Kasia
Ola, Ty chyba zwariowałaś! Pani Renata Cię zje za to żywcem! Iza nie kryła nerwów.
Iza, no ale co miałam z nim zrobić? Wyrzucić? Przecież to żywe stworzenie, tak żal mi było! Kasia patrzyła na maleńkiego rudego kociaka na swoich kolanach.
Może i żywy, a jak Ty go zostawisz, to nie jestem pewna, czy Ty też taka zostaniesz, jak komendantka się dowie Iza westchnęła, ale już miękło jej serce.
Daj spokój, przecież to nie tygrys! Mały koteczek, niech przez chwilę z nami pobędzie, błagam?
Ty mnie nie przekonuj, ja sama bym go najchętniej przygarnęła Iza uśmiechnęła się, głaszcząc maleńką rudą główkę niespodziewanego mieszkańca. Boże, ale chudy! Skąd Ty go wytrzasnęłaś? Chory biedaczek, główkę ledwie trzyma Skarb nie kot!
Wychodzimy szepnęła Kasia, zrzucając z wieszaka długi szalik, który Iza sama jej kiedyś zrobiła na drutach. Ostrożnie zawinęła w niego kociaka. Wracałam z nocnej zmiany. Idę sobie przez park, a tu na chodniku leży takie biedactwo. Czy wypełzł z krzaków, czy ktoś go wywalił nie wiem. Już śnieg go prawie cały przykrył. Gdyby nie rudzielec, to bym nie zauważyła. Jak go podniosłam, był taki zimny, myślałam, że już po nim. A jednak żył. No to przytuliłam i biegłam co sił do akademika. Kasia roześmiała się, nalewając mleko do emaliowanego kubka, żeby je podgrzać. Ale Pani Renata jak mnie wyminęła na korytarzu, to tylko oczy zrobiła.
To czekaj na wizytę, nie zdziw się. Oj, Kasia, jeszcze Cię urządzi Pamiętasz, jak na Lidkę się drzeć zaczęła za kota? Cud, że jej nie wyrzuciła wtedy! Porządek musi być, żadnych zwierząt w akademiku!
No ale Ty mnie nie wydasz, co? Kasia obejrzała się jeszcze w progu, pełna niepokoju. Jak przyjdzie beze mnie, schowaj go, dobra? Zaraz wrócę po mleko.
Idź już! Iza zebrała szalik ze stołu razem z kociakiem i zrobiła miejsce w swoim wiklinowym koszyku, odkładając robótkę na bok. Niczego nie widziałam, niczego nie wiem, niczego nie słyszałam! zanuciła, zamykając wieczko koszyka i mrugnęła do Kasi. Daj spokój! Nie bój się!
Kasia wyszła. Iza zajrzała do koszyka i pokręciła głową:
No masz! Szczęście nam spadło Rude i bezczelne Oddychaj, biedaku! Kasia ma dobre serce, będzie płakać tygodniami, jakbyś coś przeskrobał. Po co nam lamenty?
Kociak milczał, leżał bez ruchu, ledwo oddychając. Nawet na słowa Izy nie reagował.
Pokój pogrążał się powoli w zmierzchu. Robiło się ciemno, Izie nie chciało się zapalać światła, bo lubiła ten moment cały wieczór przed nami! Jak pracowała na drugą zmianę, to zaraz trzeba było spać, a tak można było poczytać, pogadać z Kasią, zapytać o jej Michała Iza westchnęła. Dobrze jej! Faceta ma, oświadczyny dostała, a ona? Iza jak zawsze sama. Za wysoka, nijak nie znajdzie chłopa, co by stanął przy niej i nie czuł się karzełkiem. Może babcia miała rację, że woła ją na wieś? Ale co tam robić? Wszyscy chłopacy wyjechali, pracy nie ma oprócz tej nieszczęsnej fermy. A Iza po coś studiowała? Tu w fabryce ją szanują. Nawet wczasy dali. Iza odgoniła smutki. Jeszcze zdąży wyjść za mąż! Nie może być, żeby nie!
