– Już się poddaje, Janie – powiedziała Irena mężowi, przygotowując sałatkę jarzynową.
– Skąd taki wniosek? – zdziwił się Piotr.
– Nie mógł podnieść Małgosi, żeby zawiesić gwiazdę na choince. A kiedyś… – Irena westchnęła.
– Ojciec ma jeszcze siłę, tyle co się zmęczył – odparł Piotr.
– Nie, Piotrze, lata biorą swoje. Od teraz ty będziesz przywoził rodzicom zakupy raz w tygodniu i nie dyskutuj – poprawiła włosy Irena i wzięła półmisek z sałatką. – Chodźmy do stołu.
Jan Słowikowski wszystko słyszał. Zatrzymał się, by zapalić światło w łazience, i przypadkiem podsłuchał rozmowę syna z synową.
Wigilia Nowego Roku w rodzinie Słowikowskich miała tradycję: wszyscy zbierali się w domu rodziców na wspólną ucztę i spędzali najukochańsze zimowe święto. I ten rok nie był wyjątkiem. Najstarszy syn przyjechał z rodziną pierwszy. Synowa pomagała nakrywać do stołu, a wnuki w salonie wesoło ubierały choinkę.
Jan włączył wodę i usiadł na brzegu wanny.
– Irena ma rację, tak już jest. Odkąd przeszedłem na emeryturę, od razu poczułem się niepotrzebny, a później to już poszło jak z płatka. Taka apatia przyszła, aż płakać się chce!
– Janie, wszystko w porządku? – cicho zapytała Irena, podchodząc do łazienki.
– Tak, tak, już wychodzę – odpowiedział Jan.
Za drzwiami podskakiwał mały Wojtuś.
– Wejdź prędzej! – Dziadek przepuścił wnuka.
Przy świątecznym stole Jan coraz bardziej się zamyślił. Machinalnie unosił kieliszek, gdy składano toasty, tylko delikatnie popijając.
– Tato, dlaczego taki smutny? Święta, trzeba się weselić, może źle się czujesz? – zapytał Piotr, gdy rodzina już zbierała się do wyjścia. Stojąc w przedpokoju, Irena popychała męża, by kontynuował rozmowę.
– Wszystko w porządku, synu. Przywoź wnuki na ferie. Nie planujecie gdzieś wyjechać? – uśmiechnął się ojciec.
– Mamy remont, Janie, nie pojedziemy. Wam też trzeba odpocząć, dzieci wyślemy do moich rodziców – wtrąciła się Irena.
– No dobrze, skoro tak ustaliliście, teściowie też powinni się nacieszyć wnukami – westchnął Jan.
Irena coś szepnęła mężowi.
– Przyjadę w niedzielę, przywiozę zakupy – powiedział Piotr i skierował się do drzwi.
Mama rozłożyła ręce ze zdziwieniem:
– Jakie zakupy, synu? Sklepy są blisko, warzyw mam pod dostatkiem, jeśli czegoś potrzeba, tato pójdzie.
– Po co ma chodzić, Weroniko? Piotr wszystko przywiezie. Niech nie dźwigają po pięciu piętrach bez windy, niech odpoczną – upierała się Irena.
Rodzina wyszła, a matka jeszcze długo mruczała:
– Oto i masz, wnuków nie dają, do sklepu nie chodzicie, o co jej znowu chodzi?
– Irena jest bardzo dobra, Weroniko, dba o nas, nie przejmuj się – powiedział Jan.
– Nie mamy jeszcze dziewięćdziesięciu lat, żeby o nas tak myśleć, a już nas spisali, i wnuków nie dają.
– Przywiozą wnuki, kiedy indziej. Słyszałaś, że tym razem jadą do teściów.
Matka zamilkła.
„A może jednak niesłusznie jest dla Ireny zimna. To ona najczęściej przychodzi, pomaga, zawsze uśmiechnięta, zawsze taktowna. Druga synowa tylko jeść przychodzi i słoiki z przetworami zabiera. O zięciu już lepiej nie mówić.”
– Dlaczego taki smutny, Janie? – zwróciła się do męża Weronika.
– Zmęczyłem się trochę – machnął ręką.
– Ach, rozumiem, to odpocznij, włączę ci telewizor – powiedziała Weronika.
Poszła do kuchni układać umyte przez Irenę naczynia.
Jan leżał na kanapie i myślał, myślał, myślał.
„Nie dałem rady teraz z wnuczką gwiazdy powiesić, a latem na działkę przyjadą, i nie podniosę, żeby jabłko zerwać. A ona taka mała jest. Zupełnie siły straciłem.”
Wtedy postanowił, że do lata wróci do formy. Nie jak dwudziestolatek, ale by starszą wnuczkę mógł unieść bez wysiłku.
I tak się zaczęło. Codziennie, bez przerwy, dużo chodził, żeby od czegoś zacząć. Znalazł hantle pod łóżkiem, zapomniane, pokryte kurzem. Podnoszenie ich okazało się przyjemnością. Wkrótce zaczął zaglądać na siłownię plenerową, podciągać się obok nastolatków.
Powoli wracały mu siły. Przed sezonem letnim czuł taki przypływ energii, że na działce posprzątał zapomniane graty i zbudował dla wnuków plac zabaw. Żeby wszystkim było wesoło i ciekawie.
W sierpniu, gdy śliwki i jabłka zaczęły dojrzewać, starszy syn przywiózł wnuki na działkę. Małgosia była zachwycona placem zabaw. Wojtuś też docenił. Cały dzień dziadek spędzał z wnukamiA gdy Małgosia wyciągnęła rączki do najwyższej gałęzi jabłoni, Jan bez trudu uniósł ją w górę, czując, jak serce wypełnia mu duma i radość, że nie poddał się, gdy wydawało się, że czas już tylko na spokojne odchodzenie w cień.



