Kiedy Zuzanna skończyła siedemnaście lat, jej mama pewnego poranka usiadła tuż obok niej przy stole i szeptem zdradziła, że spodziewa się kolejnego dziecka. Dookoła powietrze wydawało się gęste i nieco lepkie, jakby wszystko działo się pod wodą. Zuza zamarła, nie mogąc pojąć, czy śni, czy to jawa przecież to jej powinna być dana kolej na dzieci, a nie matce, która już powinna opiekować się wnukami i narzekać na plecy! Myśli dziewczyny wirowały jak liście w wietrzny dzień nad Wisłą i w końcu eksplodowały: To ja powinnam mieć dziecko! Ty masz już swoje, teraz kolej na mnie! Chcesz mnie ośmieszyć przed znajomymi? Durna jesteś, mamo! wykrzyczała Zuzanna, a łzy popłynęły obu kobietom po policzkach jak deszcz po szybie tramwaju.
Niedługo potem spokój domu rozłamał się na części Zuzanna stała się nie do zniesienia, szlochając i uciekając przed matką wzrokiem, a ojciec, zbolały jak pijący herbatę duch na starym poddaszu, próbował uspokoić sytuację. W końcu Zuza wybiegła z domu prosto w noc, której kamienice i neonowe światła zamieniały się miejscami jak figury w krzywym zwierciadle.
Chodząc bez celu po opustoszałych ulicach Krakowa, Zuzanna rozmyślała, że gdy urodzi się to nowe dziecko, ona zniknie z pamięci, zniknie tak, jak topniejące lody w letni wieczór. Jednak mijający czas był jak rzeka nieubłagany i nieco obcy. W końcu ojciec wrócił z matką i niemowlęciem do mieszkania pachnącego świeżym chlebem i kawą zbożową. Gdy matka przekroczyła próg, przytulając maleństwo owinięte w kocyk w żółte kurki, emocje Zuzanny przetoczyły się jak rwący potok. Łzy spływały jej po policzkach, gdy matka z dumą uniosła siostrzyczkę. W tej jednej, nadrealnej chwili Zuza poczuła miłość większą niż marzenie we śnie i cały gniew wyparował niczym mgła nad Wisłą o świcie.
Teraz Zuzanna, trzydzieści siedem lat później, siedzi na kanapie w swoim trzypokojowym mieszkaniu w Łodzi. Jest żoną, mamą szesnastoletniego Stasia, który lada moment dowie się, że zostanie starszym bratem. Zuzannę zalewa fala niepokoju serce bije jej jak kościelny dzwon podczas rezurekcji, bo pamięta własną burzliwą młodość i boi się powielić ten sam sen zły. Gdy Staś wchodzi do kuchni, Zuza drży z filiżanką herbaty w ręce, piżama jeszcze niewyprasowana, słowa w ustach sklejone strachem.
Będę miał rodzeństwo? Ale super, mamo! Pomogę ci, obiecuję! wykrzykuje Staś z takim entuzjazmem, że Zuzanna aż osiada na krześle. Przytula go mocno, łzy mieszają się ze śmiechem. Po głowie tłuką się jej słowa sprzed lat, a głos wewnętrzny szepta: Mamo, wybacz mi… Mamo, wybacz mi…, niczym echo w pustym kościele.
Wtem zauważa osobliwy grymas na twarzy syna, jakby w nagłym przebłysku jasności w śnie dostrzegła zakamarki własnego umysłu. Stało się coś? spytała cicho, tuląc syna jak maskotkę z dzieciństwa.
Wszystko dobrze, mamo. Chodźmy teraz na obiad, a potem pójdziemy do dziadków i cioci, żeby przekazać im tę cudowną wiadomość… odpowiedział Staś, a świat wokół wydał się nagle cieplejszy i bardziej kolorowy, jakby cała rzeczywistość była puchową pierzyną, pod którą można schować wszystkie dawne smutki.