Kasia wróciła i szukała pipetki, żeby nakarmić kociaka, bo z miseczki sam nie pił, tylko pyszczkiem uderzał bezradnie, nie miał siły. Iza odłożyła książkę, odebrała jej kociaka i mruknęła:
Daj!
Nabrała mleka do pipetki, przytrzymała delikatnie kocią główkę, otworzyła pyszczek i powiedziała:
No już! Nie po to Cię Kasia przyciągnęła, żebyś umierał z głodu! Jedz, bo się obrażę!
Kociak się krztusił, parskał, ale zaczął pić.
Kota nazwano Wackiem. Przez prawie rok pani Renata nie wiedziała, że w pokoju dziewczyn prócz nich jest jeszcze ktoś, dopóki pewnego dnia nie zobaczyła, jak przez otwarte okno wparowała na parterze z ulicy ruda błyskawica z wielkim ogonem.
A to co za jedno?!
Krzyk postawił na nogi cały akademik.
Pani Renato, no proszę! Nawet pani nie wiedziała, że u nas kot mieszka! Jaki mądry! Mysz łapie!
Jakie znowu myszy?! U nas nie ma żadnych gryzoni! To porządny akademik!
Aha! Iza, zakładając ręce na szerokiej piersi, zmierzyła komendantkę wzrokiem i nogą przytrzymała Wacka, który się łasił. U nas nawet gryzonie są wzorowe, takie tłuste! Wacek codziennie przynosi mi pod łóżko! Następnym razem pokażę pani, niech cała dyrekcja zobaczy, czym można się tu pochwalić!
Izabela, Ty jeszcze się rozkręcisz pani Renata spojrzała surowo na Kasię. Ty go przygarnęłaś? Jak wyjdziesz za mąż, zabierzesz go?
Sama nie wiem On mnie może lubi, ale tak po prawdzie to za panią Izą przepada. Będzie tęsknił
Ech, dziecko pani Renata roześmiała się, patrząc na zmieszaną Kasię. Jak Ty o nim jak o chłopie mówisz Kasiu, to kot! Tam, gdzie karmią, tam dobrze!
Niech pani nie mówi Ja jemu wszystko, a on i tak do Izy się tuli śmiała się Kasia. To co, możemy go zostawić, pani Renato?
Spryciary jesteście! pokiwała głową pani Renata i pogroziła palcem. Żeby go nie było słychać i widać! Inaczej wylecimy wszyscy! I słusznie!
Na weselu Kasi zabawiły się jak trzeba, a Iza została ze swoim Wackiem sama. Dni wolno płynęły, jakieś takie szare. Pani Renata nikogo już nie dokwaterowała, bo stary akademik dogorywał. Dziewczyny marzyły o nowym miejscu, czasem szły nawet pomagać na budowie. Iza też łaziła po pustych korytarzach, wyobrażając sobie nowe życie. I wtedy pojawił się on Przemek.
Przyjezdny, jak ona. Rodziców już nie miał, został sam i przeprowadził się do miasta. Niby tu nie miał nic, ale od razu żyło mu się raźniej. Dziewczyn mrowie wkoło, ale Przemek miał swoje wymagania. Żona, najlepiej z kawalerką albo choć z kimś, kto pomoże się urządzić. Iza nijak w to nie pasowała. Ale jak ją zobaczył, postawnej, wysokiej, która tylko spojrzała i przeszła z godnością po korytarzu, nie umiał zapomnieć.
Iza z początku tylko śmiała się z jego niezdarnych zalotów.
O rany! Ja go to po głowie będę głaskać Przecież jest ode mnie z pół głowy niższy! A gdzie to, na ręce nosić go będę? śmiała się, opowiadając o Przemku, gdy Kasia wpadała do niej z wizytą.
Iza! No weź! Czy w wzroście rzecz? Jaki on człowiek?
Sama już nie wiem poważniała Iza. Nie wiem, Kasiu.
