Dawno temu, za czasów jeszcze nie tak odległych, wszystko zaczęło się od zwykłego wieczoru. Władysław wygodnie rozsiadł się przy swoim biurku z laptopem i kubkiem kawy. Zostało mu do dopięcia kilka spraw służbowych. Niespodziewanie przerwał mu dźwięk telefonu nieznany numer.
Halo, słucham.
Czy rozmawiam z Władysławem Jakubowskim? odezwał się po drugiej stronie starszy, sądząc po głosie, mężczyzna. Dzwonię z oddziału położniczego. Zna pan może Marzenę Kalinowską?
Nie kojarzę żadnej Marzeny Kalinowskiej. O co chodzi? zdziwił się Władysław.
Marzena niestety zmarła wczoraj przy porodzie. Skontaktowaliśmy się z jej matką. Powiedziała, że jest pan ojcem dziecka zapadła cisza, jakby mężczyzna czekał na odpowiedź.
Jakiego dziecka? Jakim ojcem? Nie rozumiem! Władysław poczuł narastający niepokój.
Marzena urodziła dziewczynkę. Wczoraj. Jeśli naprawdę jest pan Władysław Jakubowski, zapraszamy jutro do szpitala przy ulicy Mickiewicza. Trzeba podjąć decyzję…
Jaką decyzję? Władysław zupełnie nie ogarniał sytuacji.
Proszę jutro przyjechać i zgłosić się do doktora Henryka Szymańskiego. To ja. Wszystko omówimy głos był spokojny i rzeczowy.
Gdy na linii zapadła cisza, Władysław odłożył telefon i przez dłuższą chwilę próbował zrozumieć, co właśnie usłyszał.
Marzena… Jaka Marzena? powtarzał półgłosem, krążąc niespokojnie po małym pokoju. Nie kojarzę… Nie, muszę pomyśleć inaczej. Ile trwa ciąża? Dziewięć miesięcy… Jest maj. Cofnę się do września… Co robiłem we wrześniu?
Spojrzał na filiżankę kawy, skrzywił się i odstawił na bok. Najchętniej napiłby się teraz czegoś mocniejszego, ale…
We wrześniu przecież byłem w Gdańsku jakby nagle przejrzawszy na oczy, przypomniał sobie. Dwa tygodnie. No tak! Marzena!
Teraz już ledwie pamiętał jej twarz. Chyba blondynka, miała takie niebieskie, śmiejące się oczy… Ilu takich Marzen w ogóle przewinęło się przez jego życie? Każdej nie sposób zapamiętać. Do czterdziestki nie żenił się nigdy i żadnych dzieci mieć nie zamierzał. Jego świat był uporządkowany, samotny, dokładnie taki jak chciał. Po co to zmieniać przez jedną przelotną znajomość?
Przecież ona umarła… głos w głowie stuknął młoteczkiem.
Jak mogła umrzeć? wymówił nagle na głos, patrząc w górę, jakby odpowiedzi spodziewał się pod sufitem. Ile mogła mieć lat? Dwadzieścia… może dwadzieścia jeden…
Władysław zapragnął zapalić. Próbował wyprzeć nieznane uczucie, które gdzieś głęboko się zagnieździło czy to żal, czy niepewność, czy może poczucie winy?
Dziecko… wypowiedział półgłosem, jakby rozmawiał z kimś, kto ukrył się za zasłoną. Niech matka Marzeny zabierze dziewczynkę do siebie. W końcu to jej wnuczka. A kto wie, może i to nie jest moje dziecko…
Władysław już podjął decyzję. Nazajutrz miał pojechać do szpitala, spotkać się z lekarzem i zrzekać się praw do dziecka. Chciał żyć dalej tak, jak dotychczas.
Mimo, że wybór został dokonany, jeszcze długo nie mógł zasnąć tej nocy. W głowie kłębiły mu się myśli, a w sercu kotłowały niewypowiedziane uczucia…
To zimne, martwe ciało nie mogło być Marzeną! Władysław próbował przełknąć tłumiący go w gardle ucisk, lecz bez skutku. Roznosił się on po całym ciele, docierał do oczu. Poczuł łzawienie… Przypomniał ją sobie jak się śmiała, jak biegła boso po plaży nad Bałtykiem, jak patrzyła na niego z zakochaniem w oczach. Wesoła dziewczyna, o której zapomniał tuż po powrocie do domu… To ona teraz leży samotnie w szpitalnej chłodni. To jej ciało będzie musiał zobaczyć…
Wybiegł na korytarz i gestem poprosił doktora Szymańskiego o chwilę.
Wyprosił papierosa od pierwszej napotkanej osoby i łapczywie zaciągnął się na schodach szpitala, po czym wyrzucił na wpół wypalony niedopałek i żwawym krokiem wrócił do gabinetu ordynatora.
