Anna nie wróciła do domu z pracy z pustymi rękami. Miała słabość do małego sklepu za rogiem, gdzie regularnie kupowała butelkę wina na wieczór żeby kolacja lepiej smakowała rzecz jasna. Gdy tylko przekroczyła próg mieszkania na warszawskim Bródnie, zastała niecodzienną scenę: jej mąż cywilny, Wiktor, właśnie pakował walizki.
Znalazłeś w końcu robotę? Idziesz na jakąś nocną zmianę czy co?
Nie, Anka, ja odchodzę.
O tej porze? Jest dziesiąta wieczór!
Naprawdę nie słyszysz? Mówię, że cię zostawiam, głupolu.
Nogi Anny ugięły się pod nią i wylądowała na krzesło.
Z tobą wszystko w porządku? Przypominam, mamy dwoje małych dzieci! Wiktor, co ci odbiło? Ja ci dzieci urodziłam. Zebrałam cię z ulicy spod myjni samochodowej, doprowadziłam do ładu, nakarmiłam, zrobiłam z ciebie człowieka. Ty przez cały czas siedziałeś w domu, a ja zapieprzałam i cię utrzymywałam!
Dzieciom nie będę robił krzywdy, ale tobie mam dość. Mam dość twoich codziennych powrotów z kolejną butelką “bo apetyt mam na wieczór”. Jagoda taka nie jest, nie czuć od niej alkoholu, tylko coś słodkiego i miłego.
Aha, czyli lecisz do Jagody? Ty w ogóle wiesz, kto to jest? Daj spokój, ona się tu przybłąkała z Radomia, pewnie coś nawiała tam, a ty taki spryciarz się w to pchasz…
Wiktor nie miał zamiaru słuchać koncertu życiowych żalów Anny. Okopał drzwi i poszedł, trzaskając nimi tak, że sąsiadka z dołu znów zaczęła przeklinać.
Anna już zupełnie się załamała coraz częściej zaglądała do kieliszka. Zdarzało się, że do pracy krawcowej w pobliskim zakładzie włóczyła się z potężnym kacem. Igły nie chciały jej słuchać, szwy były krzywe, a szefowa tylko przewracała oczami.
Tydzień gonił tydzień. Wieczorami Anna zapominała ugotować coś dzieciom, więc jedyne co jadły, to było w przedszkolu. W domu narastał armagedon: smród papierosów mieszał się z zapachem pleśni z garnków, a dzieci biegały brudne jak prosiaki.
W końcu zjawiła się pani z opieki społecznej zabrała dzieci, zostawiając Annie ostatnią szansę na ogarnięcie się. Pracę i mieszkanie jeszcze miała, wystarczyło tylko się zebrać w garść.
Anna wybłagała krótki urlop od przełożonej i przez kilka dni leżała w łóżku, patrząc w sufit. W końcu, piątego dnia, kiedy stwierdziła, że jednak czuje głód, a pokusa wypicia choćby soku jabłkowego była nie do zniesienia, zerwała się, zaczęła sprzątać, pucować, potem zabrała się do pracy. Pilnowała się codziennie po pracy sprzątała mieszkanie, żeby nie mieć czasu na myśli o piciu.
Po kilku miesiącach dzieci wróciły do domu, choć opieka kontrolowała Annę regularnie. Wytrzymała. Praca i dzieci były na pierwszym miejscu. Nawet gdy dowiedziała się, że Wiktor oświadczył się Jagodzie, nie złamała się pod natłokiem wspomnień 8 lat razem, dzieci, a on już się żeni z kolejną.
Kilka miesięcy później Wiktor wrócił z monstrualnym sińcem pod okiem:
Anka przepraszam. Okazało się, że Jagoda uciekła od męża z Radomia, a on ją odnalazł, przyjechał do mnie, spuścił mi łomot i zaciągnął ją do auta za włosy…
Wiktor, dziękuję za dzieci i za tę nauczkę. Ale twojego powrotu nie przyjmuję. Droga wolna wycieczka do Radomia czeka!