Patrzyła, jak Kasia ledwo się podnosiła, zbliżając się do końca ciąży. Jak głaskała Wacka, który wylegiwał się na łóżku.
Ciężko? Iza wyciągała słoik miodu od braci.
E tam Dziwnie się czuję raczej. Jakby się czekało na pociąg, który już zaraz ruszy do lepszego życia. Kasia tek alcowała się i wychodząc, żegnała Wacka. Pa, Wacek. Pilnuj Izy.
Może faktycznie to brzuch Kasi, a może samotność Izy, tylko jakoś ten Przemek coraz częściej był w ich małym pokoju. Wacka go od razu znielubił syczał, robił grzbiet, a potem wskakiwał na parapet i gotów był rzucić się na niego w każdej chwili. Iza otwierała okno i wyrzucała go na klatkę, wiedząc, że na noc wróci, ale długo będzie demonstrował fochy, nie dając się dotknąć.
Chyba zazdrosny, co? śmiała się do pani Renaty, u której Wacek czasem nocował, gdy Przemek gościł u Izy.
A kto go tam wie Ty uważaj, dziewczyno, z tym Twoim. Bo potem się zdziwisz pani Renata kiwała głową.
I Wacek, i pani Renata miały rację.
Ranne złe samopoczucie Iza zrzucała na wszystko: na kefir, na grzybki zasłane przez bratową. Mijały tygodnie, a ona wciąż chciała tylko jeść i spać. Gdy spotkała Kasię z wózkiem, wygadała się i od razu zrozumiała wszystko.
Iza! Jak Ty mogłaś?! Jaki termin? Przemkowi powiedziałaś?
Stała zdruzgotana wiadomością, wszystko jej dźwięczało w głowie, aż nagle gdzieś ze wspomnień wypłynął głos Renaty:
Dziewczyno Pilnuj się
I właśnie ten głos sprowadził ją na ziemię. Przyspieszyła kroku, postanawiając powiedzieć Przemkowi koniec starego życia, czas myśleć o przyszłości.
Tylko, że przyszłość musiała budować już sama.
Przykro mi, Iza. Ale jak ja mam wiedzieć, że to moje? Nie zgadzam się. Przemek odpychał kota, który rzucił mu się do nogawki, a potem z całej siły próbował go kopnąć. Spadaj!
Wacek, elastyczny jak guma, zaryzykował i wpił się mu w łydkę. Krzyk Przemka sprawił, że Iza pierwszy raz od dawna szczerze się uśmiechnęła:
Daj spokój, Wacek! Szkoda zdrowia na takie śmieci! Nie potrzebujemy go tu. Niech idzie.
Siedziała długo, patrząc w zamknięte drzwi. Wacke łasił się wokół jej nóg, w końcu wskoczył na kolana, czego Iza na ogół nie pozwalała. Leżał długo, cicho mrucząc, aż w końcu pozwoliła łzom popłynąć.
Zgłosiła syna na swoje nazwisko. Wpatrując się w urzędniczkę, która wypisywała akt urodzenia, powiedziała twardo:
Ojca nie ma. Nigdy nie było. Ma matkę. Wystarczy.
Kasia zrobiła maluchowi wyprawkę, a pani Renata załatwiła wśród znajomych najlepszy wózek i kilka razy uderzyła do dyrekcji fabryki, żeby Izie przydzielono lepszy pokój. Ale budowa znowu stanęła i dyrektor tylko rozkładał ręce:
Chętnie bym im pomógł, ale na razie muszą wytrzymać.
W pokoju było zimno, Iza czym mogła, uszczelniała okna i drzwi, nie przepędzała kota od synka. Sam do niego lgnął przylegał do niego i mały natychmiast się uspokajał, słysząc przy boku ciepłe mruczenie. Iza, patrząc na tę dziwną kocią przyjaźń, częstowała Wacka smakowitymi kąskami, choć pieniędzy brakowało. Bez pomocy braci pogubiłaby się zupełnie. Przemek zniknął, wyjechał, Iza nie chciała go nawet widzieć. Pomoc i tak by nie przyszła, po co więc miała pielęgnować w sobie żal? Wymazała go z pamięci, pozostawiając sobie tylko najważniejsze syna.