Czy chce pan zobaczyć córkę? zapytał doktor Szymański.
Najpierw proszę pozwolić mi porozmawiać z matką Marzeny. Gdzie ją znajdę? Władysław spojrzał wyczekująco.
Czeka w korytarzu. Minął ją pan po drodze.
Zaraz wracam mruknął i wyszedł.
Ujrzał ją od razu drobną kobietę w czarnej chustce, siedzącą samotnie na krześle. Trzy szybkie kroki i już był przy niej.
Dzień dobry zdołał wydusić z siebie.
Kobieta uniosła na niego wzrok. Władysław poczuł, jak tonie w tym oceanie bólu.
Jak ona jest podobna do Marzeny przyszło mu do głowy ta sama twarz.
Jestem Teresa. Teresa Marianna powiedziała cicho. Matka Marzenki.
A ja Władysław… też Jakubowski odparł niezręcznie.
Wiem. Marzenka mi o panu mówiła. Teraz już nic nie opowie zapłakała Teresa, ocierając policzki.
Władysław stanął obok, zupełnie nie wiedząc, co zrobić ani powiedzieć.
Proszę, nie rezygnuj pan z dziewczynki szepnęła błagalnie. Nie pozwolę, by moje ukochane dziecko wychowywało się w domu dziecka! Rozumie to pan?
Dlaczego w domu dziecka? Przecież jest pani babcią, oddadzą ją pani! próbował przekonać Teresę, a sam pomyślał: Wyglądamy niemal na rówieśników…
Nie oddadzą… Choruję na serce, mam rentę… Proszę, tylko niech pan ją uzna! Ja sama się wszystkim zajmę, nie będziemy pana niepokoiły. Proszę! Teresa wyciągnęła ręce w geście błagania.
Chodźmy powiedział, zapraszając ją do gabinetu ordynatora.
Doktor Szymański odrywał się właśnie znad papierów.
Co jest potrzebne do uznania ojcostwa? zapytał Władysław nieco drżącym głosem.
Test DNA odparł rzeczowo lekarz. Jak ją pan nazwie?
Kogo mam nazwać? zawahał się Władysław.
Dziewczynkę. Jak jej pan da na imię? uśmiechnął się lekko doktor.
Może chce pan tymczasem ją zobaczyć? dodał.
Władysław westchnął, zerknął na Teresę i odpowiedział cicho:
Nie, nie chcę.
Wszelkie formalności zostały załatwione nadzwyczaj szybko. Test potwierdził, że to jego córka. Władysław nawet wtedy nie wiedział, co począć. Nie był gotowy, by nagle pojawiło się w jego życiu dziecko. Ale całkowicie wymazać je i Teresę też nie potrafił. Wciąż nie mógł wypowiedzieć słowa CÓRKA. Dla niego to wciąż był tylko ktoś.
Będę pomagał najlepiej jak umiem. Prześlę pieniądze, kupię wózek, co trzeba… postanowił jeszcze przed odebraniem dziecka ze szpitala.
Kiedy zobaczył pielęgniarkę niosącą zawiniątko w jasnoróżowych falbankach i kokardkach, aż zaschło mu w ustach.
Teresa delikatnie przejęła zawiniątko, odchyliła rożek koronek i zapytała:
Chcesz zobaczyć naszą dziewczynkę?
Władysław nie zdążył ani potwierdzić, ani zaprzeczyć. Drzwi gabinetu otworzyły się nagle i doktor Szymański poprosił Teresę do środka.
Kobieta przekazała zawiniątko Władysławowi. Zamarł, nie był w stanie wypowiedzieć żadnego słowa, nawet się nie poruszył. Zawiniątko było ciepłe i pachniało słodyczą. Nagle dziecko poruszyło się niespokojnie, wydało dźwięk przypominający miauknięcie kociaka, a potem rozpłakało się głośno. Władysław, przestraszony, spojrzał maluchowi w oczy i zobaczył tam siebie. Była do niego podobna jak dwie krople wody! Patrzył na dziewczynkę i widział własne odbicie
Poczuł, że nogi ma z waty. Usiadł ciężko na stojącym obok krześle i zaczął lekko kołysać dziecko. Mała ucichła i nagle spojrzała na niego prosto, jakby się uśmiechała.
Młoda babcia wyszła po chwili z gabinetu.
Daj, potrzymam ją Teresa wyciągnęła ręce do wnuczki.
Ja sam! wypalił nagle. Przed chwilą do mnie się uśmiechnęła! sam nie mógł się powstrzymać od uśmiechu, jakiego w życiu nie znał. Jedziemy do domu, Tereso powiedział cicho. A po chwili dodał stanowczo: Jedziemy razem do domu!



