Wnuczka
Ewa zasnęła dopiero nad ranem. Gdy otworzyła oczy, pokój zalewało słoneczne światło, a przy łóżku stał Krzysztof i się uśmiechał.
— Całą noc na ciebie czekałam. Gdzie byłeś?
— Moja mała, widzisz, nic mi się nie stało. Ubieraj się, pójdziemy gdzieś na śniadanie — powiedział Krzysztof, gładząc ją po włosach.
Na zewnątrz było letnio ciepło.
— Chcesz loda? — Nie czekając na odpowiedź, podszedł do budki i kupił jej ulubione śmietankowe w waflowym rożku.
— Jesteś w świetnym humorze. Wygrałeś w karty? — spytała Ewa, zlizując wierzch lodów.
— Nie zgadłaś. Mam pewien pomysł. I do jego realizacji potrzebna mi twoja pomoc.
— Ale nigdy mnie nie brałeś ze sobą. Co mam robić?
— Nic. Po prostu bądź przy mnie. Ale jeśli nie chcesz, sam sobie poradzę.
— Nie, idę z tobą — pospiesznie zgodziła się Ewa.
— Wiedziałem, że się zgodzisz. Możesz wybierać białą sukienkę — powiedział Krzysztof łaskawie, w wyjątkowo dobrym nastroju.
— Naprawdę? Oświadczasz mi się? — ucieszyła się dziewczyna, zapominając nawet o lodzie w dłoni.
Żadnej kobiecie Krzysztof nie pozwalał nawet wspominać o małżeństwie. Ale Ewa była inna. Stała się jego talizmanem, przynosiła szczęście. Rok temu wyrwał ją z rąk trzech chuliganów.
Ewa mieszkała z matką w małym miasteczku. Po odejściu ojca matka zaczęła pić. Stało się jeszcze gorzej, gdy przyprowadziła do domu mężczyznę i oznajmiła, że będzie z nimi mieszkał. Nowy partner patrzył na Ewę z podejrzanym zainteresowaniem, aż pewnego dnia próbował ją zapędzić do łóżka. Dziewczyna uciekła, wsiadła w pociąg i znalazła się w dużym mieście.
Bez pieniędzy, bez rodziny. Co robić? Gdzie iść? Jej zagubiony wygląd zwrócił uwagę bandy wyrostków, którzy kręcili się po dworcu w poszukiwaniu frajerów i przygód. Mogło się to dla Ewy skończyć bardzo źle, ale na jej krzyk przybiegł Krzysztof i odebrał ją chuliganom. Od tamtej pory byli razem.
Ewa zakochała się w Krzysztofie. Wysoki, postawny, dobrze ubrany, przystojny i uśmiechnięty — samym wyglądem wzbudzał zaufanie. Dawał jej poczucie bezpieczeństwa, choć nie krył, że zajmuje się nie do końca uczciwymi sprawami. Ale nigdy jej w nie nie wplątywał.
Usiedli na ławce nad Wisłą. W słońcu lody szybko topniały, waflowy rożek rozmókł, słodka woda spływała po dłoni, aż w końcu skapnęła na falbankę sukienki.
— Kurczę! — Ewa poderwała się z ławki, odsuwając rękę z lodem, by nie ubrudzić się jeszcze bardziej.
— Po prostu go wyrzuć — leniwie mrużąc oczy w słońcu, jak syty kot, rzekł Krzysztof.
Ewa cisnęła rozmokły rożek do kosza, zlizała resztki lodów z ręki. „Jaka ona jeszcze dziecko” — pomyślał Krzysztof z czułością.
— Sprawa jest obiecująca, ale trzeba wszystko dobrze rozegrać. Nie wolno się pomylić. Facetowi z narzeczoną uwierzą szybciej niż samotnemu włóczykijowi.
— Z narzeczoną? — powtórzyła Ewa, siadając z powrotem.
— Ty jesteś narzeczoną. — Krzysztof objął ją za ramiona, a ona przytuliła się do niego.
— Wczoraj przypadkiem dowiedziałem się o pewnej staruszce. Nie ma już nikogo. Mąż dawno nie żyje, a jedyny syn zginął kilka lat temu na misji. Ciągle o tym zapomina i wieczorami czeka na niego z kolacją. Na palcu nosi pierścień, nigdy go nie zdejmuje. Zakładam, że takich skarbów ma więcej. Mąż był człowiekiem wpływowym.
— Chcesz ukraść jej klejnoty? — domyśliła się Ewa.
— Nie, nie potrzebuję zamieszania. Sama nam je odda. Zgłosimy się do niej jako wnuk z narzeczoną. Łapiesz? Twoim zadaniem będzie sprawić, by zapragnęła podarować ci swoje błyskotki na ślub.
Krzysztof miał swoje zasady. Ewie zrobiło się żal staruszki. Jedno to oszukiwać bogatych urzędników i ich żony, a co innego — samotną, ufną kobietę. Ewa zamyśliła się.
— Kup skromną sukienkę, która na pewno się jej spodoba — nie zauważając jej zamyślenia, rzekł Krzysztof.
— A jeśli się domyśli? Nie rozpozna w tobie wnuka? Wątpię, byś był podobny do jej syna.
— Jej pamięć szwankuje, a i dawno go nie widziała.
Dwa dni później Krzysztof z Ewą stali przed metalowymi drzwiami na trzecim piętrze starej kamienicy. Krzysztof obrzucił Ewę ostatnim badawczym spojrzeniem i był zadowolony z jej skromnego wyglądu. Sam, jak zawsze, był wysportowany, elegancko ubrany i czarujący.
— Mniej mów, dobrze?
Ewa skinęła głową.
Krzysztof nacisnął dzwonek. Za drzwiami rozległy się szurające kroki, zaskoczył zamek. Ewa spodziewała się ujrzeć zgrzybiałą staruszkę, lecz przed nią stała niewysoka kobieta w staromodnej sukni z białym koronkowym kołnierzykiem. Puszyste siwe włosy spięte były z tyłu krabem z czarną kokardą.
— Kogo państwo szukają? — spytała, mrużąc oczy.
— Panią, jeśli to pani Zofia Stanisławówna Nowak. To może brzmieć dziwnie, ale jestem pani wnukiem — powiedział Krzysztof poważnie.
— Nie rozumiem… — Kobieta zamrugała zdezorientowana. — Mój syn nigdy nie był żonaty. Mylą się państwo.
— Możemy wejść? — Krzysztof uśmiechnął się jednym ze swoich urzekających uśmiechów. Działały na ludzi bezbłędnie.
— Tak, oczywiście. — Zofia Stanisławówna ustąpiła, wpuszczając gości.
— Witam. Wygląda pani dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem. Pozwoli pani? — Krzysztof przeszedł do pokoju, zatrzymał się przed powiększonym zdjęciem młodego mężczyzny w mundurze na ścianie.
— Mama ma inne zdjęcie, jeszcze z czasów akademii. — Odwrócił się do Zofii Stanisławówny.
— Nadal nie do końca pojmuję… — wyszeptała słabo.
— Jestem z Poznania. Syn studiował tam, prawda? Mama poznała go na kilka miesięcy przedEwa spojrzała na pierścień, który dostała od Zofii Stanisławówny, i nagle zrozumiała, że prawdziwe skarby to nie drogocenne kamienie, lecz drugi człowiek, który ofiaruje ci swoją samotność jak najcenniejszy dar.



