To był mój i mojego męża wymarzony plan zamieszkać nad morzem. Przez dziesięć długich lat jeździliśmy nad Bałtyk, szukając swojego miejsca i zbierając złotówkę do złotówki, żeby kiedyś kupić mieszkanie w jednym z nadmorskich kurortów. Nie myśleliśmy o żadnym apartamencie z górnej półki chcieliśmy po prostu zwykłe dwupokojowe, najlepiej trzypokojowe lokum, a wystrój czy wyposażenie nie zaprzątały naszej głowy.
I w końcu marzenie się spełniło. Fakt, z mężem jeszcze spłacaliśmy kredyt, ale główny cel został osiągnięty. Morze, własne mieszkanie pięć minut od plaży dokładnie tak, jak sobie wyobrażaliśmy.
Czułem ulgę i mógłbym się rozluźnić przez pierwsze dwa miesiące. A potem pojawiła się mama. Pokazując jej nasz, przytulny apartament, poprosiła o dodatkowy zestaw kluczy, żeby mogła swobodnie wpadać bez wcześniejszych ustaleń. Nie mieliśmy pojęcia, że z czasem tych kluczy będzie coraz więcej
Pewnego poranka, gdy jeszcze byliśmy w łóżku, usłyszałem dźwięk klucza w zamku i pukanie do drzwi. Mąż, bez większego entuzjazmu, przekonany, że przyjechała nasza kochana mama, szybko się ubrał i poszedł otworzyć. Ku jego ogromnemu zdziwieniu, zobaczył w korytarzu rodzinę z dwójką dzieci. Dołączyłem do powitania i okazało się, że była to rodzina mojej kuzynki.
Nie wymyśliliśmy nic lepszego niż radosne powitanie niespodziewanych gości. Kuzynka, bez skrupułów, oznajmiła, że zrobiła kopię kluczy na podstawie maminych, a mama powiedziała, że bardzo się ucieszymy z tej niespodzianki.
Ci turyści zostali u nas na cały tydzień. Przywieźli swoje jedzenie ze wsi, więc kwestia wyżywienia zeszła na drugi plan. Ale obecność innej rodziny w naszym mieszkaniu, a do tego w wakacyjnej atmosferze, nie napawała nas zbytnim optymizmem.
Kiedy kuzynka z rodzinką wyjechała, zadzwoniłem do mamy i poprosiłem, by nie organizowała takich niespodzianek z rodziną w przyszłości. Mama nie rozumiała mojego stresu i mówiła, że przecież nic strasznego się nie stało, a kuzynka była zachwycona gościną i liczy na darmowe noclegi nad morzem podczas kolejnych sezonów.
Potem zaczął się prawdziwy wysyp krewnych, których zainspirowała mama. Wujkowie, ciocie, bratanki, i inni bliscy wyskakiwali z naszym mieszkaniem jak z kapelusza. Często robiło się zamieszanie, bo przyjeżdżało kilka ekip naraz. Witało się nas radośnie i padało klasyczne:
No gdzieżby indziej się spotkać, niż u Martyny!
Martyna (moja żona), nikt specjalnie nie brał pod uwagę, podobnie jak mnie gospodarze przecież, co tam, ważne, że przyjechali rodacy.
Po dwóch sezonach takich wizyt poprosiłem mamę o zwrot kluczy, na co bardzo się obraziła i zarzuciła mi pychę oraz oddalenie od rodziny. Gdy opowiedziałem o tym żonie, przytuliła mnie i powiedziała:
Wiesz, tych kluczy jest już tyle, że oddanie zestawu mamie nic nie da. Jeśli nie masz nic przeciwko, jutro zamontujemy nowe drzwi z innymi zamkami.
Nie miałem nic przeciwko, i tydzień później przez godzinę nasłuchiwaliśmy zza nowej drzwi, jak ktoś próbował bez skutku otworzyć starymi kluczami. Zaraz potem pojawiły się telefony, ale byliśmy nieugięci nie odebraliśmy.
Wieczorem odbyła się głośna rozmowa z mamą. Wykrzykiwała, że trzeciego stopnia kuzyn musiał nocować na dworcu, czekając na pociąg. Zapytawszy mamę jak się nazywa ten nieproszony gość, usłyszałem tylko krótkie bipnięcia telefonu…
Po tym wydarzeniu były jeszcze dwie nieudane próby przejęcia mieszkania. Nasze nowe drzwi świetnie zdały egzamin, a my z żoną poczuliśmy się pewniej to naprawdę nasz własny lokal, a nie otwarta brama dla każdego.
Mama już nas nie odwiedza, solidaryzując się z resztą rodziny. Staram się utrzymać z nią poprawne relacje, ale nie mam zamiaru nikogo wpuścić do naszego mieszkania. To nasze miejsce, które zdobyliśmy ciężką pracą.
Co ciekawe, żadnemu z moich krewnych nie przyszło do głowy, żeby zrobić to, co my, i kupić sobie własne mieszkanie nad morzem. Ale do gotowego przyjeżdżać to chętni byli wszyscy, o wiele bardziej niż my!



