STYCZNIOWA ZESZYTKA
Stary autobus, śmierdząc benzyną i warcząc pod nosem, odjechał zostawiając mnie samą na przystanku. Rozejrzałam się nic się tu nie zmieniło. Ta sama dziurawa droga tonąca w czarnej, tłustej brei. Te same pokryte szarą plamą krzaki. Wieś w oddali, rozciągnięta cienkim pasem na skraju lasu, już w szarówce błyskała żółtymi kwadracikami okien, dochodziło z niej szczekanie psów i gęganie niecierpliwych gęsi.
Tak, tu minęło sześć lat, a wszystko stoi w miejscu… myślałam sobie. Właściwie prawie wszystko. Tylko z prawej, na wzniesieniu, nie było już widać tej długiej linii ciągników i kombajnów, oświetlanych pożółkłym światłem. Teraz czarna pustka nie mam pojęcia, co się stało z gospodarstwem rolno-spożywczym Szymańskich. Chyba poszło pod młotek, gdy zabrakło starego.
Wyszłam na główną ulicę wsi i byłam gotowa na wszystko nawet na to, że zza któregoś płotu poleci w moją stronę kamień. Wydawało mi się, że z każdego okna patrzy na mnie para sądzących oczu. Ścisnęłam mocniej chustkę na czole i szłam z pochyloną głową, licząc, że nikt mnie nie pozna. Co mnie tu czeka? Zostało coś z mojego domu? Nie miałam gdzie indziej się podziać. Ojczyzna boli najdotkliwiej, ale też do niej wracamy, choćby ludzie darzyli nas nienawiścią. Przez moją osobę pół wsi straciło sześć lat temu źródło utrzymania.
Tyle się zmieniło i we mnie, i wokół. Ta zalotna blondyneczka z niebieskimi oczami już dawno odeszła w zapomnienie. Kiedyś byłam Weroniką-Król, dziewczyna bez rodziców, przycupnięta na końcu wsi, w starym chałupskim domku. Ludzie gotowi byli modlić się do Szymańskiego. U niego pracował praktycznie każdy. Potem los się do mnie uśmiechnął przeprowadziłam się do niego, wydało mi się, że trafiłam do raju.
Jakże życie potrafi rozczarować. To nie był żaden raj. Adam Szymański siebie uważał za lokalnego pana. A ja dla niego, Werka Król, byłam tylko miłą zabawką. Oślepiona tym, że zainteresował się mną taki ważny ktoś, długo nie zauważyłam jego natury. Najpierw odciął mnie od koleżanek, potem zabronił prowokacyjnych szmatłaczy, makijażu wszystkiego. Moje życie skurczyło się do serwowania zup i sprzątania. Żadnej pracy Adam węszył zdrady, podejrzliwość wyżerała mu duszę. Starałam się jak mogłam, by go przekonać o mojej uczciwości, ale to była walka z wiatrakami. Nie we mnie był problem, tylko w nim. Im bardziej się starałam, tym gorzej. Aż zaczęło się rękoczynów. Zbiegłam więc któregoś dnia do swojego domku, mając nadzieję wszystko zapomnieć.
Ale los szykował mi jeszcze większy cios.
Adam przyszedł już następnego dnia. Myłam akurat podłogę w kuchni, okna i drzwi szeroko otwarte. Wiatr niósł zapach świeżości. Pogrążona w monotonnym szorowaniu, nawet nie zauważyłam, kiedy kopnął wiadro. Zebrało się morze na kuchni. Przeczułam, że następna będę ja. Potem mam w głowie czarną dziurę. Chyba podświadomość oszczędziła mi wspomnień z tej nocy. Doszłam do siebie dopiero, gdy podwórko było pełne policjantów. Wpychali mi pod oczy worek z kuchennym nożem, przepytywali… Z oknem tłoczyli się sąsiedzi; mieszkanie wyglądało jak pobojowisko, firanki zwieszały się potargane, a na środku leżał Adam.
