza, jak ktoś się czepia zupełnie bez powodu. A babcia Toma miała jeszcze serdecznego przyjaciela, “Pietrka na motorynce”. Pełne nazwisko – Piotr Efimowicz Koźmiński – taka rodzinna pisownia! O originie ksywki łatwo się było domyślić – w młodości Koźmiński Pietrek, a jakże, lubił śmigać motorynką. Dokładniej – motorynką, jak śmieszek nastolatek wołał na swój pojazd. Z czasem wszystko się uprościło – został po prostu „motorynka”. Motorynka od dawna zardzewiała w szopie, ale ksywka przylgnęła na dobre: wieś – to wieś! Kiedyś przyjaźnili się rodzinami – Pietrek z żoną Niną i Toma ze swoim mężem. Ale ich drugie połówki już od dawna spoczywały na miejscowym cmentarzu. Toma z przyzwyczajenia dalej przyjaźniła się z Pietrkiem – znali się od podstawówki, a on był porządnym kumplem. W szkole trzymali się we troje: ona, Pietrek i Luda – wtedy ta paczka świetnie się sprawdzała. To była zwyczajna przyjaźń – żadnego flirtu ze strony chłopaka. Chodzili wszędzie razem: rosły kawaler w środku, szczupłe panie po bokach pod rękę – jak filiżanka z dwoma uszkami. W sam raz, żeby się nie wyślizgnęła z ręki! Różnie bywa… Z biegiem lat przyjaźń się zmieniła. A właściwie – zanikła, przeradzając się w niechęć ze strony Ludmiły Władysławowny, a potem – w jawną nienawiść. Jak w bajce: coraz częściej mam wrażenie, że ktoś mnie podmienił… Ludę jakby podmienili! Stało się tak po śmierci jej męża: do tego wszystko było jako tako. Wiadomo, człowiek z wiekiem się zmienia: trochę skąpy robi się sknerą. Gadatliwy zamienia się w plotkarza. A zawistnego zżera zawiść do cna. Nie wykluczone, że właśnie to dopadło i sąsiadkę Tomy: baby takie są. Zresztą, chłopy nie lepsze. A było czego zazdrościć. Po pierwsze, Tomka mimo lat pozostała szczupła. A Luda – zamieniła się w “pieńka”: pani, gdzie tu robimy talię? Wyraźnie przegrywała na tle sąsiadki. Po drugie, wspólny przyjaciel z dzieciństwa ostatnio okazywał szybkiej Tamarkowi więcej zainteresowania niż Ludzie: często podśmiewali się z czegoś swojego, niemal dotykając siwymi głowami. A do niej ograniczał się do krótkich, suchych zdań. I odwiedzał Tomę częściej, a Ludę musiała go specjalnie zaciągać… No cóż: może nie była tak sprytna jak uparta Tomka. I zero poczucia humoru! A Pietrek zawsze umiał się pośmiać. W polskim języku jest dobre słowo – zrzędzić: bardzo lubił je nasz Jerzy Pilch. I właśnie zrzędzić zaczęła ostatnio Luda, czepiając się o byle co. Na początek okazało się, że klozet u Tomki stoi nie tam i śmierdzi! – Od twojej latryny wali! – wypaliła babcia Luda. – Ty to masz nowiny! Ona tam stoi od stu lat, dopiero zauważyłaś? – zdziwiła się sąsiadka i nie pozostała dłużna: – O, a twoje soczewki to przecież refundowane były! Darmowe rzeczy nigdy nie są dobre! – Nie ruszaj moich soczewek! – wrzasnęła była przyjaciółka. – Patrz lepiej na swoje oczy! Myślisz, że nie widzę, na kogo się gapisz? – To co, zazdrosna jesteś? – zdziwiła się Tamara Borowikowa. – No, no, do kogo te usta rozdziawiasz! Już wiem, co ci dam na Gwiazdkę: maszynkę do zwijania warg! – Lepiej zatrzymaj ją dla siebie! – nie była dłużna Luda. – Albo twoich ust to już żadna maszyna nie ogarnie? Myślisz, że nie widzę? A widziała, ile się dało, psiamać… I to nie raz, nie dwa. Nawet Pietrek, któremu poskarżyła się znajoma, doradził: zasyp ten kibel! Zrób w domu. I syn z córką zrobili mamie toaletę w domu. A szambo zasypał osobiście Piotr Efimowicz – ot, odpoczywaj, Luda! Zmieniaj tematy – wąchaj zapachy! Ale gdzie tam! Zaraz wyszło, że wnuki sąsiadki oberwały gruszę należącą do Ludmiły: gałęzie drzewa rozciągały się aż na działkę Tamary. – Pewnie myśleli, że to nasza grusza – próbowała tłumaczyć Tamara. Choć według niej nikt nie ruszał gruszy – jak wisiało, tak wisi! – Twoje kury z kolei buszują na moich grządkach i nic nie mówię! – Kura to głupie stworzenie! Kurczak czy nioska, co