Rodzina pojawiła się całą zgrają, jak tylko Iza z dzieckiem wróciła ze szpitala.
No, kawał chłopaka! Prawdziwy atleta, cała Ty, Izka!
Wysłuchiwała ich, a łzy same cisnęły się do oczu, choć nigdy nie była płaczliwa. Nikt jej nie wytykał błędów, wręcz przeciwnie bratowa przytuliła ją cicho, szepcząc do ucha:
Dobrze że urodziłaś! Już nie będziesz sama. Dobrzy ludzie się znajdą, nie wszyscy są tacy jak ten Dla synka nie martw się. Pomoc dostaniesz. Razem wychowamy, nie bój się.
Rodzina dotrzymała słowa. Co dwa tygodnie przyjeżdżał ktoś z braci, przywoził podarki. Iza rozpakowywała koszyki i płakała z wdzięczności. Jak mało człowiekowi trzeba wiedzieć, że nie jest sam, że ktoś go kocha.
Żłobek dla Janka był wyzwaniem. Często chorował, a Iza miotała się między pracą i domem. Bez pomocy Renaty i Kasi nie dałaby rady. Ale na wieś wracać nie chciała, nie chciała być ciężarem dla rodziny starszego brata.
Siedząc przy łóżeczku syna, kiedy gorączkował i nie mógł spać, Iza niechcący wspominała tę pierwszą miłość i rozumiała, że nie każdy ma szczęście spotkać kogoś, na kim zawsze można polegać. Teraz już wiedziała, czego szuka u kogoś nowego nie słodkich słówek i teatrzyków, jakie uprawiał Przemek. Chciała obok kogoś, kto bez gadania zaparzy herbatę, pośle ją spać i powie:
Idź, ja posiedzę z małym.
A potem w weekend zabierze ich do zoo, kupi Jankowi balonik, pochwali obiad i zamontuje półkę, która już pół roku wyczekuje w kącie.
Ot, rodzina. I tyle.
Sen przychodził niespodziewanie, przeganiając smutki. Iza przysypiała, oparta o blat przy łóżeczku.
I wtedy, jednej z takich nocy, los wszystko poukładał na nowo.
Janek trzeci dzień miał gorączkę, Iza traciła już nadzieję, a pani Aniela z przychodni codziennie wpadała, oglądała małego i tylko kiwała głową:
Nic dodać, nic ująć. Organizm silny, musi się obronić.
Iza nie odstępowała syna. Wieczorem Renata przyniosła rosołek, przytuliła chłopca, dotknęła jego gorącego czoła.
Gorączka nie puszcza. Co się staram, nic
Może to i lepiej? Lekarz mówił, jak jest gorączka, to znaczy, że organizm walczy.
Wiem, ale serce mi pęka, jak on tak płacze. Daje radę?
Wytrzyma! Ale Ty musisz się też trochę przespać, bo padniesz.
Iza przytaknęła i wzięła się za robienie okładów. Renata po cichu wyszła.
Wacek zamawiał się do łóżeczka, machał ogonem, nie dawał Jankowi złapać. Malec w końcu przytulił się do kota i zasnął mocno. Iza długo się wahała, budzić go czy nie, aż zdecydowała, że nie warto.
Tymczasem poszła podgrzać rosół. W kuchni coś się rozbiło i zaraz dotarł do niej płacz dziecka. Rzuciła wszystko i popędziła do pokoju. Stanęła jak wryta na podłodze kot i wielka szara mysz biją się na śmierć i życie! Kocur już oberwał, jedno ucho jak strzęp, bok rozcięty, ale walczył z całych sił. Iza chwyciła stołek, zamierzyła się, ale w tym momencie Wacek rzucił się na mysz, zatopił w niej zęby, aż w końcu wszystko ucichło.
Wacek, kochany, odpuść już, daj spokój. Wystarczy, wygrałeś.