Zabiła chłopa! dochodziło zza płotu. Było mniej ogonem kręcić, to by żył! , Co jej brakowało, w śmietanie się pławiła! , Dobra ludzi pogrążyła! , A co teraz z nami? , Przez niego była praca na wsi!
Weronika dostała sześć lat odsiadki, kara w kolonii karnej zwykły reżim. Lata nie były proste, lecz i nie tak straszne, jak się obawiała. Dzięki łagodnemu usposobieniu i umiejętności słuchania, znalazła przyjaciółki, co osłodziło jej te lata. Z zalotnej dziewczyny została już tylko poważna, zmęczona twarz, podkreślona siwizną. Nie miała ochoty się stroić. Nigdy nie myślała, że trafi za kraty. Sądziła, że w takim miejscu siedzą tylko wykolejeńcy. Ale nie bez powodu w Polsce mówią: Od worka i więzienia nigdy nie mów nigdy! Życie może się roztrzaskać w sekundę. Teraz jestem z zeszytem sama sobie.
Wracałam, chowając twarz głębiej w chustę. Serce waliło jak oszalałe. Czy jeszcze istnieje mój dom? Może już rozebrali na opał… Ale na skraju jaru, między rozłożystymi brzozami, dostrzegłam wyraźnie znajome mury. Od wąwozu ciągnął chłód, w dole szemrał strumień, żaby rechotały jak dawniej. Ileż razy wyobrażałam sobie ten powrót, ile razy śniłam rodzinne widoki. Za wąwozem szumiały lasy pełne maślaków, podgrzybków, borowików… Och, chciałoby się od razu pobiec z koszykiem!
Wślizgnęłam się do ogrodu, odnalazłam klucz w znanym miejscu. Spodziewałam się stęchlizny, a tu świeżo i czysto. Włączyłam światło żółte promienie rozlały się po kuchni. Wszystko schludnie, na parapecie kwitną różowe pelargonie. Z osłupienia patrzę na kwiatek, nie wierząc własnym oczom. Przeszłam przez pokoje nic nie ruszone. Ktoś musiał pilnować domu za moją nieobecnością.
Wercia! Werenko! usłyszałam zza drzwi, a do kuchni wpadła zadyszana sąsiadka Jadwiga. O, matko… Jak ty się zmieniłaś… zamiast cześć rzuciła. Zobaczyłam światło, to od razu przybiegłam. Przyniosłam ci trochę jedzenia, bo z drogi pewno głodna jesteś. Postawiła na stole słoik mleka i zawinięty w ściereczkę bochenek chleba. Dziękuję uśmiechnęłam się, wzruszona. To Pani pilnowała domu?
No, a któżby powiedziała tylko. Dom sam sobie nie da rady. Dziękuję Pani… Z całego serca. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Idę już, bo u nas chłopy jeszcze zęby na ciebie zgrzytają. Mój zobaczy, że tu byłam, to zaraz mi awanturę zrobi!
Poczułam, jak coś ciężkiego schodzi mi z serca. Chociaż jedna osoba stanęła po mojej stronie. Nalałam do szklanki jeszcze ciepłego mleka i nagle ktoś bardzo nieśmiało zapukał do drzwi. W progu stanął trzynastolatek, niezgrabnie wręczając mi paczkę.
Mmama kazała przekazać! wyjąkał i szybko uciekł. Nie rozpoznałam go przez sześć lat dzieci wyrosły i bardzo się zmieniły. Paczka już pachniała boczkiem tak, że ślinka leciała.
Do chałupy wpadła Terenia bez pukania, od razu do uścisków. Byłyśmy przyjaciółkami jeszcze przed Adamem. Rzuciłam jej się na szyję, łzy poleciały po policzku.
