Mój dzień urodzin był wczoraj i, szczerze mówiąc, nadal nie wiem, czy to była totalna klapa, czy najbardziej epicka impreza w moim życiu.
Wszystko zaczęło się od tego, że, jak naiwna dusza, powierzyłam organizację mojej najlepszej przyjaciółce Magdzie. Przysięgała, że wszystko będzie “na najwyższym poziomie”, że stół będzie uginał się pod wykwintnymi daniami, a goście będą zachwyceni. No cóż, Magda! Gdy wróciłam do domu po pracy, powitał mnie widok godny komedii o nieudanych imprezach.
W salonie panował chaos. Resztki wędlin i serów, lekko przesuszonych, mieszały się z oliwkami, których chyba nikt nawet nie tknął. Warzywa – ogórki, pomidory i jakiś wiotki paprykarz – wyglądały, jakby zostały pokrojone jeszcze w zeszłym tygodniu. Podejrzewam, że Magda po prostu wyciągnęła wszystko, co znalazła w lodówce, i nazwała to “stołem świątecznym”. Butelki z winem, sokiem i czymś gazowanym stały w przypadkowym porządku, niektóre już w połowie puste. Najwyraźniej ktoś zaczął imprezę beze mnie.
Magda, witając mnie w drzwiach, świeciła jak choinka. “No i jak? Prawda, że super?” – zapytała, dumnie wskazując na ten kulinarny armagedon. Kiwnęłam głową, ukrywając zdumienie. Nie chciałam urazić przyjaciółki, która, jak widać, szczerze się starała. Ale w głowie kołatała mi się tylko jedna myśl: “Kto je zaschniętą kiełbasę na urodzinach?”
Mój brat Krzysztof, jak zawsze, postanowił dołożyć swoją cegiełkę do tego absurdu. Przyniósł tort, który najwyraźniej przeszedł prawdziwą przygodę. Pudełko było pogniecione, krem rozsmarował się po wieczku, a napis “Sto lat!” zamienił się w coś, co przypominało abstrakcyjne dzieło Picassa. “Sam wybierałem!” – oznajmił dumnie, stawiając tort na stole. Spojrzałam na to arcydzieło i zdecydowałam, że zapalę świeczki w takiej postaci – może w półmroku nikt nie zauważy jego stanu. Ale Krzysztof był tak z siebie zadowolony, że nie miałam serca go rozczarować. W końcu to mój brat, a jego zapał zawsze przewyższa wszelkie wpadki.
Basia, moja koleżanka z pracy, też się wyróżniła. Wręczyła mi prezent – zestaw kosmetyków, który, sądząc po lekko wytartym opakowaniu, od dawna kurzył się w jej domu. “Pomyślałam, że ci się przyda!” – powiedziała z tak szczerym uśmiechem, że nawet nie mogłam się obrazić. No cóż, przynajmniej coś nowego pojawi się w łazience. Choć, szczerze mówiąc, przeczuwałam, że ten krem o zapachu “kwitnącej wiśni” będzie zbyt kleisty, a tuszka – wyschnięta. Ale to już szczegóły.
Goście również dodali kolorytu. Ktoś przyniósł karaoke i już po pół godzinie cały dom rozbrzmiewał nieharmonijnym śpiewem hitów lat 90. Magda, podchmielona paroma kieliszkami wina, uznała, że jest reinkarnacją Whitney Houston, i zaczęła wyśpiewywać “I Will Always Love You” z takim zapałem, że sąsiedzi pewnie do teraz o tym rozmawiają. Krzysztof, nie chcąc zostać w tyle, dołączył z piosenką “Białe róże”, wywołując salwy śmiechu.
O północy stół wyglądał jeszcze bardziej przygnębiająco, ale nastrój był świetny. Śmialiśmy się z absurdalnych prezentów, wspominaliśmy stare historie i nawet urządziliśmy konkurs na najzabawniejszy toast. Wygrała Basia, która życzyła mi “tyle szczęścia, żeby nie mieściło się w walizce, ale żeby nie ważyło jak waliza z cegłami”. Do tej pory nie wiem, co miała na myśli, ale brzmiało to genialnie.
Gdy goście zaczęli się rozchodzić, spojrzałam na pobojowisko w salonie i zrozumiałam, że tych urodzin nie zapomnę. Tak, stół daleki był od ideału, tort przypominał ofiarę trzęsienia ziemi, a prezenty budziły więcej pytań niż zachwytu. Ale było tyle śmiechu, ciepła i absurdalnych chwil, że nie zamieniłabym tego wieczoru na nic innego. Magda, Krzysztof, Basia i reszta sprawili, że moje urodziny były takie, jakie powinny być – żywiołowe, szczere i trochę zwariowane.
Następnym razem pewnie sama zajmę się organizacją. Albo chociaż schowam zaschniętą kiełbasę przed przyjściem gości. Ale prawdę mówiąc, takie imprezy to właśnie prawdziwe życie. I już czekam na następne urodziny, żeby zobaczyć, czym jeszcze mnie zaskoczą przyjaciele i rodzina.