Kot jak dziecko zaszlochał i powlókł się pod łóżeczko, skąd płakał Janek. Iza poderwała się, bo zobaczyła jeszcze jednego gryzonia przy samym łóżeczku. Chwyciła syna, otworzyła drzwi i krzyknęła na cały korytarz:
Pomocy!
Po godzinie wyjechała z synem do pani Renaty dostała jej klucze, a ta obiecała zająć się kotem.
Skandal i hańba! Myszy w naszym akademiku! denerwowała się Renata, bo zawsze starała się, by był porządek, ale stary budynek i jej był za silny.
Ogarnięta pokojem, Renata zabrała Wacka do siebie i zajęła się ranami kota.
To jest dopiero bohater! Taki kot to skarb, Wacek! głaskała go i opatrywała rany.
Kot leżał i nawet nie miał siły się umyć. Nie chciał jeść, Renata się zmartwiła i zaraz rano zadzwoniła do Izy.
Zajrzyjcie na Janka, ja lecę z kotem do weterynarza!
Dobrze, Renata! Tylko gdzie to u nas jest jakiś lekarz od kotów?
Jest na rogu, za sklepem zoologicznym! Biegnij!
Iza, cała w nerwach, pognała. Wacek leżał przy łóżku, wyciągnięty, ledwo oddychając.
Jeszcze chwila, Wacek! Wytrzymaj! Zaraz coś zaradzimy!
Pobiegła do przychodni weterynaryjnej, wręcz staranowała młodą recepcjonistkę.
Proszę mi dać najlepszego lekarza i to natychmiast!
Dziewczyna chciała protestować, ale spojrzała na Izę i pokazała na ławkę przy ścianie:
Proszę chwilkę poczekać.
Iza trzymała Wacka w ramionach, licząc każdy jego oddech, już miała sama iść szukać lekarza, gdy nagle do wejścia, lekko schylając głowę, żeby nie huknąć w oścież, wszedł facet prawdziwy olbrzym.
Co tu mamy? zagrzmiał, aż Iza się zacięła. Proszę, pokaż kota.
To Iza podała mu Wacka ze łzami w oczach.
Kto mu to zrobił?
Myszy
Nie wygląda na podwórkowca. Zadbany!
To mój kot.
A gdzie znalazł myszy?
W pokoju
To ciekawe!
Mógłby pan już działać, bo mu źle! wybuchła Iza, zła z bezradności. On uratował mi syna, no!
Spokojnie, nie trzeba krzyczeć. Jestem Marek. A pani?
Iza.
Super, już się znamy! Zobaczymy, co da się zrobić uśmiechnął się lekarz.
Uratujemy tego bohatera, nawet się pani nie martwi.
A kilka lat później wielki rudy kot cichutko wchodził do dziecięcego pokoju, obchodząc kąty, sprawdzając każdy zaułek, i wskakiwał do łóżeczka stojącego obok kanapy, gdzie spał Janek. Mała Lenka, czując ciepły, futrzany bok, chwytała go przez sen za uszko, a Wacek mruczał jej do snu swoją kocią pieśń. Dzieci zasypiały spokojnie, już nie słysząc, jak wchodzą rodzice za kotem. Iza poprawiała przykrycie synowi, naciągała córce skarpetkę, przytulała się do ramienia męża:
No zobacz, Marek lepszej niani nie znajdziesz!
Złoty kot, Iza. Dobrze, że wtedy mnie zbluzgałaś, i dobrze, że kot przeleżał u mnie trzy noce. Takie koty bezcenne.
On już cały świeci śmiała się Iza.
Wacek pukał noskiem w dłoń Izy, potem wykładał się obok Lenki, obejmując ją łapką. Iza gasiła lampkę nocną, zabierała Marka do kuchni, cichutko domykając drzwi dziecięcego pokoju. Ich maluchy nigdy nie bały się ciemności. Bo od zawsze, odkąd pamiętały, gdzieś obok spał Wacek. A przy nim strach się nie imał nikogo.