Myślałam, że nikt ze mną nie zechce już gadać… szlochałam. Daj spokój, Werka śmiała się Terenia. Jest przecież kobieca solidarność! Co z tego, co ludzie mówią każdy wie, że broniłaś się jak trzeba. Chłopy nigdy nas nie zrozumieją, dlatego się dąsają. Jadwiga mówiła, że już wróciłaś. Wpadłam na chwilkę, przyniosłam trochę warzyw z ogródka. Dziś odpocznij, jutro sobie pogadamy po babsku!
Byłam tak wzruszona, że kęs nie chciał przejść przez gardło. Zrozumiałam wtedy, jak bardzo się myliłam, myśląc, że wszyscy się ode mnie odwrócą. Kobiety mnie zrozumiały i wsparły. Położyłam się w świeżej pościeli, ledwie zamknęłam oczy, gdy w okno zapukała znana mi masywna sylwetka. To był Marian, nieformalny sołtys i poważana postać w wiosce.
Nie wychodź rzucił półgłosem pogadamy przez okno. My, chłopy, pogadaliśmy i stwierdziliśmy, że głupio mieć do ciebie żal. Może baby wszystkiego nie wiedzą, ale ty nie masz winy. Źle trochę bez roboty, no ale Adam sam sobie winien. Niezbyt się, powiedzmy, nadawał… ech, nieważne. Nazbieraliśmy trochę grosza, na początek dla ciebie. Bierz, bierz!
Zawstydziłam się bardzo, ale Marian odwrócił się na pięcie i zniknął w ciemności rzucając mi przez okno kilka stuzłotówek.
Weronika Król
Autor: Anfisa SavinaZostałam sama w półmroku kuchni, z dłońmi opartymi o blat, i nagłym ciepłem rozlewającym się po całym ciele. Jeszcze wczoraj myślałam, że będę musiała chronić się przed ludźmi, jak przed wilkami; dziś okazało się, że w tej wsi jednak jest dla mnie miejsce. Może już nigdy nie będę tą dziewczyną sprzed lat, co biegała boso po rosie między łanami zbóż, ale przecież mogę być kimś innym z nowym, twardszym sercem i doświadczeniem wypisanym na twarzy.
Położyłam banknoty na stole, patrząc na nie długo, aż przestały być tylko pieniędzmi stały się znakiem pojednania, małym światełkiem między mną a wsią. Nalałam sobie jeszcze szklankę mleka i otworzyłam okno, żeby wpuścić trochę nocy, pełnej zapachu wsi i cichych głosów, które oznaczały dom.
Może jeszcze tu znajdę swoje miejsce. Może nauczę się od nowa spać spokojnie nie oglądając się za siebie, nie podsłuchując odgłosów z korytarza. Kiedy zasypiałam, miałam już w głowie plan: jutro pójdę do lasu nazbierać ziół i grzybów, pojadę do miasta dowiedzieć się o jakąś pracę. A może otworzę piec do pieczenia chleba, jak robiła kiedyś mama.
Zasnęłam spokojnie, pierwszy raz od lat czując, że jestem u siebie. Z dala od gwaru więziennych korytarzy, od okrutnych pamięci i ludzkiego sądu, mogłam znów należeć do siebie. Za oknem księżyc buszował wśród gałęzi, a gdzieś z oddali doleciało rechotanie żab i skrzypienie starej studni.
Następnego ranka obudził mnie zapach świeżego chleba to Jadwiga przyszła z nowym bochenkiem. Dzień zaczął się zwyczajnie, od kubka kawy i rozmów po sąsiedzku. Wtedy zrozumiałam, że choć życie upadło mi raz na głowę, jeszcze nie wszystko stracone. Czasem wystarczy jeden krok przez próg ukochanego domu by wszystko mogło się zacząć od nowa.
A ja już postanowiłam: nigdy więcej nie pozwolę, by ktoś odebrał mi siebie i swój świat. Moja nowa zeszytka, czysta jak śnieg w styczniu, czeka na pierwsze słowa. I obiecuję sobie napiszę w niej tylko to, co moje.