za różnica! – zirytowała się sąsiadka. – A wnuków trzeba wychowywać, babciu! A nie chichrać się z zalotnikami od rana do wieczora! I tak dalej. Znów wszystko schodziło na Pietrka… Wnuki dostały burę. Sezon na gruszki minął: odpocznij, Luda! A tu w międzyczasie – ktoś uszkodził zwisające gałęzie! – Gdzie? Pokaż! – domagała się Tamara: żadnych uszkodzeń nie było! – Tu i tu! – pokazywała krzywym palcem babcia Luda: zresztą i ręce Tomki były ładniejsze – długie, proste palce. Kobieta i ręce – to styl! Wieś wsią, ale styl to styl! Więc motorynka zaproponował: zetnijmy te gałęzie! Są po twojej stronie? Są! U siebie możesz robić, co chcesz! – Zacznie krzyczeć! – obawiała się babcia. – Założysz się – nie zacznie? Nie ośmieli się – ja cię przypilnuję! – zapewnił Pietrek. I faktycznie: Luda widziała, jak Pietrek tnie gałęzie, ale nie pisnęła słowa! Drzewo załatwione. Ale teraz to babcia Toma zaczęła mieć pretensje o kury sąsiadki – faktycznie demolowały jej grządki. W tym roku Ludmiła Władysławowna zakupiła nową rasę: wcześniej tak nie było. A kura – wiadomo: głupota w stanie czystym! W kółko ryje i ryje – wszystko wydrapane. Na prośby, żeby trzymała swoje kury na własnym terenie, sąsiadka tylko się szyderczo uśmiechała: i co mi zrobisz? Można by było upolować parę kur i demonstracyjnie usmażyć, ale dobra babcia Toma woli unikać afer. I wtedy sprytny przyjaciel wymyślił numer podpatrzony w internecie – nocą rozłożyć na grządkach jajka. Rano zebrać demonstracyjnie – niby że kury zniosły. Był obyty z siecią – internet był u nich od lat. I wiecie, zadziałało! Dzięki, światowy necie – przynajmniej tyle! Zaskoczona Luda patrzyła na Tomę z pełną miską jajek i zaniemówiła. Kury więcej na cudze grządki nie wlazły. No to co – może się pogodzimy, Luda? Nie ma się o co boczyć! Gdzie tam! Teraz zaczęło jej przeszkadzać palenie i zapach z letniej kuchni, w której babcia gotowała do późnej jesieni. Jasne, nagle wczoraj nie przeszkadzało, dzisiaj przeszkadza! Może mnie irytuje zapach smażonego mięsa! Może jestem wegetarianką! Zresztą, Sejm już dawno uchwalił zakaz grillowania! – Gdzie ty tu widzisz grilla? – próbowała przemówić do rozumu była przyjaciółka Tamara. – Przetrzyj okulary czasem, nasza “czyścioszka”! Tamara Borowikowa była osobą kulturalną i cierpliwą, ale powoli tracila nerwy. Bo sąsiadka naprawdę się zapętliła – też dobre słowo! U Ludy nie było już w ogóle spokoju… – Może oddać ją na eksperymenty medyczne? – żartowała Tamara Borowikowa, kiedy piła herbatę z Pietrkiem. – Przecież ona mnie zje żywcem! Babcia Toma rzeczywiście schudła i opadła z sił – codzienna wojna wykańczała. – Zadławi się! I nie pozwolę na to! – obiecał przyjaciel. – Mam na nią lepszy sposób! Za parę dni, pewnego pięknego ranka, Tamara usłyszała śpiew: – Toma, Toma – wychodź z doma! Przed drzwiami stał uradowany Pietrek: przyjechał na samodzielnie naprawionej starej motorynce – Pietrek na motorynce! – Wiesz, dlaczego wcześniej byłem markotny? – zaczął Piotr Efimowicz. – Bo motorynka była niesprawna! No i co – jedziemy, piękna, powspominać młodość? Wskakuj – ruszamy w nową drogę! I babcia Toma wskoczyła! Bo przecież starości już oficjalnie nie ma – uchwalili w Sejmie: wszyscy jesteśmy aktywni seniorzy 65+! I ruszyła – dosłownie i w przenośni – w nowe życie. Już wkrótce została Panią Koźmińską: Piotr Efimowicz oświadczył się! Puzzle się ułożyły, a babcia Toma wprowadziła się do męża. Luda została sama – gruba i zgorzkniała. No czyż to nie powód do nowej zazdrości? Na domiar złego nie miała już z kim się kłócić – cała żółć zostawała w środku, a gdzieś trzeba ją przecież wyrzucić… Trzymaj się więc, Tomo, i nie wychodź z domu! Bo to dopiero początek, oj, będzie się działo! Po prostu nie życie, a kabaret. A czego się spodziewałaś na polskiej wsi? A z tym wychodkiem to był błąd, mogłaś się nie szarpać…